Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własność prywatna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własność prywatna. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 marca 2012

Kamil Kisiel cz. 3, czyli pierdolenie kotka za pomocą młotka

Kamil apdejtuje swoje wypociny starannie, starając się dowcipnie i z należytą dla niezaspokojonego nastolatka dozą sarkazmu refutować moje żelazne argumenta, tylko, że 90% jego wesołej twórczości, to totalny bełkot, spaczony studenckim pierdololo co też polecam sprawdzić samemu.
Osobiście mogę skupić się tylko na ekonomicznych i logicznych argumentach.

Czasem jednak, gdy chodzi np. o historię kapitalizmu i socjologiczne oddziaływania, aprioryzm jest zbyteczny i ustępuje niestety czy stety empiryzmowi, a nawet historycyzmowi. Logika i racjonalizm w przypadku człowieka często nie są w stanie dać odpowiedzi - ponieważ człowiek jest nieprzewidywalny i częstokroć nieracjonalny.


Jedno zdanie nie ma nic wspólnego z drugim. Historia, to wynik ludzkiego działania, a badaniem ludzkiego działania zajmuje się prakseologia. Historia jako zbiór tzw. faktów, nie przedstawia niczego ot tak. By powiązać fakty, należy użyć apriorycznej teorii ludzkiego działania. Stąd dzieło Misesa "Teoria i historia", poruszające właśnie tę kwestię. Pudło, Kamil.

Ten piękny kapitalizm, ten laissez-faire, został zaorany przez 99% ekonomistów, nie mówiąc, że społeczeństwa europejskie same pożegnały go z ulgą. I to jest powodem moich zmartwień, ta "socjologiczna nietrwałość" kapitalizmu... może Schumpeter w swoim opus magnum ("Kapitalizm, socjalizm, demokracja") pomoże mi rozwiązać ten dylemat - właśnie zabieram się do czytania.


Dlaczego tak się stało, to wyjaśnia Mises w "Mentalności antykapitalistycznej" i Rand we wszystkich swoich dziełach. AYN RAND właśnie, nikt inny, sięgnęła do rdzenia wszelkich ludzkich powodzeń i niepowodzeń, a mianowicie do moralności. Kapitalizm bez moralności kapitalistycznej (czyli racjonalnego egoizmu) jest tylko efemerydą, mogącą w moment upaść - tak, jak stało się w 1914 r., gdy cały system światowego wolnego handlu szlag trafił. Chcesz poznać tajemnicę kapitalizmu, ludzkiej moralności i ludzkiego postępu, to czytaj Rand.

R. porzucił immanentyzm liberalizmu, krytykował wielko-zasobne ciała gospodarcze, był antropologicznym pesymistą (a nie wesołym epikurejczykiem jak talmudyści), co już z definicji przybliża go bardzo mocno do kulturowego konserwatyzmu.


No pewnie, przecież nawet Danek go cytuje. I to już powód, by być takim jak on, mizantropem. W sumie niedaleko Korwinowi do takiego podejścia, też krytykuje reklamę...

Jeśli utrzymanie państwowego monopolu oznacza mniejsze koszty dla wszystkich, niż utrzymanie prywatnego, to jakie wyjście z punktu widzenia efektywności gospodarczej jest lepsze?


I tutaj dochodzimy do najważniejszego problemu z Kamilem. Kamil nie rozumie za grosz ekonomii. Skąd możesz wiedzieć, Kamil, czy "koszty dla wszystkich" są mniejsze, skoro NIE MA RYNKU - gdyż mamy do czynienia z państwowym monopolistą - by te koszty w ogóle oszacować? Nie rozumiesz też pojęcia monopolu. Prywatna firma, jeśli nie istnieje zakaz konkurowania z nią, nie jest "prywatnym monopolem". Wracając do kosztów, rozumujesz w sposób bardzo prymitywny - no właśnie jak student I-szego roku mikro co najwyżej - koszta ponoszone przez wszystkich w przypadku państwowego monopolu są siłą rzeczy (jako niemożliwe do oszacowania, a więc i kontroli) wyższe, i płacone przez całą gospodarkę, głównie jako koszta utraconych możliwości, stagnację danego sektora, subwencje i dopłaty do danego monopolisty, itd. Tylko prywatna firma bez przywilejów państwowych, pobierając rynkowe ceny za swoje usługi i ponosząc rynkowe koszty, jest w stanie sprawiedliwie obciążyć realnymi kosztami tych, co korzystają z jej usług, i dać tym samym konkretny, zdefiniowany sygnał na rynek - "kosztuje nas to tyle a tyle, żądamy takiej a takiej ceny, mamy taki a taki zysk". I to jest podejście biznesowe i racjonalne. Podejście Kamila, to podejście godne "kapitalizmu kompradorskiego", gdzie kolesie radnych miejskich obsadzają stanowiska w takiej komunalnej spółce kosztem podatników i konsumentów.

Nie wiem, co jest ze mną, może mam kiepską wyobraźnię, ale niemożliwym do wyobrażenia jest alternatywny system wodociągów. Każdy urbanista słysząc takie coś, uśmiechnąłby się litościwie.


Widocznie jesteś na to za głupi. Brutalna prawda. Na szczęście nie od ciebie i twojej płytkiej wyobraźni zależy działanie rynku, tylko od inwencji i wysiłku milionów przedsiębiorców, którzy dawno już wpadliby na pomysł, jak konkurować na rynku dostarczania wody mieszkańcom miast, gdyby im pozwolono. Developerzy budujący nowe osiedla braliby pod uwagę, że klienci chcieliby mieć dostęp do oferty alternatywnych dostawców, i projektowali budynki pod tym kątem, itd, itp. Tak, jak ma to miejsce w przypadku konkurujących sieci kablowych i telefonii. Tacy jak ty, ludzie o "kiepskiej wyobraźni", pewnie 10 lat temu nie wyobrażali sobie alternatywnego systemu łącz telefonicznych, i traktowali TPSA jako obrzydliwego monopolistę, który powinien pozostać spółką państwową. A tymczasem Telefonia Dialog zbudowała swoją sieć we Wrocławiu, Legnicy, Jaworze, i odebrała TPSIe cały rynek. Na szczęście nie pytali o zdanie Kamila.

Nic jednak dziwnego, gdy traktuje się społeczeństwo jako zbiór samoistnych monad, w takim wypadku pojęcie dobra wspólnego nie istnieje.


Gdy Kamila zawodzi wyobraźnia i nie ma argumentów, to natychmiast przechodzi do konserwatywnego bełkotu i zaczyna ciskać kazania o "dobru wspólnym". Na szczęście każdy w miarę obyty antysocjalista wie, że gdy przeciwnik bełkocze o "dobru wspólnym", to chce nas okraść. Dlatego jedną ręką trzymam portfel, a drugą mierzę do Kamila z rewolweru.

Nie, preferuję takie rozwiązania, jak Niemcy uczynili w sektorze energetycznym. Prąd dostarczają prywaciarze, ale płacą za użytek państwowej sieci energetycznej. Dzięki temu, że jeden dostawca nie zmonopolizował sieci energetycznej, można było stworzyć warunki doskonałej konkurencji na rynku, bo konkurencja>wolny rynek (często to się pokrywa, ale nie zawsze).


Kolejne bzdury studencika z I-go roku. Znowu problem niemożliwych do oszacowania realnych kosztów, bo sieć jest państwowa, więc nie wiadomo, ile faktycznie powinien kosztować przesył prądu, i jak kształtowałaby się cena, gdyby rynek był wolny. Rozwiązanie fatalne. Konsument nie wie, ile traci, natomiast wiadomo, że traci cała gospodarka, w porównaniu do rozwiązania laissez-faire. I też bardzo istotna sprawa - Kamil faktycznie wierzy, że państwowy przymus "ukonkurencyjniania" jest ważniejszy, niż własność prywatna. Zamiast sprywatyzować linie przesyłowe (rozdać udziały wszystkim podatnikom, na przykład), mamy przymusowo utrzymywane przez podatników łącza o nieoszacowanym, zawyżonym koszcie, w imię ideologii "konkurencji doskonałej", czyli kontrolowanej przez państwo, gdyż na realnym rynku takiej absurdalnej sytuacji nie ma nigdy. O konkurencji pisał szeroko Hayek, czy Kirzner, i koncepcja "konkurencji doskonałej" jest przez nich błyskotliwie zmiażdżona. Konkurencja jest wtedy, gdy mamy nienaruszalność własności prywatnej, i realny rynek z realnie kształtującymi się cenami, a nie zabawę państwa w niby-konkurencję na państwowej własności bez racjonalnej kalkulacji ekonomicznej.

Jest to lepsze rozwiązanie, niż marnowanie czasu, zasobów i pieniędzy na budowę alternatywnych sieci energetycznych (ktoś wyobraża sobie pokryć połać 82-milionowego kraju? hahahaha!).


A skąd wiesz, że lepsze? Nie wiesz, gdyż nie możesz tego oszacować, gdyż nie ma rynku. Strzelasz sobie w kolano co rusz, ośmieszając swoją żałośnie niską wiedzę ekonomiczną.
To rynek i dynamiczna konkurencja między wieloma podmiotami decydują, co jest lepszym i bardziej opłacalnym rozwiązaniem dla konsumenta. Gdyż to konsument ma decydować, a nie rządowy planista przejmujący się "dobrem wspólnym", którego nie ma - więc zastępuje je dobrem swojej kieszeni.

Same firmy tego nie chciały, gdyż lepiej jest uiścić opłatę za korzystanie z tego, co jest (dla wszystkich).


A co się dziwisz? Jasne, że kartel uprzywilejowanych w tym momencie firm, mających dostęp do państwowej sieci, będzie obstawał za tym, skoro koszty infrastruktury ponosi podatnik, a nie rzeczone przedsiębiorstwa. Ameryki nie odkryłeś, Kapitanie Oczywizm.

Należy tutaj zauważyć, że teoretycznie w Niemczech jest możliwa budowa alternatywnej sieci energetycznej, ale tego nikt nie robi, bo ZIEMIA, SUROWCE, KABLE, INSTALACJA, KONSERWACJA, TRANSAKCJE kosztują, a najwięcej kosztuje CZAS (budowa takiej sieci to robota na hoho). Powtórzę: Tak wszyscy mają jedną, świetną i nowoczesną sieć przesyłową.


HELLO, KAPITANIE! Gdyby rynek był wolny, a więc istniały sygnały cenowe, takie jak stopa zwrotu w sektorze przesyłu, produkcji i dystrybucji energii, to wtedy by było przynajmniej wiadomo, ILE wynoszą rynkowe koszty takiej zabawy, i inwestorzy mogliby kalkulować. Wówczas oni by zdecydowali, czy ładować miliardy na 20 lat, czy nie. Obecnie, skoro podatnik płaci za sieć, to nikt nawet nie zrobi kosztorysu. Zresztą, żyjemy w czasach tak niepewnych z powodu ciągłej interwencji państwa, że inwestycje 20-letnie, czy 50-letnie, które były normą w XIX w., gdy budowano sieci energetyczne i wodociągowe po całych Stanach Zjednoczonych, kraju dziesiątki razy większego, niż Niemcy, są obecnie rzadkością, a w sektorach zdominowanych przez państwo, nie występują, choć konsument by na tym najbardziej skorzystał. Po prostu, banda debili z doktoratami państwowych uniwersytetów, gdzie natłukli im do głowy, że energetyką musi zajmować się państwo, bo nie można sobie wyobrazić "alternatywnych sieci energetycznych", nie uwolni rynku, bo nie. Zawsze można kolesi obsadzić w zarządzie, żyć nie umierać.

Ahh, ta jedna świetna nowoczesna sieć przesyłowa... Kolejne aroganckie szczeknięcie szczeniaka. Kamil jest absolutnie pewien, że państwowa sieć jest najlepsza na świecie, no po prostu musi być najlepsza, bo tak mówią Niemcy. Sorry, Winnetou, ale nie jesteś w stanie tego oszacować, gdyż tylko rynek może zweryfikować, jaki rodzaj sieci za jakie pieniądze jest najlepszy dla danych potrzeb konsumenta.

Co do ćpania, to przecież wyłożył brat Tomasz to samo, co powiedziałem. I wbrew pozorom, w tworzenie się czarnego rynku ceteris paribus wierzę - tylko, że wierzę też w koszta zewnętrzne/społeczne.


I znowu Kamil-kolektywista swoje. Ileż można?... Wierzyć, to sobie możesz, ale obiekt wierzeń nie stanie się od tego rzeczywisty. Nie da się oszacować efemerydy pn. "koszta społeczne", gdyż takiego zwierzęcia w realnej ekonomii nie ma.

Efekt kuli śniegowej. Czasem nie do powstrzymania. Stały defekt na mentalności członków społeczeństwa. Widać to w najbardziej liberalnym kraju świata - Jamajce.


"Czasem nie do powstrzymania" - no tak, mentalność planisty uniemożliwia uznanie istnienia wolnej woli. Determinizm, nieuchronna zagłada, gdyż nieopatrznie pozwoliliśmy na dobrowolną wymianę między producentem konopi, a ich konsumentem...
Jamajka... Proszę cię... Podawaj kraje cywilizowane. Czemu nie podałeś Holandii?

Obrazowy przykład z socjologii: Jeśli ćpanie heroiny jest złe i jeśli w danym towarzystwie 4 osób 3 ćpią, to 4 niećpająca jest wystawiona na potężną presję. Poprzednie 3 osoby miały dokładnie tę samą drogę za sobą - presję towarzyską (społeczną). Znamy skutki ćpania heroiny i nie są one wesołe. Jeśli zwiększamy koszty i ryzyko (lub w odwrotnej kolejności), to zmniejszamy zasięg - legalizując zwiększamy zasięg do maksimum.


Matko... I oczywiście z determinizmu wynika, że wszyscy będą ćpać, bo taka moda. Nawet Kamil będzie, gdyż jest za słaby, by podołać presji społecznej. Przypominam, że narkotyki, legalne bądź nie, społecznym przyzwoleniem się nie cieszą i raczej się to nie zmieni - zwłaszcza, że po legalizacji podniesie się solidne larum, i rozpoczną działalność wolontariaty, fundacje et cetera. No, ale Kamil bez planowania społecznych zachowań dostaje drgawek, więc musi się kurczowo trzymać tematu absolutnej prohibicji używek. Ciekawe, że za absolutną prohibicją alkoholu nie gardłuje, skoro presja społeczna na zalewanie się w trupa jest w Polsce bardzo powszechna.

