piątek, 9 września 2011

Mit zbyt mocnego franka

Mit zbyt mocnego franka

Niedawno miał miejsce bardzo charakterystyczny dla dzisiejszej epoki incydent. Bank centralny Szwajcarii zainterweniował na rynku, i osłabił franka szwajcarskiego, ponieważ jego kurs względem euro i dolara (a także złotówki) uznał za ZBYT mocny, no po prostu. Zbyt duża siła nabywcza Szwajcarów zaniepokoiła władze banku centralnego, i postanowiły one złupić swoich współplemieńców, drukując kupę nowych franków i skupując za nie euro. Kurs poleciał na łeb, na szyję i wszyscy dookoła się cieszą jak dzieci. Analfabetyzm ekonomiczny dla nikogo nie jest powodem do wstydu, a zamach na oszczędności Szwajcarów - nikogo nie oburza.
W normalnym kraju, szef banku centralnego zostałby natychmiast rozstrzelany za sabotaż gospodarczy, zarząd banku wysłany na 20 lat robót przymusowych, bank centralny rozwiązany, a pieniądz pokryty w złocie. A nie, normalny kraj w ogóle nie miałby takich problemów, bo nie zszedłby z pokrycia w złocie - jak zrobiła Szwajcaria w roku 2000, tym samym z grupy krajów normalnych wychodząc.

