Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 października 2013

Ludwig von Mises [*] 40 lat


40 lat temu, 10 października 1973, zmarł Ludwig von Mises, największy ekonomista XX wieku. "Jego dzieła przesycone są duchem wolności (...) Mamy wobec niego trudny do spłacenia dług" - jak rzekł Ronald Reagan.
I istotnie. Nie było w historii bardziej oddanego bojownika o prawdę, logikę, właściwą metodę w ekonomii - i jednocześnie stojącego na straży ideałów cywilizacji zachodniej: wolności i własności prywatnej. "Jeśli historia mogłaby nas czegokolwiek nauczyć, to niewątpliwie tego, że żaden naród nie stworzył wyższej cywilizacji bez poszanowania prawa do posiadania własności prywatnej." - jak brzmi jego słynna wypowiedź, lub podobna, choć bardziej dosadna - "Albo prywatna własność środków produkcji, albo głód i nędza dla wszystkich.".
Mises urodził się we Lwowie, w Galicji, w 1881 r., w rodzinie niemieckich żydów, ale otaczała go polska lwowska elita intelektualna, i takim też klimatem przesiąknął za młodu, podobnie jak jego późniejszy mentor i twórca szkoły austriackiej, Carl Menger z Nowego Sącza. Klimat tolerancji, otwartości i charakterystycznej polskiej iskry w myśleniu odcisnął swoje piętno na młodym Misesie, i podobnie jak cywilna odwaga i nieustępliwość w głoszeniu prawdy, to polskie cnoty rycerskie, które Mises pielęgnował aż do śmierci. Nie zapominajmy o tym.
W Polsce mamy Instytut imienia Ludwiga von Misesa, założony 10 lat temu i popularyzujący myśl swego patrona i innych przedstawicieli szkoły austriackiej w ekonomii. Sztandarowym przedsięwzięciem Instytutu było przetłumaczenie i wydanie opus vitae Misesa, czyli traktatu Ludzkie Działanie: Traktat o Ekonomii,
kompletnego wyłożenia dopracowanej przez 40 lat pracy naukowej teorii ekonomicznej szkoły austriackiej. Jak tylko dowiedziałem się w 2006 r., że Instytut Misesa rozpoczyna projekt wydawniczy tego dzieła, natychmiast wsparłem go subskrypcją i posiadam unikalny egzemplarz z imiennymi podziękowaniami. Jest to ikona myśli ekonomicznej, dzieło totalne. Ale też ciężkie dla laika, gdyż Mises, przedstawiciel XIX-wiecznej europejskiej elity intelektualnej, pisał "Ludzkie działanie" z założeniem, że czytelnik będzie osobą wykształconą na podobnym, jak on, poziomie. Stąd też nie polecam brać się za ten traktat w pierwszej kolejności, by poznać Misesa, jego myśl i szkołę austriacką w ekonomii.
Znacznie lepiej na początek sięgnąć po jego bardziej publicystyczne książki.
"Liberalizm w tradycji klasycznej" to bardzo przystępne i ciekawe wyłożenie idei klasycznego liberalizmu, pokazanie, że wolna gospodarka i wolne społeczeństwo, wolne od państwowej interwencji i zamordyzmu, są niezbędnymi elementami rozwoju i postępu: tak gospodarczego, jak i kulturowego i cywilizacyjnego. W sposób bardzo błyskotliwy Mises obala mity i uprzedzenia
antykapitalistyczne, które różnej maści pseudomyśliciele rzucali przeciwko liberałom i filozofom od czasów antycznych. Pokazuje, że wszelkie formy interwencjonizmu i systemy polityczne oparte na przemocy, a więc komunizm, socjalizm i faszyzm, zamiast pomóc społeczeństwu i gospodarce - niszczą je, wbrew intencjom swoich zwolenników. Jest to bardzo ważna pozycja w bibliografii Misesa.
Wątek błędnego koła interwencjonizmu państwowego Mises kontynuuje w książce "Interwencjonizm". Wskazuje na ważną rolę, jaką spełnia kalkulacja ekonomiczna w gospodarce rynkowej, jak rynek koordynuje działania prywatnych podmiotów - uczestników rynku, i jak siłowa ingerencja urzędników w rynek i we własność prywatną zakłóca tą koordynację. Krytykuje takie pomysły polityków, jak kontrola cen, ceny maksymalne, płace minimalne, podatki, oraz inne doraźne regulacje rządowe, które wywołują zniekształcenia, wymagające kolejnych regulacji, itd., aż nastąpi całkowita regulacja życia gospodarczego i system gospodarczy zmieni się w socjalizm typu nazistowskiego. Albo socjalizm, albo kapitalizm - nie ma trzeciej drogi, tak brzmi wniosek z ekonomicznej analizy polityki interwencjonizmu.