Czarny rynek wprawdzie jest faktem, ale lepszy wąski czarny rynek, niż kosmiczna biała strefa.


Skąd Kamil wie, jakie będą rozmiary białej strefy po przywróceniu wolnego rynku w dziedzinie narkotyków? Wszyscy koledzy Kamila już zapowiedzieli, że pójdą na masową degustację wszelkiej chemii? Arogancja chłystka wali po pysku, że ho ho. Przypominam, że sprzedaż narkotyków jak normalnego towaru w sklepie daje znacznie lepsze pole kontroli dla ukochanego przez Kamila państwa, niż czarny rynek. Można nawet sanepid zobowiązać do kontroli jakości. Żart taki. Libertariański.

Fundacje i ośrodki ewangelickie oraz katolickie mają w tym względzie dużo większą wiedzę merytoryczną niż Tomcio Cz. i ja wierzę im i ich doświadczeniom, niż wiary w to, że społeczeństwo po ćpaniu byłoby zdolne do kapitalizmu lub czegokolwiek.


Uwaga! Drogie społeczeństwo. Grozi ci zaćpanie się na śmierć. Nawet nie wiesz, po co ci narkotyki, i nigdy nie kontemplowałeś możliwości spróbowania - ale jak tylko w delikatesach będzie speed w dropsach, zaćpasz się na śmierć, gdyż nie masz rozumu. Bez nas umierałbyś pod płotem, robimy wszystko dla twojego dobra. A teraz, drogie społeczeństwo, musimy podnieść ci wiek emerytalny do 67 roku, bo inaczej będziesz umierał pod płotem. Coś się nie podoba? Wąchaj bat.

Prakseologia byłaby równie martwa w takim wypadku, jak nauka dla umarłego z powodu raka płuc, że palenie powoduje tegoż raka. I nie wiadomo, czy byłaby to nauczka dla reszty.


No tak, wszyscy zaćpaliby się, tak jak teraz wszyscy myśliciele zapili się w trupa.

Ograniczam się jedynie do tego, co przedstawił Milton Friedman w "Free to Choose".


Otóż to, Kamil. Ograniczasz się. Ograniczasz się do bardzo małego wycinka wiedzy, w dodatku marnej. Ale punkt dla ciebie, że się przyznałeś do swojej niekompetencji i braku oczytania w literaturze przedmiotu.

sobota, 17 marca 2012

Kamil Kisiel kontynuuje samozaoranie

Ten butny 20-latek, który mógłby być moim synem (no nie, nie mógłby, taka metafora - przecież jestem antynatalistą), postarał się i dokonał natychmiastowego uaktualnienia swojego bełkotliwego artykułu o mizerną próbę refutacji mych zarzutów z poprzedniego wpisu. Więc nie będę gorszy, i jedziemy:

AD1 Londyńska sieć kanalizacji została sprywatyzowana. Ceny podskoczyły, jakość dramatycznie spadła. Kanalizację ponownie znacjonalizowano.


Aj waj, straszne. To kto w końcu jest właścicielem? Państwo, czy miasto? Znacjonalizowano, czy zmunicypalizowano? W wyniku paniki, że warunki rynkowe wymagają wyższej ceny? Nie dopuszczono konkurencji? No nie dałoby rady, przecież sanepid, pozwolenia, urbaniści, psia krew... Kamil uważa, że to dowód obalający przeciwko kapitalizmowi. Nie - to dowód przeciwko wszelkiemu nierynkowemu planowaniu i zarządzaniu przez urzędników. Nie pozwolono wolnemu procesowi rynkowemu i wolnej konkurencji dostarczyć konsumentom pożądanych usług - więc są skazani na nieefektywnego miejskiego monopolistę. Kamil promienieje, postęp powstrzymany, reakcja triumfuje.

AD2 Naturalny porządek opiera się na władzy - plemiona wybierały sobie wodzów nie bez kozery. Oczywiście, libertarianie mają inną interpretację historii. Cóż, w tym miejscu się nie pogodzimy, mimo miażdżącej dysproporcji (liczbowej) wśród historyków na niekorzyść lumpenliberałów.


Nie spotkałem jeszcze żadnego libertarianina, który inaczej interpretowałby historię, więc coś ściemniasz, Kamil. Innymi słowy, łżesz - a za to z liścia po chamskim ryju, zważ chamie! W czasach prymitywnych, a więc przedkapitalistycznych, siła stanowiła o życiu i śmierci, więc nie dziwi to ani trochę. Tylko, że każdy bardziej rozgarnięty lud zdawał sobie sprawę z groźby uzurpacji władzy przez tyrana, więc tak u Celtów, Słowian czy Skandynawów wódz był wybierany w głosowaniu, i mógł być tego stanowiska pozbawiony, jeśli przekraczał tradycyjne uprawnienia. To samo w republice rzymskiej, gdzie dyktator sprawował władzę tylko przez pół roku, i to w przypadku wojny. Natomiast teraz mamy XXI wiek i erę postprzemysłową, więc przywoływanie anachronicznych przykładów historycznych, by udowodnić i nikczemnie uzasadniać swoje faszystowskie fascynacje jest oznaką upośledzenia, Kamil. A upośledzeni ludzie robią na mnie równie wielkie wrażenie, co dziwki bez szkoły i protestujący lewacy.

AD3 Badania empiryczne do kosza... no tak. To oczywiście zamyka pewne pole dyskusji. Na szczęście rabbi Mises nie jest tutaj autorytetem. Konstrukty myślowe Misesa nie są poważnie rozpatrywane przez nikogo poważnego :>


No tak, odwołanie się do "poważnych autorytetów", zamiast merytorycznego przedyskutowania zagadnienia, bardzo dojrzałe, Kamil, ptysiu. Otóż jak badania empiryczne nt. wpływu etyki na ekonomię mogą cokolwiek udowodnić? Nie da się przeprowadzić takich badań, i właśnie każdy poważny socjolog o tym wie. Badania mogą co najwyżej zilustrować już sformułowaną aprioryczną teorię - i nie potrzeba setek tabel z korelacjami, by wiedzieć, że gdy dana społeczność nie uważa kradzieży za coś niemoralnego, to jej rozwój będzie przez to mocno skrzywiony i ograniczony. Jeśli nie uważa, że własność prywatna jest święta i nienaruszalna - takoż. Co mogą badania empiryczne wnieść do apriorycznej teorii? NIC. Mogą tylko być pomocą ilustracyjną.
A co do konstruktów myślowych Misesa, o których nic nie wiesz - nie porywaj się z motyką na słońce, skończ najpierw podstawowy kurs logiki.

AD4 Konstrukt myślowy to takie fajne coś, co konstruujesz z założeniami a priori i za pomocą prakseologii oceniasz każde ludzkie działanie i jakimś cudem zawsze wychodzi Ci, że wolny rynek jest fajniejszy. Np. zgodnie z przekonaniami talmudystów - jeśli ludzie chcą ćpać, to nie ma sensu zakazywać ćpania, ponieważ zakaz = zwiększenie kosztów ćpania i opłacalności dystrybucji ćpaczy. wolny rynek wyeliminuje zbytnich ćpaczy przez ich niezdolność do niczego, czyt. zdechną na ulicy, bo tak.


Ekonomia to nauka, a więc nie zawiera wartościowania. Więc jeśli ludzie chcą ćpać, to ekonomista-prakseolog może co najwyżej stwierdzić, że zakaz ćpania, produkcji i sprzedaży prochów, stworzy jedynie gigantyczny czarny rynek, gdzie próba egzekucji zakazów będzie niezwykle kosztowna. Ot co. A czego się spodziewałeś? Modlitwy? Eh Kamil, wydoroślej.

AD5 Dla talmudystów jak widać społeczeństwo jest mitem, który należy zdemistyfikować. Takeż koszty społeczne są dla nich mitem. Nie interesuje ich, że np. tak jak na Jamajce społeczeństwo przez dragi może po prostu zdechnąć, i to zarówno ekonomicznie. Dla radykalniejszych talmudystów ("rothbardyści") to bez znaczenia - jak społeczeństwo chce zdechnizmu, to trzeba my utorować drogę O/


Otóż właśnie. "Koszty społeczne", któż widział takie zwierzę? Któż je zmierzył? Jaką metodologią? Otóż nie mógł, gdyż takowa nie istnieje, ponieważ nie istnieje społeczeństwo jako odrębny homogeniczny byt z własnym rozumem i wolą. Są jednostki, i to one ponoszą koszty - zarówno pojedynczy ćpacze, jak i ich znajomi, pracodawcy, kontrahenci. Oni indywidualnie wartościują, ważą zyski i straty, np. z ćpania. I to oni podejmują decyzje. Rozumiem, że Kamil pragnąłby podporządkować decyzje indywidualne decyzji uber-ordo-zarządu. Czyli sobie, tak naprawdę. Młodzi ludzie nierzadko dostają erekcji na myśl o absolutnej władzy moralnej nad innymi. Natomiast naukowcy chłodno analizują, i jeśli znają dzieła Misesa i Hayeka, a nawet Spencera, to wiedzą, że uber-ordo-zarząd nic nie wskóra - ani nie zlikwiduje ćpuństwa zakazami, ani nie zmieni moralności społeczeństwa dyrektywami, czy marszami po ulicach. Od moralności są kościoły i etycy, a nie politycy (ergo: banda zbirów ze spluwami). Od pomagania zagubionym owieczkom również są kościoły i fundacje charytatywne, a nie fuhrer Kamil, dobrodziej. Nie wiem, jak można insynuować, jakoby libertarianie życzyliby sobie degeneracji moralnej czy fizycznej społeczeństwa ćpunów. Z czego to niby wynika? Bo nie rozumiem tego coraz bardziej oderwanego od zdrowych zasad logicznych bełkotu sfrustrowanego chłopczyka.

AD6 Na wolnym rynku mielibyśmy: osobne sieci energetyczne, osobne sieci kolejowe, osobne kanalizację w miastach (a to dobre, uśmiali się właśnie urbaniści). I żaden z tych operatorów nie skorzystałby ze swojej pozycji i nie pobierałby renty monopolisty. Bo na rynku NIE MA MONOPOLI, BO TAK. Co tam opinie ludzi pracujących w gospodarce, co tam międzynarodowe zarządzanie i wielokrotne poruszany problem uzależnienia od jedynego dostawcy. Witamy w świecie talmudycznego aprioryzmu. Nie będzie monopoli, bo tak powiedział Mises (ten to dopiero odfruwał częstokroć).


Akurat jakbyś knypie czytał Misesa, to byś wiedział, że Mises istnienie naturalnych monopoli i stosowania przezeń "ceny monopolistycznej" zauważał. Dopiero Rothbard wykazał, iż nie jest to jakaś wydumana "cena monopolistyczna", tylko cena rynkowa w danych warunkach. Np. w warunkach małej izolowanej górskiej wioski, gdzie istnieje tylko jeden sklep, którego właściciel-przedsiębiorca ma dobre zaopatrzenie, i dzięki temu może "wyzyskiwać" konsumentów, a konkurenci jeszcze nie wypracowali sposobu, by obniżyć koszty transportu na tyle, by wejść na rynek detaliczny w tej wiosce. Choćby.
Już tłumaczyłem, że to rynek ma ustalać ceny, a nie widzimisię 20-letnich prawiczków, czy innej grupy roszczeniowej, dla której ceny wydadzą się za wysokie. Zresztą w reżymie prywatnej własności, a tylko taki uznamy za wolny rynek w 100%, kapitalizm nie-ma-przeproś full-wypas, kwestie, jak konkurent wodociągów poprowadzi rury (a może nie poprowadzi, tylko dostarczy wodę w kontenerze? i tak samo wyprowadzi nieczystości? pomyślałeś o tym, spierdoleńcze, czy na wsi nigdy szambo ci nie wylało?), a jak konkurent na rynku energetyki doprowadzi prąd - rozstrzygnie rynek, czyli dobrowolne umowy między prywatnymi właścicielami i gra popytu i podaży. I wiemy to a priori. Jako ekonomiści, wiemy, że w momencie uwolnienia cen nastąpi wreszcie aktualizacja informacji rynkowych dotyczących danej usługi i faktycznego popytu na nią. Że jeśli zwiększy się stopa zysku producenta, czyli wyższe ceny nie wywołają proporcjonalnego spadku popytu, to znaczy, że konsumenci dobrowolnie te ceny płacą - jasne, że woleliby mniej, ale nie ma darmowych obiadów, nie wiem, czy wiesz, Kamil. Wcześniej koszty ponosił ktoś inny za półdarmo prąd, y'know. A teraz wreszcie ponosi je nabywający usługę konsument. Jako ekonomiści wiemy, że ta wysoka stopa zysku ściągnie konkurencję, i to jest w jej interesie dostarczyć lepszą i tańszą usługę, a jak to zrobi, niech pozostanie jej zmartwieniem, nie twoim. Nie uszczęśliwiaj ludzi na siłę, dobrze ci radzę.
Myślenie, na jakim zatrzymał się Kamil, to myślenie biurokratów z końca XIX w., których przerażał "monopol" Standard Oil, mającego 97% rynku na kerosen - paliwo do lamp, by ludziom ciemno w nocy nie było. Rockefeller tak obniżył koszt rafinacji ropy i wytwarzania kerosenu, że każdy przygłup wioskowy mógł świecić w nocy lampką i czytać książki lub czasopisma. Antymonopolista antyrynkowy, czyli Kamil, z pewnością już knułby wojnę, jak tu rozbić ten wstrętny monopol, podzielić Standard Oil na kilkanaście spółek i narzucić ceny urzędowe, bo SO za tanio sprzedaje, nie dopuszcza konkurencji, aj waj.
A kto obalił monopol SO? TOMASZ EDISON, DZIWKO! Wynalazł żarówkę, i nikt już nie potrzebował kerosenu, bo świeciło z sufitu!!! Konkurencja przychodzi niespodziewanie, znienacka, nigdy jej nie przewidzisz, ty mały hitlerku ty. Ty knypie!
Należy tylko pozwolić rynkowi działać, i nie utrudniać niczego. I to jest faktyczna praktyka biznesowa, a nie mdłe opowiastki z etatystycznego świata. Libertarianie nie akceptują metody małych kroków, gdyż nawet praktyka pokazuje, iż małe kroki w prawo zawsze są przeważane długimi susami w lewo w brudnych buciorach brunatnego bydła.