Przyjrzyjmy się więc temu sztucznemu problemowi mocnego franka.
Frank niewątpliwie umocnił się w ostatnim roku z powodu nieufności do innych głównych walut świata, tj. dolara drukowanego na potęgę przez FED, i euro, drukowanego na potęgę przez ECB. Stąd odpływ kapitału denominowanego w dolarach i euro do strefy franka. Co w tym złego? Co złego w napływie kapitału? Że to niby spekulacja? Panie, cały rynek to spekulacja, i nikt od tego nie choruje. Od tego jest prywatna przedsiębiorczość, od szukania okazji. Cała filozofia interwencji walutowej jest sprzeczna z prywatną przedsiębiorczością, a więc milionami osób wpływającymi swoim działaniem na dynamicznie zmieniający się rynek, doprowadzając do względnej równowagi. Do równowagi właśnie, ponieważ spekulacja pomaga rynkowi znaleźć ten nowy punkt równowagi. Przeszkadzając spekulantom, a więc prywatnej przedsiębiorczości, również na rynku walutowym, rynek z równowagi wyprowadzamy, i konsekwencje zawsze są katastrofalne, o czym mogli się przekonać Brytyjczycy w latach 90tych, kiedy próbowano przeszkadzać Sorosowi.
Tak więc, zamiast pozwolić rynkowi działać, postawiono na inflację, i osłabienie franka. Dlaczego?
Zbyt mocny frank to kłopoty dla szwajcarskich eksporterów?
Ale od kiedy to celem gospodarki jest eksport? Od kiedy celem gospodarki jest wywożenie towarów z kraju? Jest to stary jak świat mit merkantylistów, jakoby dodatni bilans handlowy miał być raison d'etre gospodarki. Aż dziw, że ten kretynizm nadal jest powtarzany nie tylko na wykładach z makroekonomii, ale również w mediach i przewija się w działaniach polityków.
Otóż celem gospodarki jest konsumpcja, a więc import. Korwin powtarza to do znudzenia, i ja również. Eksportuje się tylko po to, by móc potem zaimportować i skonsumować więcej dóbr większej wartości, niż się wyeksportowało - inaczej nie doszłoby w ogóle do transakcji eksportu. Szwajcaria jest krajem małym, bez większych dóbr naturalnych, bez dużych areałów ziemi rolniczej - musi więc importować wszystkie dobra podstawowe, płody rolne, paliwa, surowce. Płaci za to dobrami wysoce przetworzonymi, osiągającymi wysokie ceny pod znanymi markami na całym świecie. Wolny handel z całym światem i podział pracy pozwolił Szwajcarii osiągnąć bardzo wysoki standard życia, mimo iż dawniej był to kraj bardzo biedny, z bardzo głupimi mieszkańcami - nawet w Polsce w XIX w. mówiło się o tępakach pogardliwie "szwajcarzy". Skutek braku morskiego powietrza, a więc jodu. Ale da się pomimo tego osiągnąć bogactwo? Da się. Wystarczy wolny rynek, kapitalizm, prywatna przedsiębiorczość.
Szwajcaria w całym świecie słynie z sektora bankowego, a więc import dóbr do niej równoważony jest również przypływem sporej ilości zagranicznego kapitału, lokowanego w bankach, a nie tylko eksportem dóbr przetworzonych. I właśnie umacnianie się franka tym jest spowodowane. I jest to naturalny proces.
Mocna waluta jest ATUTEM gospodarki danego kraju, więc każdy twierdzący, że waluta jest za mocna i trzeba ją osłabić siłową interwencją, jest oczywiście gospodarczym sabotażystą i należy go rozstrzelać, ponieważ postuluje ograbienie obywateli.
Krótka ilustracja.
Załóżmy że mamy dwa miasta - Warszawę i Kielce. Oba używają tej samej waluty - polskiego złotego. I teraz - w Warszawie pracownik średniego szczebla powiedzmy w sektorze handlu zarabia 3000 polskich złotych, a w Kielcach - 1500 zł, dwa razy mniej. Czyli siła nabywcza jego miesięcznego wynagrodzenia jest dwa razy słabsza, a warszawiak dysponuje dwa razy silniejszą "walutą". Czy to oznacza, że należy siłowo, przez interwencję, osłabić siłę nabywczą warszawiaka, by wspomóc jego EKSPORT? Byłby to kompletny idiotyzm ze stratą dla obu stron.
Mocny frank umożliwia szwajcarskiemu konsumentowi importować dobra za mniej godzin pracy, niż do tej pory, a więc zwiększa jego standard życia. Bezdyskusyjne, prawda? Pomaga też szwajcarskiemu przemysłowi zakupić czynniki produkcji, a więc paliwo, surowce, i żywność, która jako "paliwo" dla robotników, jest również tutaj dobrem kapitałowym, za niższą cenę - przez co dobra produkowane na eksport mogą być sprzedawane taniej na rynkach światowych! Mocny frank więc jak najbardziej pomaga również eksporterom, tym dobrym eksporterom. Mocna waluta jest dobra dla gospodarki.
Niemcy Zachodnie, odbudowując się po II WŚ dzięki wolnorynkowym reformom Ludwiga Erharda, miały bardzo stabilną walutę, Deutsch Markę, której wartości pilnował jak oka w głowie Bundesbank, ludzie nauczeni lekcjami hiperinflacji po I i po II WŚ. Gospodarka niemiecka odbudowała swoją przedwojenną produktywność, światową jakość przemysłu, niezrównaną przez inne kraje, i bardzo szybko Niemcy Zachodnie były znowu liderem w eksporcie produkcji przemysłowej na cały świat. Pomimo, a raczej również dzięki silnej marce niemieckiej. W niczym nie przeszkadzała jej siła eksporterom. Wręcz przeciwnie. Oszczędny naród niemiecki lokował sporą część swojego dochodu w bankach, co obniżało stopy procentowe bez ekspansji pustego kredytu, i dzięki temu gospodarce nigdy nie brakowało kapitału dla inwestycji powiększających produktywność gospodarki i opłacalność eksportu, a standard życia rósł z roku na rok. Pomimo przegranej wojny i zrujnowania kraju, Niemcy w moment prześcignęły socjalistyczne molochy - Wlk. Brytanię i Francję, chorego człowieka Europy.
Ta właśnie siła niemieckiej marki i niemieckiej gospodarki były powodem, dla którego Francja - kraj, który nie powinien istnieć, forsowała tak zaciekle projekt Unii Europejskiej i wspólnej europejskiej waluty niezależnej od Niemiec. Ale o tym więcej w książce Philippa Bagusa "Tragedia euro".
Morał jest taki - waluta musi być pozostawiona całkowicie wolnemu rynkowi, banki centralne muszą zniknąć, a przepisy o prawnym środku płatniczym zaorane. Wtedy wyłoni się standard kruszcowy pieniądza, który gwarantuje znacznie większą stabilność waluty i eliminuje inflację i cykle koniunkturalne. Jednak po ostatnich wydarzeniach widać, jak daleko jesteśmy od tego ideału, i jak bardzo nauka o pieniądzu musi być przypominana każdemu.