W książce "Planowany chaos" Mises porusza się nadal w tematyce niestabilności ekonomicznej interwencjonizmu państwa w gospodarkę, i pokazuje, jak socjalizm - czy to w postaci sowieckiej, czy nazistowskiej, nie jest w stanie być wydajnym systemem gospodarczym, ponieważ zakłócona jest w nim kalkulacja ekonomiczna. Planowanie gospodarcze przez różnej maści ciała typu Gosplan skutkuje właśnie CHAOSEM, ponieważ centralni planiści nie dysponują wystarczającymi danymi, by koordynować działania gospodarcze w całym kraju, w każdej fabryce i zakładzie, a brak rynku dóbr kapitałowych z powodu zniesienia własności prywatnej uniemożliwia wycenę tego niezbędnego elementu gospodarki, a więc i alokowanie kapitału do zastosowań najpilniej pożądanych przez konsumentów.
Dlaczego Mises był w stanie na to wpaść i dostrzec daremność socjalizmu, a inni ówcześni ekonomiści albo nie dostrzegali błędu logicznego, jakim jest socjalizm - albo, jak nasz rodak Oskar Lange, uważali, że jest możliwy, bo centralni planiści są w stanie symulować rynek?
Oskar Lange, arcynemezis Misesa
Mises już w 1920 r. przedstawił tezę, iż kalkulacja ekonomiczna w socjalizmie jest niemożliwa, a 2 lata później w dziele "Socjalizm" rozwinął ją w pełnoprawną krytykę, tym samym rozpoczynając tzw. debatę kalkulacyjną z takimi ekonomistami jak Lange. Ok. Ale wracamy do pytania - dlaczego akurat Mises?
Ponieważ był Austriakiem - przedstawicielem szkoły austriackiej w ekonomii, której głównym elementem w metodologii jest podejście subiektywistyczne i indywidualistyczne. To jednostki wyceniają, czego pożądają, i jak bardzo tego pożądają. Ich wartościowania nie mogą być odkryte ani zsumowane przez żadnego zewnętrznego obserwatora, czy właśnie centralnego planistę. Jedynie rynek, system cenowy, jest w stanie przełożyć osobiste, subiektywne wartościowania na postać liczbową za pomocą pieniądza, gdy ludzie chcą wymienić posiadane przez siebie dobra na te pożądane. Pieniądz stanowi narzędzie pomiaru w postaci konkretnych cen dóbr. Wyeliminowanie przez siłową ingerencję państwa któregoś z tych elementów - rynku, pieniądza, własności - uniemożliwia zobiektywizowanie się indywidualnych wartościowań każdego z nas, i wówczas nikt nie jest w stanie powiedzieć, jaki jest faktyczny popyt na jakieś dobro, ani jaka jego podaż. Znika cały obszar informacji gospodarczej. Jak w takich warunkach można cokolwiek "planować"? Nie da się. Centralny planista funkcjonuje w totalnej ciemni informacyjnej. W takiej samej ciemni funkcjonuje każdy urzędnik, próbujący zawiadywać instytucją publicznej służby zdrowia czy edukacji; albo bankiem centralnym, próbującym zgadnąć optymalną cenę kredytu. Daremność biurokratycznego zarządzania Mises wyłuszcza w książce "Biurokracja". Pokazuje, jak bez rachunku zysków i strat nie da się efektywnie kierować żadnym przedsiębiorstwem, i jak instytucje publiczne muszą siłą rzeczy, jako nierynkowe, obrastać biurokracją, korumpować się, stawać się niewydolne - gdyż nie mają żadnych narzędzi weryfikacji swoich działań, którymi dysponuje każdy przedsiębiorca na rynku, zmuszony do służenia konsumentom przez groźbę strat i bankructwa.
Ekonomiści spoza szkoły austriackiej, zwłaszcza ze świata anglo-amerykańskiego, kompletnie nie rozumieli i nadal nie rozumieją subiektywizmu metodologicznego, mimo, iż synteza neoklasyczna zawiera teoretycznie wkład austriacki w tym zakresie. Nadal łudzą się, że można jeśli nie planować centralnie, to przynajmniej wydajnie zarządzać w ramach gospodarki rynkowej państwowymi instytucjami, niepoddanymi dyscyplinie wolnego rynku. Że można optymalnie sterować podażą pieniądza i wpływać na zagregowany popyt. Cóż za arogancja. Mises przestrzegał przed takim hubris, ale rządowi ekonomiści, wychowani na kulcie państwa i apologii państwowego planizmu, nie mają ani krzty pokory. Bo po co? Posady czekają.