AD7 Keluś, nie podskakuj, bo jesteś starszy (?) minimalnie (?). Twój ustawiczny brak kultury zwalnia nawet dżentelmenów z obowiązku szacunku wobec Ciebie. Trzymaj się, dwie zdrowaśki za Twoje nawrócenie.


Jestem starszy od ciebie o dekadę, i nie zachowuję się, jakbym odkrył św. Graala. Zasady kultury obowiązują tylko wobec przedstawicieli cywilizacji, a lewactwo do takich nie należy. Ty, jako obmierzły, pozbawiony pokory wobec starszych i mądrzejszych, butny patafian i antykapitalista, również się kwalifikujesz do adresatów obelg i kalumnii. Zawrzyj więc zwieracz i słuchaj PANA!

dowiedzże się, czym jest ordoliberalizm.


Widzisz, ja wiedziałem już 12 lat temu, gdy ty jeszcze krzyczałeś "DAJ!". Jakkolwiek sensowna idea, w twoim wykonaniu staje się groteskowa. Jak pisałem, ośmieszasz nie tylko siebie. Ośmieszasz dorobek Euckena i Röpkego. Masz tu, poczytaj o ordo okiem austriaka: http://mercatus.org/publication/postwar-german-wonder-economy-and-ordoliberalism

Nie, wbrew pozorom, żaden ordoliberał nie preferuje państwa wyznaniowego. Ciesz się, bracie. Nawracać chcemy - my ormolyberały - ciągle z wolnej woli w wolnym społeczeństwie. Nie znaczy to, że mamy czcić złotego rand-owskiego cielca.


Ordoliberał nie. Ormo-lyberał Kamil owszem. Gdzie Rzym, a gdzie Krym? Gnój rozwozić po polu, a nie pod ordoliberalizm się podpinać, pryszczacu!


___

A teraz poważnie, skoro aż tak naciskasz na konfrontację z "talmudystami", przyjedź na Letnie Seminarium Ekonomiczne w tym roku, organizowane przez Instytut Misesa, i pokaż, na co cię stać. Zaoraj aprioryzm i prakseologię, czy co tam chcesz. Niestety, obawiam się, że możesz oblać egzamin na zakończenie seminarium, i staniesz się taki, jak niejaki Stachu - oszalały z frustracji...

Bez modlitwy.

piątek, 16 marca 2012

Kamil Kisiel ośmiesza nie tylko siebie

Trollujący po internetach karzeł reakcji, Kamil Kisiel (znany m.in. z prokapitalizm.pl i karlyreakcji.pl) wysrał z siebie (bo inaczej tego nie można nazwać) kolejny artykuł, podobno "polemiczny", gdzie udowadnia... właściwie nie wiadomo co. Natomiast z pewnością ośmiesza się nie tylko zupełną nieznajomością podstaw ekonomii - nawet bez zaawansowanej wiedzy "austriackiej" - jak i libertariańskiej filozofii politycznej. Brak merytorycznych argumentów tuszuje metafizycznym bełkotem i korzystaniem z palety słów-kluczy w stylu "ordoliberalizm", "urynkowienie", "sukces etyki", "naturalny porządek". Nic z tych słów nie wynika, a i dalsze elaboracje tego młodego człowieka, to wyłącznie kontynuacja bełkotu.
Spróbujmy odpowiedzieć na niektóre, bardziej zbliżone do merytorycznych, punkty.

ordoliberalizm bada tylko związek pomiędzy etyką (nie tylko katolicką), a gospodarką i że wynik tych badań (empirycznych, a jak) okazał się pozytywny.


Badania empiryczne w naukach społecznych, jak już dawno pisał Mises, są bezwartościowe, więc możemy ten aspekt łaskawie pominąć. Natomiast Mises również pisał, że to idee wpływają na bieg historii, konkretne ideały moralne, etyczne. Np. nienaruszalność własności prywatnej, to konkretny ideał etyczny, który jest warunkiem sine qua non istnienia kapitalizmu. Nikt tego nie podważa, a już na pewno nie szkoła austriacka. Tyle, że "państwowy zamordyzm" i inżynieria społeczna, tak hołubione przez Kamila, nie ma nic wspólnego z ochroną własności prywatnej przez niezawisłe sądy. Wręcz przeciwnie - wszak ingerencja państwa w moralność ludzi i ich indywidualne wybory, narusza ich własność prywatną, więc podważa ten fundament kapitalizmu. Nic dziwnego więc, ze bożek ordoliberalizmu - RFN - tak szybko stało się państwem o rozbuchanym socjalu i całej plejadzie "myślozbrodni" w kodeksie karnym. Trudno też uznać Singapur za ideał kraju kapitalistycznego. No, ale dla sfrustrowanych chłopaczków, którym marzy się władcza knaga, możliwość dyktowania przez państwo dopuszczalnej gamy zachowań to ideał rządzenia.

Ekonomiczny talmudysta nie zrozumie, że państwowe przedsiębiorstwo, będąc monopolistą, nie nadaje się do prywatyzacji.


A czemu nie? Bo Kamilek tak zdecydował? Na wolnym rynku nie ma monopolistów, bez interwencji państwa w rynek nie powstają monopole, i nawet "monopole naturalne", jak wodociągi czy elektrownie, nie są wcale monopolami, gdyż zawsze istnieje możliwość konkurowania z nimi, pod warunkiem, że państwo nie przeszkadza. Ślepy, bądź niedouczony gówniarz, który nigdy nie zgłębiał procesów rynkowych i konkurencji w biznesie, trudno, by to pojął. Od siebie polecam literaturę przedmiotu - Kirzner "Konkurencja i przedsiębiorczość", choćby. I zachęcam do przestudiowania przypadków, kiedy monopoliści zostali wygryzieni przez innowacje rynkowe, a nie interwencję państwa.

Historia londyńskiej kanalizacji, reprywatyzowanej z powodu paniki powstałej po prywatyzacji (ceny w górę, jakość w dół) to nic - ale skoro tak, to może talmudystka Tomcia poczyta Prebble'a. Nie, nowozelandzki rząd nie sprywatyzował, tylko urynkowił państwowe molochy.


To w końcu reprywatyzowanej, czy renacjonalizowanej? zdecyduj się, chłopcze, bo odnoszę wrażenie, że czytam upośleda. Nie da się urynkowić bez prywatyzacji spółki państwowej, jest to z definicji niemożliwe. Taka spółka nadal będzie tylko bawiła się w rynek, a nie funkcjonowała jak normalne przedsiębiorstwo prywatne. To po pierwsze. Po drugie, cena produktu na wolnym rynku jest zawsze ceną rynkową, więc jeśli po prywatyzacji cena produktu byłego państwowego molocha idzie w górę, to znaczy, że tak musi - i że wcześniej ceny były sztucznie zaniżone! To system cen jest najważniejszym elementem gospodarki rynkowej, przenosi newralgiczne informacje i przeszkadzanie w formowaniu się rynkowych cen jest zbrodnią, której dopuszcza się państwo. Kamilkom i reszcie faszystów to najwidoczniej nie przeszkadza. Tylko po podniesieniu się cen usług kanalizacyjnych, czy prądu, rynek może w sposób właściwy zareagować, konsumenci zmniejszyć popyt, a inwestorzy dokonać właściwej oceny sposobności zarobku - i skierować kapitał właśnie w celu konkurowania z dotychczasowym monopolistą. Trudno zrozumieć? Nie dla kogoś, kto faktycznie zajmuje się biznesem, zna działanie systemu cen, i wolnego od interwencji rynku. Interwencjonista i zamordysta tego nie pojmie - będzie rzucał wyzwiska typu "talmudyczna szkoła ekonomii", "prymat etyki nad ekonomią" (co jest etycznego w okradaniu właściciela firmy przez narzucanie mu urzędowych cen?), itp. niefalsyfikowalne bzdury.

Niemcy nie sprzedali sieci energetycznej, bo to oznaczałoby przerobienie monopolu państwowego na prywatny - i wyszłoby jeszcze gorzej, bo zamiast być dobrem wspólnym taka rzecz staje się szkodnikiem dla wszystkich.


Kolejny zarzut padający z ust knypa bez szkoły, który nie rozumie, że gospodarka rynkowa to gospodarka dynamiczna, w ciągłym ruchu i poddawana ciągłym zmianom ze strony przedsiębiorczych jednostek. Owszem, jeśli państwo reguluje gospodarkę do tego stopnia, że wejście na rynek jest utrudnione, albo prawa własności nie są należycie definiowane i chronione - to uczynienie z państwowego monopolu prywatnego jest tylko przekazaniem przywileju w ręce namaszczonej sitwy. Ale nie na tym polega gospodarka rynkowa, i żaden z "talmudystów" takiego połowicznego rozwiązania nie proponuje. Nie doczytałeś Kamil, następnym razem zrób nam przysługę, i nie pisz.
W jaki sposób prywatne firmy mogą konkurować z gigantem sieci elektrycznej, czy wodociągowej? Na bardzo różny sposób, jest to już w gestii prywatnych przedsiębiorców, skuszonych wysokimi zyskami, gdy monopolista podniesie ceny do poziomu rynkowego. Możliwości jest mnóstwo, należy dać zadziałać rynkowi. Kamil nie rozumie, że w przeciwnym wypadku dostajemy stagnację i pogarszanie się jakości usług (mimo, iż kontrolowane ceny pozostają w miarę niskie), bez szans na pojawienie się innowacyjnych pomysłów.

Co do władzy - to Hoppe mówił wprost - organiczne społeczeństwo średniowieczne rządziło się patria potestat: ojciec - senior - król - Bóg (Ojciec Wszechmogący!) Pojedynczy fenomen ojca-władcy jest tutaj redukcją i namiestnikiem Boga. I to jest NATURALNY PORZĄDEK, a nie fantazyje młodszej generacji talmudycznej szkoły ekonomii.


A to już przykład bełkotu, z którego nic nie wynika. A raczej wynika następujący wniosek. Skoro niżej podpisany jest o wiele starszy i mądrzejszy, niż Kamil, należy mu się tradycyjnie szacunek, pokłon i ucałowanie ręki. Na "ty" ci nie pozwoliłem przejść, chłystku, więc jak się nie nauczysz dobrych manier, to kindersztubę przyswoisz po kontakcie z moim nahajem. Możesz wstać teraz z kolan.

Szalom
Kel`Thuz

wtorek, 7 lutego 2012

Wywiad z libertarianinem, cz. 5

Część V - Mroczne realia

ANDREW: W poprzedniej części wywiadu, opowiedział nam Pan, jak w średniowieczu Organizacjami Rządo-Podobnymi byli szlachcice, w których opinia publiczna widziała osoby ponadprzeciętne. Czy dzisiaj bogacze i liderzy korporacji znaleźli się na szczycie również dzięki swym naturalnym zdolnościom przywódczym?

PSEUDONIM KAIN: Nie. Nadal istnieją bogacze, ale coraz częściej zawdzięczają swoją fortunę... bezpośrednio bądź pośrednio państwu. W związku z tym są częściej uzależnieni od kontynuowania przez państwo faworyzowania ich, niż ludzie mniej zamożni... Ich zachowanie nie odznacza się ani szczególną cnotą, godnością, ani wyszukaniem, lecz jest odbiciem tej samej proletariackiej kultury masowej - orientowaniem się na teraźniejszość, oportunizmu i hedonizmu.

A: Jak do tego doszło?

PK: Niestety, demokracji udało się... ostatecznie zniszczyć naturalne elity. Fortuny wielkich rodów przepadły, a cechująca je tradycja kultury i ekonomicznej niezależności, intelektualna dalekowzroczność, oraz moralne i duchowe przywódctwo - zostały zapomniane.

A: I jest to wina demokracji? Szlacheckie rody nie ponoszą żadnej winy za swoją dekadencję?

PK: Być może rody szlacheckie winny były mocniej opierać się demokracji, ale w rzeczy samej - Hans-Hermann Hoppe udowadnia w swej książce, że rządy demokratyczne zawsze prowadzą do socjalizmu państwa opiekuńczego. Stany Zjednoczone są dziś tego przykładem.

A: Libertarianie ogólnie są bardzo krytyczni wobec dzisiejszych demokracji. Jednak, wielu uważa, iż legalny rząd powinien istnieć, o ile jest bardzo mały i ogranicza się do wykonywania zadań, które libertarianie uważają za słuszne.

PK: Ayn Rand, Robert Nozick, Milton Friedman, i nawet sprzedawczyki z Cato Institute ciężko pracowali nad obroną praw producentów. Jednakże, naiwnie wyobrażają sobie, że demokratyczny rząd da się oswoić: przekształcić w odpowiedzialną machinę, która będzie chronić własność i umowy bez narzucania swoich własnych idei roli państwa w społeczeństwie.

A: Jest Pan pewien, że się mylą?

PK: W zupełności. Tak, jak panu powiedziałem, destruktywna natura rządu jest twierdzeniem, popartym zasadami elementarnej logiki.

A: Czy może Pan nam wytłumaczyć to twierdzenie?

PK: Dowód najlepiej wytłumaczyć używając koncepcji "preferencji czasowej" z ekonomii austriackiej. Rysując nachyloną w dół krzywą preferencji czasowej dla danej osoby u początków ludzkości...

A: Mimo, iż dla Pana techniczne podejście wydaje się bardziej eleganckie, trafi Pan do liczniejszego odbiorcy, jeśli wytłumaczy Pan to pojęcie normalnym językiem.

PK: Utracimy oczywiście nieco na precyzyjności, ale mogę spróbować... Zagadnienie jest proste, choć otrzymuje się głębokie wnioski. Zacznijmy przez założenie, że funkcjonariusz rządowy jest osobą racjonalną, i wobec tego działa w ten sposób, by użyć machiny rządu dla swych osobistych korzyści... [Ponieważ] nie jest właścicielem [rządu]... nie może sprzedać zasobów rządowych i spieniężyć przychodów dla prywatnej korzyści, ani nie może zapisać własności rządowej swemu potomkowi... [Wskutek tego] prezydent... wyeksploatuje największą możliwą ilość zasobów rządu najszybciej jak się da, ponieważ to, czego nie skonsumuje teraz, nie będzie mógł już nigdy skonsumować.