2 komentarze:

  1. Amen! Kelthuz, nie każdemu trzeba przypominać. Ale jakże nikłe znaczenie ma ta garstka ludzi, która w zaślepionym społeczeństwie potrafi myśleć odmiennie? Tacy ludzie nie mają lekko. Na każdymm kroku są poniżani, a jedynym argumentem motłochu jest ich liczebność. Mówią nam : "Przecież sześć i pół miliarda ludzi nie może się mylić". A przecież jednak się mylą...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha! Po roku prawie trafiłem, ale skomentować muszę. Zgadzam się, że drukowanie pustej waluty to głupota, ale to nie jest tak, że wzrost wartości własnego pieniądza nie jest problemem.

    Taki obrazek: Jest sobie Szwajcar, który żyje z przerabiania surowca S na produkt P. Jednostkę S kupuje za pożyczone, dla uproszczenia bez odsetek, 100 CHF (a dokładniej za 100 FRC - wymyślonej obcej waluty, bo kupuje za granicą) i spodziewa się, że za kilka miesięcy sprzeda jednostkę P za 200 CHF, które będą równe 200 FRC. Zarobi na jednostce 100 CHF, z których 40 musi wydać lokalnie na jakieś usługi typu sprzątanie, przedszkola dzieci itp. 60 CHF = 60 FRC zostaje na import.

    Kupił, surowiec przyjechał, ciężko pracuje - może tych P zrobić sporo ale z natury rzeczy kilka miechów to zajmie.

    Tymczasem kurs CHF rośnie, w dniu sprzedaży za 100 FRC można kupić już tylko 70 CHF (czyli 100 CHF = 143 FRC, zaokrąglam). Wspaniale, można sprzedać P za 286 FRC i się cieszyć? No nie, produkty konkurencyjne produkują też na zewnątrz, gdzie kurs się nie zmienił. Klienci są gotowi zapłacić więcej za szwajcarski znakomity P, ale nie dowolnie więcej; może podnieść im cenę z 200 FRC na, powiedzmy, 214.5 FRC ale nie wyżej, bo kupią produkt niemiecki czy brazylijski. Ale za te 214.5 FRC on ma już tylko 150 CHF. 100 wydał na surowiec, zarobił 50. Z tych 50 CHF 40 miał wydać lokalnie, ceny usług mogły trochę spaść, ale nie za bardzo, powiedzmy, że lokalnie wyda 30 CHF. Na import zostaje jedynie 20 CHF czyli niecałe 29 FRC.

    Frank się wzmocnił wobec wymyślonej FRC, ale nasz Szwajcar na tym wyraźnie stracił - na import, który jest jego celem ma ponad połowę mniej niż by miał gdyby waluta nie wzrosła. Nawet gdyby cały zysk przeznaczał na import, też by stracił - bez zmiany miałby 100 FRC, a jeśli CHF tak wzrósł ma tylko 71.5 FRC.

    Oczywiście zagrożeniem nie jest tu sama siła waluty, tylko jej wzrost w okienku między zakupem surowca a sprzedażą produktu. Można z tym walczyć na różne sposoby, oczywiście, ale to już oznacza przyjęcie do wiadomości, że duży szybki wzrost wartości własnej waluty może nie być korzystny. No i walka, czy to opcjami, czy odroczonymi płatnościami, czy czym tam jeszcze też ma zawsze swój koszt. A że Szwajcarzy żyją właśnie mniej więcej w ten sposób - sprowadzając surowce i sprzedając produkty, to ja się nie dziwię, że im się stały szybki wzrost waluty nie podoba i że chcą przeciwdziałać. Chociaż za sposób sam bym strzelał...

    OdpowiedzUsuń