Nie zamierzam tutaj przedstawiać całego życiorysu i dorobku genialnego polskiego Austriaka. Zachęcam do odwiedzania witryny Instytutu Misesa i regularnego wpłacania skromnych datków na jego działalność, a być może wkrótce ruszy tłumaczenie i wydanie biografii Misesa, pióra Jorga Hulsmanna "Mises: Ostatni Rycerz Liberalizmu", 1000-stronicowy przewodnik po życiu i twórczości Mistrza, jednocześnie będący kopalnią wiedzy na temat austriackiej szkoły ekonomii.
Nie pozwólmy jednakże, by Ludwig von Mises pozostał ostatnim rycerzem liberalizmu i cywilizacji zachodniej. Sztandar intelektualnej batalii należy unieść, i nie poddawać się złu, ignorancji i ciemnocie - lecz tym odważniej się im przeciwstawić!

wtorek, 7 lutego 2012

Wywiad z libertarianinem, cz. 5

Część V - Mroczne realia

ANDREW: W poprzedniej części wywiadu, opowiedział nam Pan, jak w średniowieczu Organizacjami Rządo-Podobnymi byli szlachcice, w których opinia publiczna widziała osoby ponadprzeciętne. Czy dzisiaj bogacze i liderzy korporacji znaleźli się na szczycie również dzięki swym naturalnym zdolnościom przywódczym?

PSEUDONIM KAIN: Nie. Nadal istnieją bogacze, ale coraz częściej zawdzięczają swoją fortunę... bezpośrednio bądź pośrednio państwu. W związku z tym są częściej uzależnieni od kontynuowania przez państwo faworyzowania ich, niż ludzie mniej zamożni... Ich zachowanie nie odznacza się ani szczególną cnotą, godnością, ani wyszukaniem, lecz jest odbiciem tej samej proletariackiej kultury masowej - orientowaniem się na teraźniejszość, oportunizmu i hedonizmu.

A: Jak do tego doszło?

PK: Niestety, demokracji udało się... ostatecznie zniszczyć naturalne elity. Fortuny wielkich rodów przepadły, a cechująca je tradycja kultury i ekonomicznej niezależności, intelektualna dalekowzroczność, oraz moralne i duchowe przywódctwo - zostały zapomniane.

A: I jest to wina demokracji? Szlacheckie rody nie ponoszą żadnej winy za swoją dekadencję?

PK: Być może rody szlacheckie winny były mocniej opierać się demokracji, ale w rzeczy samej - Hans-Hermann Hoppe udowadnia w swej książce, że rządy demokratyczne zawsze prowadzą do socjalizmu państwa opiekuńczego. Stany Zjednoczone są dziś tego przykładem.

A: Libertarianie ogólnie są bardzo krytyczni wobec dzisiejszych demokracji. Jednak, wielu uważa, iż legalny rząd powinien istnieć, o ile jest bardzo mały i ogranicza się do wykonywania zadań, które libertarianie uważają za słuszne.

PK: Ayn Rand, Robert Nozick, Milton Friedman, i nawet sprzedawczyki z Cato Institute ciężko pracowali nad obroną praw producentów. Jednakże, naiwnie wyobrażają sobie, że demokratyczny rząd da się oswoić: przekształcić w odpowiedzialną machinę, która będzie chronić własność i umowy bez narzucania swoich własnych idei roli państwa w społeczeństwie.

A: Jest Pan pewien, że się mylą?

PK: W zupełności. Tak, jak panu powiedziałem, destruktywna natura rządu jest twierdzeniem, popartym zasadami elementarnej logiki.

A: Czy może Pan nam wytłumaczyć to twierdzenie?

PK: Dowód najlepiej wytłumaczyć używając koncepcji "preferencji czasowej" z ekonomii austriackiej. Rysując nachyloną w dół krzywą preferencji czasowej dla danej osoby u początków ludzkości...

A: Mimo, iż dla Pana techniczne podejście wydaje się bardziej eleganckie, trafi Pan do liczniejszego odbiorcy, jeśli wytłumaczy Pan to pojęcie normalnym językiem.