A: Byli prezydenci, tacy jak George W. Bush czy Bill Clinton, są milionerami. Jeżeli Pana teoria jest poprawna, złupiliby tyle zasobów kraju, że byliby teraz bogatsi - byliby miliarderami.

PK: Ach... Tak samo sądziłem, gdy po raz pierwszy przeczytałem książkę Hansa-Hermanna Hoppego. Ale widzi pan, dr Hoppe rozumuje na poziomie teoretycznym, abstrakcyjnym. Musi pan zrozumieć, jak zastosować jego rozumowanie w świecie rzeczywistym.

Mimo iż dr Hoppe stosuje przykład z "prezydentem", jako funkcjonariuszem rządu, istnieje wielu innych rządowych oficjeli, i każdy z nich stara się złupić publiczne zasoby. Co więcej, oprócz oficjalnych funkcjonariuszy rządu, istnieją nieoficjalni funkcjonariusze, tacy jak lobbyści i finansujący kampanie, jak też i prezesi zbyt-dużych-by-upaść (tj. sponsorowanych przez rząd) banków. Jeśli pominie się łup zarówno oficjalnych jak i nieoficjalnych funkcjonariuszy rządu, sumka może wydawać się mała.

A: Czy to jest wyłącznie Pana interpretacja, czy podziela ją również dr Hoppe?

PK: Cóż, mógłby wyrażać się trochę jaśniej. Ale z całą pewnością rozumie to. Na przykład, wskazuje na fakt, iż mało prawdopodobne jest, by durnie, nawet jeśli stanowią większość, zdołali systematycznie wykiwać mniejszość bystrych i energicznych osób, i wzbogacić się ich kosztem... najczęściej to właśnie ci ostatni będą w stanie zapewnić sobie subsydiowanie przez biednych. Innymi słowy, zgadza się ze stwierdzeniem, że w państwach opiekuńczych zazwyczaj najwięcej zyskują "nieoficjalni funkcjonariusze rządu".

A: Rozumiem. W każdym razie, tłumaczył Pan dlaczego uważa, iż inni libertarianie gonią za mirażem najmniejszego możliwego rządu...

PK: Zgadza się. Tak, jak mówiłem, teoria dr Hoppego jest wyjątkowo celna. Nawet profesorowie z głównego nurtu, tacy jak Simon Johnson, przyznają, iż dr Hoppe ma rację, i decyzje rządu USA są w rzeczywistości podejmowane przez lobbystów i finansujących duże kampanie wyborcze. Istnieje również szeroka zgoda co do tego, iż każdy nieoficjalny funkcjonariusz rządu nie jest do końca pewien, kiedy "impreza" dla jego branży dobiegnie końca, więc stara się złupić jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, nie przejmując się przyszłością.

Wróćmy teraz do tych pro-rządowych libertarian, o których wspominałem. Wiedzą, że masy nie są inteligentne, wiedzą, że demokracja jest tylko teatrzykiem gdzie nieoficjalni funkcjonariusze rządu używają przymusu by kraść od produktywnych ludzi - i wtedy nagle zapominają o tym wszystkim i bezmyślnie akceptują i powtarzają nonsens o demokracji jako samorządności i rządzie złożonym, wybranym przez, i dla, ludu.. Naiwnie myślą, że mogą użyć procesu demokratycznego do kontroli nieoficjalnych funkcjonariuszy państwa! Albo że mogą przekonać ich do porzucenia nabijania kabzy przez lobbing, i wybrania wolnego społeczeństwa!!

A: Czyli mówi Pan, że lobbyści kontrolują rząd, korporacje które reprezentują nie chcą libertariańskiego małego rządu - więc nie dojdzie do niego.

PK: Otóż to.

A: Teraz ja chciałbym udowodnić twierdzenie. Mogę?

PK: Pewnie - ale proszę pamiętać, że potrzeba wiele praktyki, by poprawnie dowodzić nt. zjawisk ekonomicznych.

A: Póki nie spróbuję, nie nauczę się... Załóżmy więc, że wszelcy prezesi i dyrektorzy firm są racjonalni, i wobec tego działają w ten sposób, by użyć aparatu korporacji dla swych osobistych korzyści. Ponieważ nie są właścicielami korporacji, mają bodziec by zużyć zasoby korporacji tak szybko, jak to możliwe - to, czego nie skonsumują teraz, przepadnie.

PK: Pana amatorszczyzna aż razi. Zachowanie, jakie pan opisał, nie jest możliwe, ponieważ akcjonariusze i udziałowcy pozwalają prezesowi tylko wtedy kierować spółką, gdy są przekonani, iż będzie on działał dla ich najlepszego interesu.

A: Myślałem, że istnieje wiele dowodów na to, iż prezesi spółek wyciągają znacznie wyższe wynagrodzenia, niż niegdyś. Jest Pan pewien, że nie akceptuje Pan bezmyślnie mitu, iż zarząd korporacyjny jest wyłaniany przez, i dla, udziałowców?

PK: Sofizmatyka.

A: Ale proszę pomyśleć, jak łatwo Pana teorię przenosi się z rządu demokratycznego na ORPy! Na przykład, bankowcy w europejskich bankach takich jak UBS celowo nabyli wiele ryzykownych papierów po to, by móc manipulować swymi własnymi zasadami księgowości i dostać wysokie premie. Moglibyśmy nazwać maklerów "nieoficjalnymi funkcjonariuszami korporacji", którzy we współpracy z oficjalnymi funkcjonariuszami korporacji skonsumowali zasoby banków.

PK: Jeśli faktycznie miałoby to miejsce, wówczas akcjonariusze przestaliby inwestować w dany bank. Chyba, że, rzecz jasna, nastąpiła interwencja rządu. Dlatego jest tak ważne, by koncentrować się na wadach rządu demokratycznego.

A: Hmmm... Jeżeli Pan i dr Hoppe myślicie, że problem z demokracją polega na kupowaniu i sprzedawaniu decyzji rządu za pieniądze, dlaczego nie próbujecie naprawić demokracji w ten sposób, by mniej do powiedzenia miał pieniądz i lobbyści?

PK: Próbować powstrzymać produktywnych ludzi przed wpływaniem na wybory ich własnymi pieniędzmi? To fatalny pomysł - oznacza ograniczanie jednostek i organizacji dysponującymi dużymi pieniędzmi. Oznacza cenzurę ich poglądów politycznych.

A: Chodzi Panu o to, by wszyscy mogli demonstrować swoje poglądy polityczne, czy tylko szczególni niektórzy?

PK: Ci ostatni, rzecz jasna. Wyobraźcie sobie, że... prawo głosu rozszerzymy na siedmiolatków. [W rezultacie] polityka rządu będzie z pewnością odbiciem "uzasadnionej troski", by dzieci miały "dostateczny" i "równy" dostęp do "bezpłatnych" frytek, coca-coli, i telewizji. Podobnie, jeśli mielibyśmy demokratyczny proces decyzyjny w skali globalnej, rząd prawdopodobnie zauważyłby, iż tzw. świat zachodni ma za dużo bogactwa... Pamiętając o tych scenariuszach, nie możemy mieć wątpliwości co do negatywnych konsekwencji zasady "jedna osoba - jeden głos".

A: Czyli problemem jest to, że niewłaściwi ludzie głosują. Ale co wówczas, gdy tylko ci właściwi głosowaliby? Czy poparłby Pan zamianę USA w dyktaturę rządzoną przez Izbę Handlową? Czy może wolałby Pan usadowić Grovera Norquista i Amerykanów Za Reformą Podatkową na najwyższej pozycji?

PK: Rezultatem byłyby zdecydowanie bardziej dalekowzroczne, zorientowane na przyszłość decyzje, niż obecnie... Jednakże, zapomniał pan o tym, że libertarianie nie idą na kompromisy, gdy bronią wolności. Moje zasady zobowiązują mnie do sprzeciwiania się takiemu rządowi, jaki pan opisał, niezależnie od sensowności jego polityki.

I by było jasne, jestem pewien, iż Grover podziela mój idealizm.

A: Ponieważ uważa Pan, iż rola pieniądza w demokracji nie powinna się zmienić, to znaczy, że akceptuje Pan fakt lobbowania jako zła koniecznego, związanego z istnieniem rządu.

PK: Istnieją pewne mroczne realia, z którymi musimy sobie radzić, żyjąć w niewolnym społeczeństwie.

A: Czy lobbuje Pan rządy?

PK: Osobiście, chcę jedynie pracować, produkować, i cieszyć się z owoców mej pracy. Jednakże, jeśli zezwala się na politykę, to nawet tacy ludzie jak ja, są dotknięci. W celu samoobrony przed atakami na ich wolność i własność przez pozbawionych moralnych skrupułów, nawet uczciwy, ciężko zapracowani ludzie muszą stać się "zwierzętami politycznymi" i spędzać więcej czasu i energii, rozwijając swe umiejętności polityczne.

A: Czasem jest się zmuszonym do zaangażowania w lobbying.

PK: Tak. Na przykład, obecny mem w towarzystwie inwestorów mówi, iż kombinacja zmian klimatu i wzrostu ludności spowoduje, iż będzie niedostateczna liczba żywności do roku 2050. Ziemia rolna skoczy w cenie.

Mój fundusz hedgingowy odkrył nieuprawianą ziemię w afrykańskim państwie ***. Ziemia do nikogo nie należy, więc staraliśmy się ją odkupić od rządu. To skandaliczne, ale pewni oficjele z rządu *** uparli się na...

A: Łapówki?

PK: ...pewne rozwiązania, zanim zgodzili się sprzedać nam ziemię za sprawiedliwą cenę.

A: Czy ta ziemia była niezamieszkała?

PK: Nikt nie był jej właścicielem, gdy ją kupiliśmy.

A: Ale czy ktoś na niej mieszkał?

PK: Jakieś lokalne plemiona, które uważały, iż posiadają jakieś mętne tradycyjne "prawo" do ziemi. Konkretne działanie było niezbędne, by powstrzymać ich od panoszenia się na naszej ziemi.

A: Używając ciężarówek z ludźmi z bronią maszynową... Czy kiedykolwiek zdał sobie Pan sprawę z tego, że sukces Pańskiej inwestycji okupiony był kosztem realnej krzywdy wyrządzonej realnym ludziom?

PK: Zdałem sobie sprawę - z tego, iż banda ludzi agresywnie panoszyła się na mojej ziemi. Moje prawa były złamane i zostałem zmuszony do poniesienia znacznych kosztów w celu ochrony mojego mienia przed agresją.

A: To musiało być straszne... Jedna rzecz mnie zastanawia - wygląda na to, że nie ma Pan zbyt wiele szacunku dla większości dzisiejszych ORP. Uważa Pan, że tylko niektóre są kierowane przez produktywnych geniuszy - podczas gdy wielu liderów biznesu to nikczemni ludzie, lobbujący rządy i zawdzięczający swe majątki państwu.

PK: Krytykuję niemoralne zachowanie bez względu na to, czy czyni to funkcjonariusz rządu czy biznesmen. Jeżeli prezesi spółek spędzają czas lobbując i uprawiając polityczne przedsięwzięcia, to fatalnie. Ale musi pan pamiętać, iż konkurencja nie zawsze jest dobra. Konkurencja w produkcji dóbr jest dobra, ale konkurencja w produkcji "złów" nie. Jako skutek "wolnej konkurencji politycznej" cała struktura charakteru społeczeństwa staje się zniekształcona, i coraz więcej złych osobowości pnie się na szczyt.

A: Ale w takim razie dlaczego Pan stara się pomóc tym ludziom zdominować świat przyszłości?

PK: Zadał pan ciekawe pytanie. To prawda, że wiele dzisiejszych ORP to w istocie łupieżcy i wyłudzacze. Ale próba zidentyfikowania, które ORP są uprawnione, a które nie - byłaby zbyt skomplikowana i ostatecznie niemożliwa. W związku z tym dlaczego nie stworzyć społeczeństwa, gdzie przynajmniej część ORP to będą ludzie, którzy faktycznie zdobyli majątek przez produktywną działalność.

A: Ludzie tacy jak Pan?

PK: Tak, tacy jak ja.

W ostatniej części wywiadu Pseudonim Kain postara się wejść głęboko w uprzedzenia poznawcze, które uniemożliwiają jego rozmówcy zrozumienie zasad libertarianizmu.

środa, 25 stycznia 2012

Wywiad z libertarianinem, cz. 4

Część IV - Wyprawa w libertariańską przeszłość

ANDREW: Organizacje Rządo-Podobne (ORP) w Pana przyszłym libertariańskim społeczeństwie będą kontynuacją ORP, które istnieją dziś - zasadniczo wielkich korporacji i osób o dużych majątkach. A te dzisiejsze ORP stanowią kontynuację ORPów, które istniały w przeszłości.

PSEUDONIM KAIN: To prawda - ORP mają długą i chwalebną historię.

A: W dzisiejszym społeczeństwie, jak i w przeszłości, zarówno ORPy jak i regularne rządy mają pewne legalne prawa.

PK: Fakt. Ale w przypadku rządów te "prawa" są zupełnie nielegalne, natomiast w przypadku ORP są w pełni legalne. Dlatego działam moralnie, gdy ukrywam moje aktywa przed rządem amerykańskim.

A: Jak doszło do tego, że ORP podzieliły się na dwa rodzaje - na te dobre, nierządowe - i na złe, rządowe?

PK: Libertarianin Robert Nozick napisał: "Cokolwiek pojawia się w wyniku sprawiedliwego toku w sprawiedliwych etapach, samo jest sprawiedliwe." Kiedy pojawiły się pierwsze prawa, nierządowe ORP zdobyły je legalnie. Od tamtej pory, były przekazywane na ich potomków i wymienianie pomiędzy sobą. Wszystkie te transakcje były dobrowolne. Z drugiej strony, rządy przejęły swoje prawa niesprawiedliwie, i od tamtej pory nic nie może przekształcić je w prawa sprawiedliwe.

A: Może powinien Pan nam opowiedzieć całą historię.

PK: Przygotujcie się więc na bycie zaskoczonymi - źródła głównego nurtu okaleczyły historię do stopnia nierozpoznawalności.