PK: Utracimy oczywiście nieco na precyzyjności, ale mogę spróbować... Zagadnienie jest proste, choć otrzymuje się głębokie wnioski. Zacznijmy przez założenie, że funkcjonariusz rządowy jest osobą racjonalną, i wobec tego działa w ten sposób, by użyć machiny rządu dla swych osobistych korzyści... [Ponieważ] nie jest właścicielem [rządu]... nie może sprzedać zasobów rządowych i spieniężyć przychodów dla prywatnej korzyści, ani nie może zapisać własności rządowej swemu potomkowi... [Wskutek tego] prezydent... wyeksploatuje największą możliwą ilość zasobów rządu najszybciej jak się da, ponieważ to, czego nie skonsumuje teraz, nie będzie mógł już nigdy skonsumować.

A: Byli prezydenci, tacy jak George W. Bush czy Bill Clinton, są milionerami. Jeżeli Pana teoria jest poprawna, złupiliby tyle zasobów kraju, że byliby teraz bogatsi - byliby miliarderami.

PK: Ach... Tak samo sądziłem, gdy po raz pierwszy przeczytałem książkę Hansa-Hermanna Hoppego. Ale widzi pan, dr Hoppe rozumuje na poziomie teoretycznym, abstrakcyjnym. Musi pan zrozumieć, jak zastosować jego rozumowanie w świecie rzeczywistym.

Mimo iż dr Hoppe stosuje przykład z "prezydentem", jako funkcjonariuszem rządu, istnieje wielu innych rządowych oficjeli, i każdy z nich stara się złupić publiczne zasoby. Co więcej, oprócz oficjalnych funkcjonariuszy rządu, istnieją nieoficjalni funkcjonariusze, tacy jak lobbyści i finansujący kampanie, jak też i prezesi zbyt-dużych-by-upaść (tj. sponsorowanych przez rząd) banków. Jeśli pominie się łup zarówno oficjalnych jak i nieoficjalnych funkcjonariuszy rządu, sumka może wydawać się mała.

A: Czy to jest wyłącznie Pana interpretacja, czy podziela ją również dr Hoppe?

PK: Cóż, mógłby wyrażać się trochę jaśniej. Ale z całą pewnością rozumie to. Na przykład, wskazuje na fakt, iż mało prawdopodobne jest, by durnie, nawet jeśli stanowią większość, zdołali systematycznie wykiwać mniejszość bystrych i energicznych osób, i wzbogacić się ich kosztem... najczęściej to właśnie ci ostatni będą w stanie zapewnić sobie subsydiowanie przez biednych. Innymi słowy, zgadza się ze stwierdzeniem, że w państwach opiekuńczych zazwyczaj najwięcej zyskują "nieoficjalni funkcjonariusze rządu".

A: Rozumiem. W każdym razie, tłumaczył Pan dlaczego uważa, iż inni libertarianie gonią za mirażem najmniejszego możliwego rządu...

PK: Zgadza się. Tak, jak mówiłem, teoria dr Hoppego jest wyjątkowo celna. Nawet profesorowie z głównego nurtu, tacy jak Simon Johnson, przyznają, iż dr Hoppe ma rację, i decyzje rządu USA są w rzeczywistości podejmowane przez lobbystów i finansujących duże kampanie wyborcze. Istnieje również szeroka zgoda co do tego, iż każdy nieoficjalny funkcjonariusz rządu nie jest do końca pewien, kiedy "impreza" dla jego branży dobiegnie końca, więc stara się złupić jak najwięcej w jak najkrótszym czasie, nie przejmując się przyszłością.

Wróćmy teraz do tych pro-rządowych libertarian, o których wspominałem. Wiedzą, że masy nie są inteligentne, wiedzą, że demokracja jest tylko teatrzykiem gdzie nieoficjalni funkcjonariusze rządu używają przymusu by kraść od produktywnych ludzi - i wtedy nagle zapominają o tym wszystkim i bezmyślnie akceptują i powtarzają nonsens o demokracji jako samorządności i rządzie złożonym, wybranym przez, i dla, ludu.. Naiwnie myślą, że mogą użyć procesu demokratycznego do kontroli nieoficjalnych funkcjonariuszy państwa! Albo że mogą przekonać ich do porzucenia nabijania kabzy przez lobbing, i wybrania wolnego społeczeństwa!!

A: Czyli mówi Pan, że lobbyści kontrolują rząd, korporacje które reprezentują nie chcą libertariańskiego małego rządu - więc nie dojdzie do niego.