Dawno temu, wszyscy żyli w stanie wolności. Następnie, w każdym społeczeństwie, które nie było prymitywne, kilku ludzi osiągnęło status elity. Zawdzięczając to wyjątkowym zdobyczom bogactwa, mądrości lub dzielności... tych kilku ludzi posiadło "naturalny autorytet", i ich opinie i sądy cieszyły się szerokim uznaniem. Co więcej, w wyniku selektywnego rozpłodu i zawierania małżeństw, praw cywilnego i genetycznego dziedziczenia, pozycje naturalnego autorytetu przechodziły na kolejne pokolenia szlachetnych rodzin.

... To właśnie ci liderzy z naturalnych elit, którzy zazwyczaj piastowali pozycję sędziów i rozjemców, najczęściej za darmo, z poczucia obowiązku jaki nakładała pozycja autorytetu, czy nawet z zasadniczej troski o sprawiedliwość w społeczności, byli w stanie prywatnie wytworzyć takie "publiczne" dobro.


A: A więc pierwszymi ORP ochrony byli szlachcice, którzy zdobyli swą władzę ponieważ inni ludzie uznali ich szczególne cechy przywódcze. Ci szlachetni byli właściwie niczym małe rządy, tylko że lepsze, ponieważ nie stosowali przymusu i szanowali prawa naturalne.

PK: W rzeczy samej. Wielki filozof John Locke doskonale to rozumiał. Jakiś palant żyjący w czasach Locke'a powiedział, że rządy mają więcej autorytetu, niż ORP... ponieważ rządy prowadzą czasem ludzi do boju. Locke odparł,

Właściciel plantacji w Indiach Zachodnich ma więcej [niż trzy setki niewolników na swej posesji], i mógłby, gdyby zechciał... zmusztrować ich i powieść przeciwko Indianom, domagając się reparacji za każdą krzywdę, jaką odniósł, i to wszystko [nie będąc wcale] Monarchą...

Innymi słowy, ORP tacy jak plantatorzy w Indiach Zachodnich, mieli takie same prawa jak rządy, jeśli chodzi o prowadzenie wojny.

A: Po raz pierwszy w swej opowieści Pan wspomniał rządy vis-a-vis nie-rządowe ORP ochrony. W jaki sposób rządy pojawiają się w tej historii?

PK: W dużych miastach istnieje wiele różnych, niezależnych ORP ochrony, działających w zupełnej harmonii. By zaistniał rząd, musi pojawić się sytuacja, by któryś z tych sędziów, arbitrów lub agencji ochrony zdołał obwołać się monopolistą. Jak jest to możliwe? Dlaczego inne ORP ochrony miałyby pozwolić jednej organizacji uzyskać monopol i przejąć ich prawomocne funkcje?

Oczywistym jest, iż jedyny sposób by to osiągnąć to taki, gdzie jedna z ORP ochrony obiecuje, że będzie bardziej bezstronnym sędzią w sporach dotyczących swej własnej rasy, plemienia lub klanu. Widzi pan, w stanie natury ORP ochrony traktowałaby wszystkich swych klientów sprawiedliwie, wg jednakiego standardu. Rządy pojawiają się wówczas, gdy jedna ORP ochrony przysięga wdrażać prawo w taki sposób, który traktuje korzystniej jej własną rasą lub plemię - ten nieetyczny postępek pozwala takiej ORP przejąć władzę nad jej rywalami. W momencie, gdy rasizm nie jest już wystarczający, następnym krokiem dla nieuczciwej ORP jest odwołanie się do powszechnego... poczucia zawiści i egalitaryzmu, t.j. do konfliktu klasowego (niedotykalni lub niewolnicy kontra panowie, robotnicy kontra kapitaliści, biedni kontra bogaci, itp.).

A: Szlachcice i panowie mieli posłuch ponieważ ich chłopi i niewolnicy uznawali, że jedni ludzie są lepsi od innych - ale wówczas pojawiło się kilka ORP i zaczęło wszystko psuć poprzez odwoływanie się do rasizmu i zawiści. Te "bandyckie ORP" stanowią zaczątek rządów.

PK: Otóż to. A teraz opowiem panu historię terytorialnych ORP. Ta część opowieści jest jeszcze ważniejsza - widzi pan, libertarianizm... jest systematycznym kodeksem praw, wyprowadzonych z pomocą logicznej dedukcji z pojedynczej zasady, której obowiązywanie... nie da się obalić bez popadnięcia w... sprzeczności... Ten aksjomat to stara zasada pierwotnego zawłaszczenia.

A cóż takiego znaczy "pierwotne zawłaszczenie"? To znaczy, że znajduje pan coś, czego nie posiada nikt inny i bierze je na własność. Kiedykolwiek pan wdraża w ten sposób swoje prawo do własności, jedni odnoszą korzyść - ale nikt na tym nie traci.

A: Doprawdy?

PK: No, z pewnością odnosi korzyść pan. Jednocześnie, pana działanie nie powoduje straty u nikogo innego... Inni też mieli prawo do zawłaszczenia tych zasobów, o ile były dla nich wartościowe. Ale nie zrobili tego... W rzeczy samej, niezawłaszczenie ich oznacza, że nie stanowiły dla nich zasobów wartościowych. Wobec tego, nie można uznać, że odnieśli jakąkolwiek utratę użyteczności w wyniku pańskiego zawłaszczenia.

A: Popatrzmy, czy dobrze zrozumiałem. Załóżmy, że znajduję jedyną na pustyni oazę i zawłaszczam jako własną. Załóżmy, że jacyś uciekinierzy przechodzą przez pustynię i chcą zaspokoić pragnienie w mojej oazie. Czy wolno mi zagrozić im otwarciem ognia, jeśli się zbliżą, chyba że zostaną moimi niewolnikami w praktycznym sensie - z poszanowaniem ich praw, rzecz jasna?

PK: Oczywiście - to pana oaza.

A: Czy mógłby Pan podać mi jakieś realne historyczne przykłady tego, jak ORP sprawiedliwie weszły w posiadanie swych praw?

PK: Angielscy osadnicy w Ameryce Północnej... zademonstrowali jak... własność prywatna pojawiła się w wyniku pierwotnego zawłaszczenia... wcześniej nieużywanej ziemi (puszczy i nieużytków)

A: Ameryka Północna była niezamieszkała kiedy Anglicy osiedlili się tam?

PK: Przeciwnicy libertarianizmu uwielbiają pytania typu "A co z Indianami?". Podnieca ich myśl, iż libertarianie będą zmuszeni bronić praw własności pozbawionych ziemi tubylców, czego większość libertarian by raczej nie chciała robić. To, z czego przeciwnicy nie zdają sobie sprawy, to to, że John Locke rozwiązał ten problem 300 lat temu. Wyjaśnił, iż

zysk, jaki Ludzkość otrzymuje z [akra ziemi w Anglii], jest wart 5 [funtów], [podczas gdy zysk z akra ziemi w Ameryce] prawdopodobnie nie przekracza pensa, gdybyśmy mogli obliczyć w pieniądzu to, co Indianin wypracowałby i sprzedał tutaj; co najwyżej 1/1000. Tego praca, która owocuje wyższą wartością z ziemi, bez której ta ostatnia byłaby ledwo warta...

A: Momencik. Czy Locke chciał zasugerować, że skoro Indianie nie znali wydajnego rolnictwa, nie posiadali tak naprawdę ziemi?

PK: Tak właśnie. By prawidłowo wejść w posiadanie ziemi, należy wykonać realną, gospodarną pracę na niej, natomiast Indianie nie zrobili tego ponieważ byli zbyt prymitywni. Tak też Locke udowodnił, że Indianie nie posiadali ziemi. To oznaczało, że osadnicy mogli traktować ziemię tak, jakby była nieużywana.

A: Czy jest Pan pewien, że właśnie to Locke miał na myśli? Locke zasłynął w końcu z tego, że bronił wolności i praw naturalnych.

PK: Dlaczego to pana zaskakuje? W tym przykładzie, Locke bronił wolności osadników do zajmowania nieużywanej ziemi, i ich naturalnego prawa do zatrzymania tej ziemi po zagospodarowaniu jej. I tak, jestem absolutnie pewien, że to Locke miał na myśli - proszę przeczytać jego drugi Traktat o Rządzie.

A: Czy pierwotne terytorialne ORPy w Europie były również ORPami ochrony?

PK: Cóż, można się wzbogacić przez zagospodarowywanie nieużywanej ziemi, i ORP ochrony to byli zazwyczaj bogaci szlachcice z długą historią wyjątkowych osiągnięć, dalekowzroczności i przykładnego osobistego postępowania. Tak więc obie te funkcje często zachodziły na siebie.

A: Czy to nie było tak, że duża część ludzi w Europie dostała ziemię po prostu dlatego, że ich król bądź królowa lubili ich i darowali im ziemię?

PK: Cóż, musi pan pamiętać, że król czy królowa, będąc rządem, nie posiadali ziemi legalnie. Ziemię mogą zająć legalnie tylko osoby bądź spółki, i w związku z tym wszelka "własność publiczna" jest... skutkiem jakiejś formy wywłaszczenia.

A: A więc jeśli dałoby się udowodnić, że część majątku jakiejś organizacji pochodzi z nadania królewskiego, taki majątek byłby nielegalny? Czy dałby Pan radę usprawiedliwić swoje roszczenie na bazie tego, iż ten majątek jest w istocie bezpański, o ile nikt nie mógłby Pana powstrzymać?

PK: Interesujące pytanie... Ale widzi pan, czasami trzeba zaakceptować, że niegodziwości miały miejsce dawno temu, i będzie zbyt zagmatwane naprawienie ich teraz. Czasem trzeba pozwolić, by zaszłości były zaszłościami.

A: A więc rządy powstałe dawno temu mogą posiadać prawa, które musimy respektować, ponieważ byłoby zbyt zagmatwane naprawienie niesprawiedliwości?

PK: Nie. Niesprawiedliwość uczyniona ORP poprzez zmuszenie ich do zaakceptowania wymyślonych przepisów ("regulacji") i do płacenia podatków nigdy nie może być zapomniana. Z każdym dniem rządowej uzurpacji praw, ten dług wobec ORP rośnie. Głos tego długu krzyczy od lat, by zostać uznanym - i zostanie uznany.

A: Nie jestem pewien, dlaczego chcę Pana o to zapytać - właściwie dlaczego wybrał pan pseudonim "Kain"?

PK: Fakt, że musiał pan zadać to pytanie pokazuje, jak zwodnicza jest konwencjonalna charakterystyka postaci Kaina jako bezmyślnego psychopaty. Taki pogląd to karykatura, szerzona przez religijnych intelektualistów, wiernopoddańczych wobec współczesnych rządów demokratycznych. Bardziej przemyślana ocena Kaina prowadzi do wniosku, iż był on, w rzeczy samej, bohaterem.

A: Chciałby Pan wyjaśnić nam to bliżej?

PK: W przypowieści o Kainie i Ablu, Kain jest rolnikiem, a Abel nomadzkim pasterzem. Kain wobec tego reprezentuje cywilizację i postęp gospodarczy, natomiast Abel - bardziej prymitywny i przesądny rodzaj społeczeństwa.

Kain i Abel idą złożyć ofiary Bogu. Wg źródeł pozabiblijnych, Kain wpada na pomysł uczynienia procesu składania ofiary bardziej wydajnym - zamiast składać produktywne płody rolne, pali ciernie i krowie łajno. Powstałe w wyniku palenia płomienie i dym są równie widowiskowe, natomiast Kain zaoszczędza użyteczne zasoby. Każdy na tym zyskuje.

Abel wpada w złość i mówi, że Bogu się to nie spodoba. To oczywiście była zawoalowana groźba pójścia na skargę do ich ojca, Adama (rządu), i wpędzenia Kaina w kłopoty. Gdyby Kain ją zignorował, jego dobra zostałyby wkrótce skonfiskowane na ofiarę przez władzę rządową, t.j. pod przymusem. Kain był zmuszony działać w celu obrony swej własności.

A: Czyli widzi Pan w Kainie pierwszego zdeterminowanego obrońcę własności prywatnej?

PK: Jak również i pierwszego autora koncepcji użyteczności Pareto. Ale jego prawość kosztowała go wiele - miast uznać, że Kain działał sprawiedliwie, jego rodzina wypędziła go, zniszczyła mu reputację, i zmusiła do życia w roli handlarza, przemieszczającego się z miejsca na miejsce.

Być może rozumie pan teraz, dlaczego jestem dumny z pseudonimu "Kain".

___
W części V wywiadu, Pseudonim Kain twierdzi, iż libertarianie, którzy preferują rząd minimalny, tkwią w ułudzie. PK następnie wyjaśnia, jak wrodzone wady rządu zmuszają ludzi honoru do podejmowania czasem trudnych decyzji.

niedziela, 15 stycznia 2012

Wywiad z libertarianinem, cz. 3

Część III - Regulacja

ANDREW: Wyobraźmy sobie, że takie przyszłe libertariańskie społeczeństwo udało się założyć, a bezpieczeństwo i sprawiedliwość są dostarczane przez konkurujące firmy ubezpieczeniowe. Co stanie się, jeśli dwie różne osoby, ubezpieczane przez dwie różne ORP (Organizacje Rządo-Podobne - patrz cz. 1 wywiadu), nie dojdą do zgody co do swoich praw?

PSEUDONIM KAIN: Te dwie osoby znajdą niezależnego arbitra, którego wybiorą jednomyślnie.

A: Załóżmy, że jedna ze stron jest silniejsza, więc prawdopodobnie przetrzyma konflikt z drugą stroną. Czy wówczas ta silniejsza strona nie preferowałaby zrezygnować z wszelkiego arbitrażu, i podczas zaistniałego poślizgu, wymusić na drugiej stronie uległość?

PK: Nie.

A: Załóżmy, że ktoś Pana denerwuje, i Pan płaci ORP pewną kwotę pieniędzy, wynoszącą znacznie więcej, niż obecna wartość przyszłych kwot ubezpieczenia tej drugiej osoby. Czy ORP wówczas zabije tę osobę dla Pana?

PK: Nie.

A: Załóżmy, że jedna ochroniarska ORP jest znacznie silniejsza, niż konkurencyjne ORP, i zamierza rozszerzyć swój udział w rynku. Czy postara się strategicznie wyeliminować fizycznie klientów słabszych ORP w celu zareklamowania swojej przewagi w branży ochrony?

PK: Nie.

A: Te scenariusze wydają mi się całkiem prawdopodobne. Dlaczego Pan jest taki pewien, że nie sprawdzą się?

PK: Ochroniarskie ORP rozumieją, że tego typu agresywne zachowanie jest irracjonalne ekonomicznie. W istocie, ubezpieczyciele nie zaangażują się w żadną formę zewnętrznej agresji ponieważ każda agresja jest kosztowna... powoduje utratę klientów na rzecz innych, nieagresywnych konkurentów. Ubezpieczyciele będą angażować się wyłącznie w przemoc defensywną...

A: Załóżmy, że prezes ochroniarskiej ORP inaczej pojmuje swój własny interes, niż Pan, i zaczyna zabijać ludzi. Co się wówczas stanie?

PK: Ochroniarska ORP, która zaczęła zabijać ludzi, stałaby się zagrożeniem dla stabilnego porządku nie tylko dla ubezpieczyciela pomordowanych, ale również dla innych ORP. Wówczas ORP połączyłyby siły w celu ochrony słabszych ORP przed agresją.

A: Jaką możemy mieć pewność, że ma Pan rację? A co jeśli ORP ochrony nie zechcą współpracować tak, jak Pan to opisał?

PK: Nie ma żadnej przeszkody, która uniemożliwiałaby współpracę ORP w celu przywrócenia stabilności. Już dziś wszystkie firmy ubezpieczeniowe są połączone siecią kontraktów i umów... jak również istnieje system agencji ubezpieczeń wtórnych, w połączeniu dysponujący siłą ekonomiczną przewyższającą większość dzisiejszych rządów. Pod presją rozwiązania kwestii konfliktu międzygrupowego, konkurencja prowadziłaby do rozwoju i dopracowania kodeksu praw, promujących najszerszy konsensus i zgodę...

A: Czyli firmy ubezpieczeniowe, jako całość, będą stanowić formę globalnej, nieprzymusowej, nierządowej Organizacji Rządo-Podobnej, stworzonej w dobrowolny i szanujący prawa sposób.

PK: W rzeczy samej.

A: Mimo, iż jest to bardzo trudne, to zwykli ludzie w Ameryce są w stanie wpłynąć na decyzje swego rządu. Rozumiem, że z globalną ORP będzie inaczej w sensie, iż zwykli ludzie nie będą mieli żadnego głosu w tym, co się dzieje - ale w jaki inny sposób globalna ORP nie będzie rządem?

PK: Po pierwsze, myli się pan - nie tylko konsumenci będą mieli decydujący głos w globalnej ORP, ale będą suwerenni. Będą w pełni kontrolować ORP poprzez ich decyzje dotyczące kupna ubezpieczenia.
W każdym razie, w odpowiedzi na pana pytanie, rząd jest organizacją dysponującą przymusowym terytorialnym monopolem na ochronę i opodatkowanie. Globalna ORP będzie zupełnie inna.

A: Globalna ORP będzie chronić ludzi poprzez ochroniarskie ORP, które wchodzą w jej skład. Te organizacje będą otrzymywać płatności od ludzi, którzy pożądają ochrony: nieprzymusowe Płatności Podatko-Podobne. Pomijając pełną dobrowolność tego rozwiązania, jaka jest właściwie różnica?

PK: Fakt, że wszystko będzie dobrowolne, jest oczywiście bardzo istotną różnicą. Ale będzie jeszcze jedna różnica.
Rządy nie tylko monopolizują usługi ochrony, ale również monopolizują kontrolę nad terytorium. W społeczeństwie libertariańskim, ORP ochrony będą ochraniać ludzi, ale nie będą dysponować ostateczną władzą nad konkretnym obszarem.

A: Ah, rozumiem, prywatni właściciele będą rządzić na takim obszarze.

PK: Niedokładnie. W większości wypadków, posesje będą stanowiły część "społeczności właścicielskich", tak jak dzisiejsze zamknięte osiedla mieszkaniowe... posiadane przez pojedynczy podmiot, czy to osobę, czy też prywatną spółkę... Właściciel jest wówczas przedsiębiorcą działającym dla zysku w prowadzeniu i zarządzaniu osiedlem... Mieszkańcy nie mieliby pełnych tytułów własności do swoich posesji, ponieważ właściciel osiedla zachowuje prawo wdrażania reguł - t.j. zasad wyznaczających, kto może mieszkać na terenie, a kto nie, i na jakich warunkach.

A: Ponieważ te spółki nieruchomościowe mają władzę nad konkretnymi obszarami, czy możemy je nazywać terytorialnymi ORP?

PK: Możemy je nazywać, jak chcemy, o ile stosujemy precyzyjne nazewnictwo.

A: Czyli jak rozumiem, idea jest taka, iż mimo wdrażania kilku prostych reguł obowiązujących wszystkich przez globalną ORP i ORP ochrony, będzie dużo miejsca dla każdego terytorialnego ORP by tworzyć własną indywidualną kulturę.

PK: Nareszcie pan zaczyna rozumieć. Katolicy będą mogli żyć wg swoich reguł, muzułmanie wg zasad islamu, a niewierzący wg ideałów świeckich.

A: Czyli te lokalne społeczności będą się coraz bardziej izolować od siebie... To może być w porządku dla niektórych, ale biorąc pod uwagę fakt, że dr Hoppe jest ekonomistą, czy nie martwi się, że świat przekształci się w małe, odizolowane części?

PK: To się nie stanie - tylko dlatego, że ktoś nie ma zamiaru mieszkać w otoczeniu murzynów, Turków, katolików czy hindusów, itp., nie oznacza, że nie chce z nimi handlować na odległość.

A: Yy... czy wielu ludzi nie będzie chciało żyć z murzynami czy katolikami?

PK: Każda terytorialna ORP będzie miała swoje wymagania wejściowe (na przykład: zakaz wstępu dla żebraków, włóczęgów czy bezdomnych, ale też homoseksualistów, narkomanów, żydów, muzułmanów, Niemców czy Zulusów) i ci, którzy nie mieszczą się w wymaganiach, zostaną wyrzuceni jako intruzi.

A: Jeśli dopuszcza się zamieszkanie tylko na niektórych obszarach w zależności od rasy, zachowania czy religii, to zabrzmi to dla niektórych jak mniej wolności.

PK: Takie osoby widocznie nie są w stanie uszanować decyzji wolnych ludzi, które dotyczą ich samych. Może woleliby mieszkać w dzisiejszych USA, gdzie dyskryminacja jest zakazana... nauczycielom nie wolno pozbyć się niezdyscyplinowanych uczniów, pracodawcy są skazani na niekompetentnych pracowników... bankom i firmom ubezpieczeniowym nie pozwala się unikać nadmiernego ryzyka... a prywatne kluby i zrzeszenia są zmuszane przyjmować każdego... w niezgodzie z własnymi zasadami i regułami.

A: Można przyjąć, że niektórym ludziom nie będzie przeszkadzało żyć wśród przedstawicieli innych ras.

PK: Oczywiście. Każda terytorialna ORP będzie mogła dowolnie dyskryminować na dowolnych zasadach. Ale bądźmy realistami. Bez względu na różnorodność decyzji dyskryminacyjnych, stosowanych przez różnych właścicieli posesji... żadna taka społeczność nie będzie mogła być tak "tolerancyjna" i "niedyskryminacyjna" jak lewicowi-libertarianie pragną co do każdego miejsca na Ziemi.

A: Kogo Pan ma na myśli, mówiąc "lewicowi-libertarianie"?

PK: Murray Rothbard nazywa ich "modalnymi libertarianami" (ML). Jak napisał, "ML jest młodocianym buntownikiem przeciwko każdemu z otoczenia", który nienawidzi rządu tylko dlatego, że to kolejna rzecz, przeciwko której można się buntować. ML uważają, że wulgarność, używanie narkotyków... homoseksualizm... pedofilia... i każda inna wyobrażalna perwersja czy nienormalność... są w jak najlepszym porządku i całkowicie naturalnymi stylami życia. Czego ci kontrkulturowi libertarianie nie rozumieją... to to, że przywrócenie prawa własności prywatnej i wolnorynkowej gospodarki oznacza ostre i drastyczne wzmożenie społecznej "dyskryminacji" i szybko wyeliminuje większość, jeśli nie wszystkie... eksperymenty w stylach życia, tak umiłowanych przez lewicowych-libertarian.

Lewicowi-libertarianie i wielo- lub kontrkulturowi eksperymentatorzy "stylów życia", nawet jeśli nie dopuścili się żadnej zbrodni, zaczną znów płacić cenę za swoje zachowanie. Jeśli nadal będą kontynuować swój styl życia publicznie, zostaną wykluczeni z cywilizowanego społeczeństwa, i fizycznie odseparowani - w gettach lub na marginesie społecznym, i wiele stanowisk i profesji będzie dla nich nieosiągalnych.


A: Widzę, że Pana to ekscytuje... Ale być może to płonna nadzieja. W końcu sam Pan powiedział, że każda terytorialna ORP będzie miała dowolność kształtowania swojej kultury. A co jeśli niektóre z nich będą np. nagradzać ludzi za palenie zioła?

PK: Każda terytorialna ORP ma dowolność kształtowania swojej kultury, ale jest ostatecznie poddana ograniczeniom wynikającym z nieustępliwych praw ekonomicznych. Po pierwsze, właściciel i najwięksi inwestorzy terytorialnej ORP, w celu zachowania i możliwego zwiększenia wartości nieruchomości i swych inwestycji będą bardzo ostrożni, jeśli chodzi o to, kogo wpuszczają na swój teren, i ci liderzy ustalą jasne reguły i standardy, jakie zachowanie jest dopuszczalne z uwagi na danych mieszkańców.
Po drugie, ORP ochrony również będą miały coś do powiedzenia na temat tego, kto może imigrować na obszar danej ORP, i nawet bardziej, niż ich klienci, ubezpieczyciele będą mieli interes w tym... by wykluczać tych, których obecność zwiększa ryzyko i obniża wartość nieruchomości. Oznacza to, że zamiast eliminować dyskryminację, ubezpieczyciele zracjonalizują i udoskonalą jej stosowanie.

A: Czyli ORP ochrony będą regulować terytorialne ORP... Popatrzmy, czy dobrze zrozumiałem. Załóżmy, że ORP ochrony decydują, opierając się na przeprowadzonych przez siebie badaniach, że oglądanie telewizji lasuje ludziom mózgi. Czy myśli Pan, że może zarządzaliby wówczas, by każda rodzina oglądała telewizję określoną liczbę godzin dziennie?

PK: Nie, pan nie zrozumiał. Jeśli jedna ORP ochrony starałaby się to zrobić, straciłaby klientów na rzecz konkurentów, którzy nie nakazywaliby ludziom oglądać TV.

A: Załóżmy, że ORP ochrony decydują, opierając się na swoich badaniach, że dzieci uczone w domu z większym prawdopodobieństwem będą przeciwne społeczeństwu libertariańskiemu. Czy wówczas odmówiliby ubezpieczyć terytorialną ORP, gdzie dzieci uczy w domu?

PK: I znowuż, ma pan problem dostrzec siłę konkurencji rynkowej. ORP ochrony zdecydują się na współpracę tylko wówczas, gdy prowadzi to do pozytywnych skutków. Na przykład... ubezpieczyciele będą... szczególnie zainteresowani pozyskiwaniem informacji o potencjalnych... zbrodniach i agresorach... Będąc wciąż pod presją konkurencji, wypracują i dopracują skomplikowany system demograficznych i socjologicznych wskaźników przestępczości. Wówczas, każde osiedle będzie opisane, a jego ryzyko oszacowane, w kategoriach różnorodnych wskaźników przestępczości, takich jak... płcie mieszkańców, przedziały wiekowe, rasy, narodowości, grupy etniczne, wyznaniowe, językowe, zawodowe, i dochodowe.

A: Czy uważa Pan, że ORP ochrony mogą zaproponować osobom, uważanym za potencjalnych przestępców, możliwość noszenia urządzenia lokalizującego - jako warunek udzielenia im polisy ubezpieczeniowej?

PK: O proszę, wychodzi pan wreszcie z praktycznymi pomysłami. Na szczęście firmy ubezpieczeniowe są doskonałe w nieschematycznym myśleniu - już dawno o tym pomyślały.

A: Popatrzmy - czyli ORP ochrony ustalą precyzyjne bodźce finansowe, by segregować osiedla mieszkaniowe na bazie rasy, itp., posługując się szczegółowymi modelami matematycznymi. Wielu ludzi zostanie efektywnie zmuszonych, z poszanowaniem ich praw rzecz jasna, do bycia pod obserwacją 24 godziny na dobę. Zastanawiam się - jakiego rodzaju społeczeństwo to stworzy?

PK: Myślę, że większość ludzi zgodzi się co do tego, iż w takich warunkach wszelka... regionalna, rasowa, narodowa... wyznaniowa i językowa redystrybucja bogactwa zniknie, a więc również ciągłe źródło konfliktów społecznych zostanie wyeliminowane na zawsze.

A: Wiem, że uważa Pan to za mało prawdopodobne, ale załóżmy, że ludzie żyjący w wolnym społeczeństwie przyszłości zdecydują, że nie podoba im się ono, i zechcą powrócić do życia w demokracji. Czy mogliby to zrobić?

PK: To nie będzie możliwe.

A: To znaczy, jest Pan pewien że nikt nie będzie chciał powrócić do demokracji?

PK: Nie, mam na myśli to, że nie będzie im wolno rozważyć takiej możliwości. Zgodnie z umową, zawartą między właścicielem a mieszkańcami na potrzeby ochrony ich własności prywatnej, nie będzie istniało prawo do nieskończonej wolności słowa, nawet na posesji pojedynczej osoby. Osoba może oczywiście wygadywać najróżniejsze rzeczy i promować każdą ideę pod słońcem, ale rzecz jasna nikomu nie wolno propagować idei sprzecznych z celami umowy zawartej w celu ochrony własności prywatnej - a więc demokracji czy komunizmu. Nie ma miejsca na tolerancję wobec demokratów i komunistów w libertariańskim społeczeństwie. Zostaną fizycznie oddzieleni i usunięci ze społeczności.

A: Ale ci wszyscy banici, wykluczeni z libertariańskiego społeczeństwa - jaką ma Pan pewność, że nie zbuntują się przeciwko tej cywilizacji, którą stworzyliście?