PK: Otóż to.

A: Teraz ja chciałbym udowodnić twierdzenie. Mogę?

PK: Pewnie - ale proszę pamiętać, że potrzeba wiele praktyki, by poprawnie dowodzić nt. zjawisk ekonomicznych.

A: Póki nie spróbuję, nie nauczę się... Załóżmy więc, że wszelcy prezesi i dyrektorzy firm są racjonalni, i wobec tego działają w ten sposób, by użyć aparatu korporacji dla swych osobistych korzyści. Ponieważ nie są właścicielami korporacji, mają bodziec by zużyć zasoby korporacji tak szybko, jak to możliwe - to, czego nie skonsumują teraz, przepadnie.

PK: Pana amatorszczyzna aż razi. Zachowanie, jakie pan opisał, nie jest możliwe, ponieważ akcjonariusze i udziałowcy pozwalają prezesowi tylko wtedy kierować spółką, gdy są przekonani, iż będzie on działał dla ich najlepszego interesu.

A: Myślałem, że istnieje wiele dowodów na to, iż prezesi spółek wyciągają znacznie wyższe wynagrodzenia, niż niegdyś. Jest Pan pewien, że nie akceptuje Pan bezmyślnie mitu, iż zarząd korporacyjny jest wyłaniany przez, i dla, udziałowców?

PK: Sofizmatyka.

A: Ale proszę pomyśleć, jak łatwo Pana teorię przenosi się z rządu demokratycznego na ORPy! Na przykład, bankowcy w europejskich bankach takich jak UBS celowo nabyli wiele ryzykownych papierów po to, by móc manipulować swymi własnymi zasadami księgowości i dostać wysokie premie. Moglibyśmy nazwać maklerów "nieoficjalnymi funkcjonariuszami korporacji", którzy we współpracy z oficjalnymi funkcjonariuszami korporacji skonsumowali zasoby banków.

PK: Jeśli faktycznie miałoby to miejsce, wówczas akcjonariusze przestaliby inwestować w dany bank. Chyba, że, rzecz jasna, nastąpiła interwencja rządu. Dlatego jest tak ważne, by koncentrować się na wadach rządu demokratycznego.

A: Hmmm... Jeżeli Pan i dr Hoppe myślicie, że problem z demokracją polega na kupowaniu i sprzedawaniu decyzji rządu za pieniądze, dlaczego nie próbujecie naprawić demokracji w ten sposób, by mniej do powiedzenia miał pieniądz i lobbyści?

PK: Próbować powstrzymać produktywnych ludzi przed wpływaniem na wybory ich własnymi pieniędzmi? To fatalny pomysł - oznacza ograniczanie jednostek i organizacji dysponującymi dużymi pieniędzmi. Oznacza cenzurę ich poglądów politycznych.

A: Chodzi Panu o to, by wszyscy mogli demonstrować swoje poglądy polityczne, czy tylko szczególni niektórzy?

PK: Ci ostatni, rzecz jasna. Wyobraźcie sobie, że... prawo głosu rozszerzymy na siedmiolatków. [W rezultacie] polityka rządu będzie z pewnością odbiciem "uzasadnionej troski", by dzieci miały "dostateczny" i "równy" dostęp do "bezpłatnych" frytek, coca-coli, i telewizji. Podobnie, jeśli mielibyśmy demokratyczny proces decyzyjny w skali globalnej, rząd prawdopodobnie zauważyłby, iż tzw. świat zachodni ma za dużo bogactwa... Pamiętając o tych scenariuszach, nie możemy mieć wątpliwości co do negatywnych konsekwencji zasady "jedna osoba - jeden głos".

A: Czyli problemem jest to, że niewłaściwi ludzie głosują. Ale co wówczas, gdy tylko ci właściwi głosowaliby? Czy poparłby Pan zamianę USA w dyktaturę rządzoną przez Izbę Handlową? Czy może wolałby Pan usadowić Grovera Norquista i Amerykanów Za Reformą Podatkową na najwyższej pozycji?

PK: Rezultatem byłyby zdecydowanie bardziej dalekowzroczne, zorientowane na przyszłość decyzje, niż obecnie... Jednakże, zapomniał pan o tym, że libertarianie nie idą na kompromisy, gdy bronią wolności. Moje zasady zobowiązują mnie do sprzeciwiania się takiemu rządowi, jaki pan opisał, niezależnie od sensowności jego polityki.

I by było jasne, jestem pewien, iż Grover podziela mój idealizm.