PK: Panu chodzi o to, że wygnańcy będą nadal pielęgnować idee demokratyczne, i knuć plany odebrania praw ludziom zamożnym? Proszę pamiętać, że w społeczeństwie przyszłości, wiele prac będzie wykonywanych przez roboty. Jak pisze libertarianin pacyfista Bryan Caplan, "ludzie zamożni rzadko pozwalają na "transformację socjalistyczną" leżąc... [Gdybyś był osobą zamożną w tym przypadku], zechciałbyś przeprogramować roboty na wypadek wojny domowej... To prawda, że wszyscy żołnierze przyszłości mogą być robotami... Ale... to, że roboty robią całą mokrą robotę, nie znaczy że nie zginie pewien odsetek ludzi."

W części 4 wywiadu, Pseudonim Kain wytłumaczy dlaczego uważne studium historii ukazuje, iż wszelkie "prawa rządu" są bezprawne, i że wszelkie prawa współczesnych korporacji i prywatnych właścicieli tytułów własności są legalne.

środa, 11 stycznia 2012

Wywiad z libertarianinem, cz. 2

Część II - Strategia

ANDREW: Czy inni libertarianie zgadzają się z Pańską ideą libertariańskiego społeczeństwa?

PSEUDONIM KAIN: Cóż, istnieją wśród nas różnice. Na przykład, Instytut Katona (Cato Institute) kompromitowany jest obecnością wielu lewoskrętnych libertarian, takich jak David Boaz. Instytut ma wpływ, i niektórzy prominentni libertarianie uważają, że ultraminimalny rząd byłby lepszy, niż całkowity brak rządu. Oczywiście - mylą się. Jeszcze nie zdali sobie sprawy, iż każdy rząd niszczy to, co pragną uchronić.

A: Wygląda na to, że Pan oraz dr Hoppe i Murray Rothbard jesteście bardzo krytyczni wobec tamtych libertarian. Ale kiedy przejrzałem witrynę Instytutu Katona, dostrzegłem, iż pomimo wyrażanych niekiedy sporów, wyjątkowo poważają Rothbarda, jak i Hoppego. Jak Pan sądzi, dlaczego?

PK: Trzy powody. Pierwszy - pro-rządowi libertarianie prawdopodobnie zdali sobie sprawę, jak trudno jest odeprzeć argumenty Rothbarda i Hoppego, tak też wolą zamiast tego przyswajać ich idee. Po drugie - wielu zgadza się z Tiborem Machanem, który stwierdził, iż niewielkie różnice w tej kwestii nie powinny "odciągać libertarian od znacznie ważniejszego zadania postawienia argumentu za libertarianizmem w obliczu niezliczonych wyzwań ze strony państwa." Po trzecie, natomiast, należy poznać efekt ludzkiej tarczy.

A: Co takiego?

PK: Libertarianin Bryan Caplan uważa, iż "przewagą komparatywną hardcorowych libertarian jest granie roli psa wartowniczego dla tych bardziej umiarkowanych wolnościowców - i sprawianie, iż wydają się bardziej rozsądni w stosunku do tych pierwszych." Widzi Pan - w wielu aspektach inni libertarianie skrycie zgadzają się z nami, ale obawiają się przyznać się otwarcie. Zamiast tego, preferują, byśmy to my ściągali ogień krytyki za naszą bezkompromisową postawę, i czekają, aż dotychczas "radykalne" idee zostaną przekute w powszechnie uznawane.

A: Więc możecie liczyć przynajmniej na pewne poparcie ze strony tych innych libertarian. Ale by wasza rewolucja się udała, musicie przekonać grono pozostałych ludzi. Zamierzacie postarać się o poparcie większości amerykańskiego elektoratu dla przyszłego libertariańskiego społeczeństwa?

PK: To nie zadziała - przekonać większość populacji, by zagłosowała za zniesieniem demokracji i zakończeniem wszelkiego opodatkowania i legislacji? [...] Czy to nie zwykła mrzonka, z uwagi na fakt, iż masy są zawsze tępe i niemrawe, jak również z powodu tego, że demokracja... promuje moralne i intelektualne zepsucie? Jak ktokolwiek na świecie może przypuszczać, że większość z tej zdegenerowanej masy ludzkiej, przyzwyczajona do "prawa" głosu, dobrowolnie zrzeknie się go?

A: Jeśli nie jest dobrym pomysłem próba przekonania Amerykanów, by zrzekli się prawa głosu, to jakie podejście jest właściwe?

PK: Musi się to rozpocząć od nielicznej elity. Jak napisał Étienne La Boétie, są nią "ludzie, w posiadaniu jasności umysłu i dalekowidzącego ducha, w odróżnieniu od ogłupiałego motłochu, nieusatysfakcjonowani jeno widokiem otoczenia ich stóp, ale patrzący również wokół..." Tacy ludzie zaczną odłączać się (secesjonować) od Stanów Zjednoczonych.

A: To znaczy?

PK: To znaczy, że dana osoba uważa rząd centralny jako nielegalny, i... traktuje go i jego funkcjonariuszy jako organizację przestępczą i "obce" siły okupacyjne.

A: I wtedy nie płacicie podatków?

PK: Osoba stara się uchronić jak najwięcej swojej własności, i oddać jak najmniej w podatkach, jak to możliwe. Uznaje cały kodeks federalny, przepisy i regulacje za bezprawne i ignoruje je kiedy to możliwe. Należy być przygotowanym, kiedy rząd wykona swój ruch, i inwestować w takie środki, formy i miejsca, które uniemożliwiają rządowi położenie łapy na majątku danej osoby.

A: Czy to dlatego używa Pan pseudonimu?

PK: Trochę to trwało, ale wreszcie Pan zajarzył.

A: W jaki sposób secesja grupy osób doprowadzi do rewolucji antypaństwowej?

PK: Nie doprowadzi. Jest bardzo ważne uzupełnić środki defensywne strategią ofensywną: inwestować w ideologiczną kampanię delegitymizacji idei i instytucji demokratycznego rządu pośród opinii publicznej.

A: Czy nie wspominał Pan wcześniej, że przekonanie opinii publicznej będzie trudne?

PK: W przypadku strategii secesji, nie potrzeba większości. I to się dobrze składa, bowiem masy ludzkie... zawsze i wszędzie składają się z "prymitywów", "troglodytów" i "głupców", z łatwością manipulowanych i zmienianych w posłuszne baranki. Mimo to, nie może zaistnieć rewolucja bez przynajmniej częściowo masowego udziału... elita nie osiągnie swego celu przywrócenia praw własności prywatnej, zasad i porządku, zanim nie powiedzie jej się zakomunikowanie swych idei opinii publicznej, otwarcie - jeśli to możliwe, lub skrycie - jeśli trzeba...

A: Nawet jeśli zrobi się to skrycie, przekonanie mas, iż są gorsze, wydaje się ciężkie.

PK: To prawda, ale nie ma potrzeby przekonywania Józka Hydraulika, że jest głupolem. Należy mu uświadomić, iż jest zapracowaną, produktywną osobą, natomiast motłochem są ludzie, którzy odbierają Józkowi władzę nad jego własnym życiem.

A: Rozumiem.

PK: Ale ma Pan rację. Przekonanie mas do zaakceptowania wyższości naturalnej elity nie jest głównym zadaniem naszej strategii komunikowania idei. Centralnym zadaniem tych, którzy chcą powstrzymać potop... jest "delegitymizacja" idei demokracji... Nie wystarczy skupić się na konkretnych rozwiązaniach politycznych czy osobistościach... Każdy krytyk i krytyka zasługująca na wsparcie musi w dalszej kolejności wytłumaczyć każdą porażkę rządu jako podstawową wadę samej idei rządu jako takiego (i w szczególności rządu demokratycznego).

A: Teraz jak pomyślę, już słyszałem parę osób mówiących w ten sposób.

PK: Przed nami jeszcze długa droga. Zbyt dużo jest jeszcze ludzi idących na zbyt dalekie kompromisy z ideą demokracji. W istocie, nie ma przyzwolenia na choćby najmniejsze ustępstwa w swym zaangażowaniu na rzecz bezkompromisowego ideologicznego radykalizmu... Nie tylko byłoby kontrproduktywne, ale co ważniejsze - tylko radykalne - zaiste, radykalnie proste - idee mogą pobudzić emocje tępych i ociężałych mas. I nie ma niczego bardziej efektywnego w przekonaniu mas do zaprzestania współpracy z rządem, niż ciągłe i nieustanne obnażanie, odbrązawianie i wyśmiewanie rządu i jego funkcjonariuszy.

A: Wielu Amerykanów uważa, że to demokracja stworzyła dobrobyt kraju.

PK: Czy to nie najlepszy dowód na ograniczone horyzonty mentalne tzw. "przeciętnego obywatela"? Hans-Hermann Hoppe udowodnił, że jest zupełnie przeciwnie, ale nadal zbyt wiele osób uważa, że upadek Związku Radzieckiego miał jakiś związek z brakiem demokracji! Jeśli chodzi o gospodarczy wymiar demokracji, należy nieustannie podkreślać, że to nie demokracja - ale prywatna własność, prywatna produkcja i dobrowolna wymiana są wyłącznymi źródłami ludzkiej cywilizacji i dobrobytu.

A: Popatrzmy, czy dobrze zrozumiałem. W tym momencie, mamy niewielką elitę oddaną rewolucji. W tym samym czasie, wielu zwykłych ludzi traci wiarę, że demokracja to dobry system. Czy zamierzacie przeprowadzić to wszędzie, czy tylko w kilku kluczowych miejscach?

PK: Nie ma znaczenia, czy mieszkańcy w danym mieście uważają to, co robimy, za złe i niebezpieczne. Tak długo, jak nasi przeciwnicy kręcą się tylko w swoim kręgu i przekonują przekonanych, nie zatrzymają naszych starań w celu stworzenia secesjonistycznie nastawionych większości... w setkach miejsc w całym kraju.

A: Czy nie martwi Pana choć trochę reakcja rządu, którą może wywołać taka liczba ludzi nie podporządkowujących się prawu?

PK: Ma Pan na myśli to, że z uwagi na fakt, iż Rząd USA jest zaangażowany w setki zagranicznych konfliktów i stał się światowym imperialistycznym mocarstwem? To, że każdy prezydent (od 1900 r.) jest również odpowiedzialny za wymordowanie, zabicie lub zagłodzenie niezliczonej liczby niewinnych ludzi na całym świecie? Oczywiście, że mnie martwi. Prezydent USA w szczególności jest największym zbrojnym niebezpieczeństwem świata, zdolnym zniszczyć wszystko i wszystkich, którzy się mu sprzeciwiają, ze zniszczeniem całego globu włącznie.

A: Wobec tego, co zamierzacie zrobić?

PK: Zamierzamy doprowadzić do tego, iż USA zostaną naznaczone wielką, i rosnącą, liczbą niezależnych terytorialnie wolnych miast - mnóstwem Hong Kongów, Singapurów, Monaco i Liechtensteinów rozsianych po całym kontynencie. To podejście daje dwie korzyści. Pierwsza, "strategia po kawałku" sprawi, iż secesja nie wyda się taka groźna. Druga, im bardziej proces secesji przybiera na sile, tym bardziej potęga rządu ulega erozji.

A: Ale nadal występowałoby ryzyko konfliktów między tymi libertariańskimi mini-państwami i wciąż istniejącymi demokracjami.

PK: Jeśli wystąpi konflikt, to tylko dlatego, że demokratyczne państwo nie uszanowało praw wolnych państw-miast. Ale zapomina Pan, że te mini-państwa nie będą bezbronne w takim konflikcie.

A: A cóż uczynią?

PK: Ponieważ będą to raje wolnego handlu bez żadnych podatków, wielka liczba inwestorów i wielkie ilości kapitału natychmiast zaczną doń spływać. Wówczas stanie się możliwym wynająć duże ponadnarodowe firmy ubezpieczeniowe w celu rozwoju sił militarnych zdolnych obronić wolne mini-państwa przed agresją rządów. Proszę pamiętać, że w przeciwieństwie do sił wojskowych w demokracjach, te oddziały będą dostarczone przez prywatne firmy, znacznie bardziej wydajne. Jeśli zaistnieje konflikt, ubezpieczyciele będą gotowi wziąć na cel agresora (państwo) w odwecie. To oznacza, że ubezpieczyciele będą gotowi kontratakować i zabijać, czy to za pośrednictwem precyzyjnych broni długiego zasięgu, czy z pomocą komandosów-zabójców - funkcjonariuszy państwa z najwyższych pozycji rządowej hierarchii, poczynając od prezydenta... w dół... Wywołaliby tym samym wewnętrzny publiczny opór przeciwko rządowi, wzmagając jego delegitymizację, i możliwe wyzwolenie i transformację terytorium państwa w wolny kraj.

A: Czy to się w tym momencie zatrzyma? Czy pozbylibyście się również tych małych państw-miast?

PK: We właściwym momencie, wszystkie istniejące rządy zostałyby rozwiązane. Ochrona przed przemocą zostałaby wyłącznie dostarczana przez firmy. Widzę to tak, że własność publiczna byłaby rozdysponowana pomiędzy podatników, z ilością udziałów opartą na stopniu, w jakim dana osoba lub firma, do tej pory, płaciła w podatkach. Ponieważ pracownicy publiczni oraz otrzymujący zasiłki, są beneficjentami podatków - nie otrzymaliby niczego.

A: Czy chciałby Pan coś jeszcze dodać, zanim zakończę tę część wywiadu?

PK: Pozwolę sobie zacytować z "Demokracji - boga który zawiódł". Tylko w momencie, gdy wykonamy tę część zadania, gdy zwrócimy całą własność publiczną w ręce prywatne i przyjmiemy nową "konstytucję", która uznaje wszelkie podatki i ustawodawstwo za nielegalne, i gdy wreszcie pozwolimy firmom ubezpieczeniowym wykonywać to, do czego są powołane, możemy ponownie poczuć się dumnymi i uznać Amerykę za właściwy przykład dla całego świata.

W części 3 wywiadu, Pseudonim Kain pokaże, że nie boi się wyjaśnień, w jaki sposób libertariańskie społeczeństwo będzie działać w szczegółach.

czwartek, 29 grudnia 2011

Wywiad z libertarianinem cz. 1

Część I - Wizja libertariańskiego społeczeństwa

Wywiad przeprowadzony przez Andrew Dittmera, dr nauk matematycznych Harvardu, z ekonomistą libertariańskim, który woli pozostać anonimowy.

ANDREW: Niektórzy uważają, że reprezentuje Pan skrajne poglądy, więc rozmowa z Panem jest stratą czasu.

PSEUDONIM KAIN: Jeśli ludzie z obsesją "ludowej mądrości" głównego nurtu nie doceniają libertarian, tym lepiej.

A: Czy może Pan podać dowód na to, że Wasze idee są brane poważnie?

PK: Na przykład, zwykło się myśleć, że kryzys finansowy został wywołany przez aspołeczne zachowanie w sektorze finansów. We wrześniu 2007, Tom DiLorenzo zwrócił uwagę na witrynie Lew Rockwella, że kryzys tak naprawdę był rezultatem polityki rządu, zmuszającego banki do udzielania ryzykownych pożyczek kredytobiorcom o niskich dochodach. Mimo, iż początkowo zignorowana, teza DiLorenzo jest obecnie szeroko akceptowana wśród poważnych komentatorów.

A: Czy jest to Pana jedyny przekonujący przykład?

PK: Bynajmniej. Zauważył Pan jak przez ostatni rok wszyscy zaczęli mówić o tym, że groźba nowych podatków i przepisów sprawia, iż przedsiębiorcy czują się niepewnie? A kiedy przedsiębiorcy czują się niepewnie, gospodarka nie podnosi się? Cóż, fakt, że obawy przed podatkami i regulacjami powodują niepewność i uszkadzają gospodarkę, jest kluczowym elementem teorii Szkoły Austriackiej w ekonomii, który głosimy od dziesięcioleci.

A: Chwileczkę, zdawało mi się, że to ponoć Obama powoduje niepewność.

PK: Obama powoduje niepewność teraz. Przed Obamą, powodował ją George W. Bush. W ogólności, to demokratyczny rząd powoduje niepewności. Hans-Hermann Hoppe wytłumaczył to jasno w swojej książce z 2001 r. "Demokracja: bóg który zawiódł".

A: Czy są jakieś elementy, które poznał Pan w pracach Hoppego, których nie było w pismach innych libertarian?

PK: Ludwig von Mises i Murray Rothbard byli wielkimi ludźmi, ale żyli w czasach, kiedy sympatycy wolności musieli uważać na to, co mówili. W rezultacie, libertarianie często nie są w stanie opisać swego idealnego społeczeństwa w szczegółach. Natomiast, jak trafnie zauważył Patri Friedman (Cato Institute), wyjątek stanowi Hans-Hermann Hoppe. Jest gotów głosić prawdę, bez względu na to, ile uczuć "politycznie poprawnych" osób zrani, a przy tym jest tak logiczny i elokwentny, że regularnie go cytuję z jego klasycznego dzieła o porażkach demokracji. Niech pan oznaczy te cytaty - żeby nikt nie pomyślał, że moje przemyślenia zrównuję z jego własnymi.

A: Proszę nam powiedzieć więc o społeczeństwie libertariańskim, które pragnie Pan ziścić.

PK: Będzie to wolne społeczeństwo - bez rządu i bez przymusu. Prawa ludzi będą respektowane. Każdy będzie mógł robić co zechce, o ile nie będzie łamał praw innych... Dlaczego pan na mnie tak dziwnie patrzy?

A: Miałem nadzieję na mniej sloganów, a więcej konkretów.

PK: Co ma pan na myśli?

A: W naszym społeczeństwie, rząd jest jedyną organizacją, której wolno zabijać ludzi. W społeczeństwie libertariańskim które organizacje będą zabijały ludzi?

PK: Nie będzie rządu, który może używać siły przeciwko ludziom i zabijać ich.

A: Niektórzy ludzie będą bardzo bogaci, prawda?

PK: Oczywiście. Niektórzy ludzie zawsze będą silniejsi i mądrzejsi od innych.

A: Czy bogaci nadal będą obawiać się ludzi mogących ich okraść?

PK: Zapewne - każda własność... jest z definicji cenna; wobec tego, każdy właściciel staje się potencjalnym celem agresywnych żądań innych osób.

A: No więc kto będzie chronił właścicieli i ich własność?

PK: Firmy ubezpieczeniowe na konkurencyjnym rynku.

A: Czyli w pańskim społeczeństwie, firmy ubezpieczeniowe będą czymś w stylu rządów. Czy możemy nazwać je wobec tego ORP (Organizacjami Rządo-Podobnymi)?

PK: Jasne, pod warunkiem, że podkreślimy, iż firmy ubezpieczeniowe, jako ORP ochrony, będą bardzo się różnić od dzisiejszych, stosujących przemoc, państwowych rządów.

A: Czy ORP ochrony będą się różnić od rządów dlatego, że będą małymi firmami rodzinnymi?

PK: Nie. Jednym z powodów, dla którego firmy ubezpieczeniowe będą dobre w roli ORP ochrony, jest to, iż są duże i posiadają zasoby... wystarczające do spełniania zadań radzenia sobie z niebezpieczeństwami... realnego świata. W istocie, ubezpieczyciele operują na narodowym a nawet ponadnarodowym poziomie, i posiadają znaczne aktywa rozsiane na znacznych obszarach.

A: Czy ORP ochrony będą tym różnić się od rządów, że nie używałyby siły przeciwko przestępcom?

PK: Pan raczy żartować? ... przy wzajemnej współpracy, ubezpieczyciele będą starali się eksmitować jawnych przestępców nie tylko z najbliższego otoczenia, ale z cywilizacji jako takiej, na obszary niezamieszkałe, połacie dżungli amazońskiej, Sahary lub regiony arktyczne.

A: Czyli ORP ochrony będą mogły zabijać ludzi, jeśli byliby jawnymi przestępcami.

PK: ORP ochrony nie będą zabijać ludzi, tylko będą ich wydalać na Saharę czy tereny arktyczne. Co się z nimi tam stanie, to już zależy od nich samych.

A: Czy możemy powiedzieć, że ORP ochrony "efektywnie" ich zabiją?

PK: Nie podoba mi się ten dobór słownictwa. Pan to sformułował tak, jakby ORP ochrony miały dokonywać agresji wobec przestępców. Jest odwrotnie - to przestępca dokonuje agresji, a ORP ochrony ochraniają obywateli. Nie łamią niczyich praw.

A: Może więc wolałby Pan takie sformułowanie: ORP ochrony będą 'efektywnie' zabijać ludzi bez naruszania ich praw.

PK: Tak, o wiele lepiej.

A: Czy każdy będzie w stanie się ubezpieczyć w ORP ochrony?

PK: Oczywiście - w gospodarce rynkowej niedobory są niemożliwe. Każdy jest w stanie kupić wszystko, płacąc cenę rynkową.

A: A co jeśli cena rynkowa ubezpieczenia dla niektórych ludzi wynosi więcej, niż ich stać?

PK: Bez obaw, konkurencja między ubezpieczycielami by zdobyć klientów będzie sprowadzać ceny w dół...

A: W przyszłości każdy będzie płacił za ochronę mniej, niż obecnie płaci w podatkach?

PK: Pewne zniekształcenia wywołane przez rząd będą wyeliminowane. Rząd ściąga więcej podatków na obszarach o niskiej przestępczości i wyższej wartości posesji, niż na obszarach o wysokiej przestępczości i niskiej wartości posesji. ORP ochrony postępowałyby całkowicie odwrotnie.

A: Czyli w niebezpiecznej okolicy, większość ludzi nie byłoby stać na ubezpieczenie.

PK: Możliwe.

A: Przypuśćmy, że są tacy ludzie nie objęci żadnym ubezpieczeniem ochrony - czy będzie efektywnie legalne zabicie ich?

PK: Z pewnością staliby się ekonomicznie wyizolowanymi, słabymi i podatnymi na zagrożenie wygnańcami.

A: Czyli ludzie byliby efektywnie zmuszeni do kupienia ubezpieczenia ochrony?

PK: Być może pan jeszcze nie zdał sobie sprawy z tego, że to jest wolne społeczeństwo. Relacja między ubezpieczycielem a ubezpieczanym jest dobrowolna. Obie strony mogą współpracować, bądź nie. Nikt nie zmusza ludzi, by kupili ubezpieczenie, ani nikt nie zmusza ubezpieczycieli, by świadczyli ochronę po cenie niższej, niż uważają za słuszną.

A: Jakie jeszcze argumenty może Pan podać na rzecz tego systemu?

PK: Choćby to, iż każda posesja... może być ukształtowana i przebudowana przez swego właściciela w taki sposób, który zwiększy jej bezpieczeństwo i zmniejszy prawdopodobieństwo agresji. Mogę wejść w posiadanie broni, lub sejfu, na ten przykład, albo mogę zestrzelić atakujący samolot z działka w ogrodzie, lub zainstalować laser który zlikwiduje napastnika oddalonego o tysiące kilometrów. W wolnym społeczeństwie ORP ochrony będą zachęcały swoich klientów do posiadania broni poprzez rabaty , ponieważ im lepsza prywatna ochrona klientów, tym niższe koszty ubezpieczenia i odszkodowania musi ponieść ubezpieczyciel.

A: Żebym dobrze zrozumiał. W biednych dzielnicach większość mieszkańców nie będzie ubezpieczonych, i będzie legalne zabicie ich. Ubezpieczeni będą zachęcani przez ORP ochrony do noszenia najbardziej zaawansowanych technologicznie broni, jakie są dostępne. Brzmi to bardzo dramatycznie dla biednych okolic.

PK: Wręcz przeciwnie - w "złych" dzielnicach interesy ubezpieczyciela i ubezpieczanych zbiegałyby się. Ubezpieczyciele nie minimalizowaliby chęci eksmitowania przestępców, obecnych wśród mieszkańców. Racjonalizowaliby te chęci przez oferowanie specjalnych rabatów, zależnych od konkretnych operacji wydalenia.

A: Załóżmy, że ORP ochrony, lub sponsorowane przezeń prywatne grupy, poszukują przestępców. Kiedy ochroniarze złapią tych ostatnich, czy zawsze przetransportują ich na niezamieszkałe tereny, czy też może czasem wsadzą do więzienia?

PK: Więzienia w typie tych, które mamy teraz? Z boiskami do piłki i z telewizornią dla kryminalistów? W jaki sposób byłoby to fair?

A: Może jakieś inne rodzaje więzień?

PK: Proszę zrozumieć. Nie chodzi o wsadzanie ludzi do więzień. Chodzi o wymierzenie kary, na jaką zasłużyli. I w libertariańskim społeczeństwie przyszłości, przestępcom zostanie wymierzona taka kara. ORP ochrony zagwarantują, że złapią napastnika i doprowadzą go do sprawiedliwości, ponieważ w ten sposób ubezpieczyciel obniża swoje koszta i zmusza przestępcę... do zapłaty za szkody i rekompensatę dla poszkodowanego.

A: Czyli przestępcy będą musieli wykonywać przymusową pracę dla ORP ochrony?

PK: I w jaki sposób miałoby to być gorsze, niż w obecnym systemie? W którym zamiast zrekompensować ofiarom przestępstw szkody, przed którymi ich nie uchronił, rząd zmusza ofiary do finansowania w podatkach koszty zatrzymania, uwięzienia i rehabilitacji, jak również rozrywki, ich oprawców?

A: Jednak, jako libertarianin, jest Pan przeciwko przymusowi?

PK: Przymusowi? Wygląda na to, że nie ma pan pojęcia o czym mówi. Przymus jest tylko wtedy, gdy ktoś narusza prawa innej osoby. Przestępcy tracą wszelkie prawa przez swoje postępowanie, które wybrali. Kiedy ma to miejsce, zmuszenie ich do zrekompensowania wywołanych przez nich szkód nie jest naruszeniem ich praw.

A: Czy w wolnym społeczeństwie będą jeszcze inne przypadki niewolnictwa?

PK: Niewolnictwa?! Nie wie pan, że pierwszym warunkiem libertariańskiego społeczeństwa jest zasada samoposiadania - każdy posiada samego siebie?

A: Przepraszam, miałem na myśli: 'efektywnego' de facto niewolnictwa bez naruszania praw.

PK: Hmmm. Niech pomyślę.

A: Na przykład, przypuśćmy, że ktoś zawiera umowę, a potem nie może się z niej wywiązać. Co by się stało?

PK: W libertariańskim społeczeństwie, świętość umów jest absolutnie fundamentalna.

A: Postaram się być bardziej klarowny. Załóżmy, że pewien człowiek nie może spłacić swych długów. Czy będzie mógł ogłosić bankructwo i żyć dalej, czy stanie się, bez naruszenia jego praw, efektywnie niewolnikiem swojego wierzyciela?

PK: To zależałoby od umowy pożyczki/charakteru długu, na który obie strony się dobrowolnie zgodziły. Jeżeli dołączyły załącznik o bankructwie, to pożyczkobiorca będzie mógł ogłosić bankructwo.

A: Załóżmy, że w libertariańskim społeczeństwie, pożyczkodawcy zachęcaliby pożyczkobiorców do spłaty - więc nie decydowaliby się na łatwe wyjście dla nich. Załóżmy, że żaden z pożyczkodawców nie oferowałby możliwości bankructwa. Czy byłoby to w porządku?

PK: Teoria ekonomiczna mówi, że pożyczki bez możliwości bankructwa udzielane są na niższy procent, niż te, które umożliwiają bankructwo. Wobec tego, jeśli żadne umowy pożyczki nie będą zawierały ustępu o bankructwie, to znaczy to li tylko, iż pożyczkobiorcy wolą nisko oprocentowane pożyczki bez możliwości bankructwa.

A: Widzę tu kilka problemów.

PK: Proszę posłuchać. Wymowa pańskiego pytania wskazuje, iż chciałby pan, by pożyczkodawcy byli zmuszani do tolerowania nieodpowiedzialnych pożyczkobiorców, którzy mogą odmówić spłaty. Oznaczałoby to, iż musieliby swoje własne, ciężko zapracowane pieniądze, użyczać po warunkach, na które się nie zgadzają. Czym to się różni od pracy przymusowej?

A: Oczywiście lepiej by było, aby niemogący spłacić pożyczki byli efektywnie zniewoleni bez naruszenia ich praw...

PK: Oczywiście. Skoro już wyklarowaliśmy sprawę, proszę wyłączyć dyktafon. Zabieram się za mój befsztyk.

Pan o pseudonimie Kain opisał działanie libertariańskiego społeczeństwa. W kolejnej części wywiadu przedstawi plan krok-po-kroku jak to społeczeństwo ziścić.