A: Ponieważ uważa Pan, iż rola pieniądza w demokracji nie powinna się zmienić, to znaczy, że akceptuje Pan fakt lobbowania jako zła koniecznego, związanego z istnieniem rządu.

PK: Istnieją pewne mroczne realia, z którymi musimy sobie radzić, żyjąć w niewolnym społeczeństwie.

A: Czy lobbuje Pan rządy?

PK: Osobiście, chcę jedynie pracować, produkować, i cieszyć się z owoców mej pracy. Jednakże, jeśli zezwala się na politykę, to nawet tacy ludzie jak ja, są dotknięci. W celu samoobrony przed atakami na ich wolność i własność przez pozbawionych moralnych skrupułów, nawet uczciwy, ciężko zapracowani ludzie muszą stać się "zwierzętami politycznymi" i spędzać więcej czasu i energii, rozwijając swe umiejętności polityczne.

A: Czasem jest się zmuszonym do zaangażowania w lobbying.

PK: Tak. Na przykład, obecny mem w towarzystwie inwestorów mówi, iż kombinacja zmian klimatu i wzrostu ludności spowoduje, iż będzie niedostateczna liczba żywności do roku 2050. Ziemia rolna skoczy w cenie.

Mój fundusz hedgingowy odkrył nieuprawianą ziemię w afrykańskim państwie ***. Ziemia do nikogo nie należy, więc staraliśmy się ją odkupić od rządu. To skandaliczne, ale pewni oficjele z rządu *** uparli się na...

A: Łapówki?

PK: ...pewne rozwiązania, zanim zgodzili się sprzedać nam ziemię za sprawiedliwą cenę.

A: Czy ta ziemia była niezamieszkała?

PK: Nikt nie był jej właścicielem, gdy ją kupiliśmy.

A: Ale czy ktoś na niej mieszkał?

PK: Jakieś lokalne plemiona, które uważały, iż posiadają jakieś mętne tradycyjne "prawo" do ziemi. Konkretne działanie było niezbędne, by powstrzymać ich od panoszenia się na naszej ziemi.

A: Używając ciężarówek z ludźmi z bronią maszynową... Czy kiedykolwiek zdał sobie Pan sprawę z tego, że sukces Pańskiej inwestycji okupiony był kosztem realnej krzywdy wyrządzonej realnym ludziom?

PK: Zdałem sobie sprawę - z tego, iż banda ludzi agresywnie panoszyła się na mojej ziemi. Moje prawa były złamane i zostałem zmuszony do poniesienia znacznych kosztów w celu ochrony mojego mienia przed agresją.

A: To musiało być straszne... Jedna rzecz mnie zastanawia - wygląda na to, że nie ma Pan zbyt wiele szacunku dla większości dzisiejszych ORP. Uważa Pan, że tylko niektóre są kierowane przez produktywnych geniuszy - podczas gdy wielu liderów biznesu to nikczemni ludzie, lobbujący rządy i zawdzięczający swe majątki państwu.

PK: Krytykuję niemoralne zachowanie bez względu na to, czy czyni to funkcjonariusz rządu czy biznesmen. Jeżeli prezesi spółek spędzają czas lobbując i uprawiając polityczne przedsięwzięcia, to fatalnie. Ale musi pan pamiętać, iż konkurencja nie zawsze jest dobra. Konkurencja w produkcji dóbr jest dobra, ale konkurencja w produkcji "złów" nie. Jako skutek "wolnej konkurencji politycznej" cała struktura charakteru społeczeństwa staje się zniekształcona, i coraz więcej złych osobowości pnie się na szczyt.

A: Ale w takim razie dlaczego Pan stara się pomóc tym ludziom zdominować świat przyszłości?

PK: Zadał pan ciekawe pytanie. To prawda, że wiele dzisiejszych ORP to w istocie łupieżcy i wyłudzacze. Ale próba zidentyfikowania, które ORP są uprawnione, a które nie - byłaby zbyt skomplikowana i ostatecznie niemożliwa. W związku z tym dlaczego nie stworzyć społeczeństwa, gdzie przynajmniej część ORP to będą ludzie, którzy faktycznie zdobyli majątek przez produktywną działalność.

A: Ludzie tacy jak Pan?

PK: Tak, tacy jak ja.

W ostatniej części wywiadu Pseudonim Kain postara się wejść głęboko w uprzedzenia poznawcze, które uniemożliwiają jego rozmówcy zrozumienie zasad libertarianizmu.

środa, 25 stycznia 2012

Wywiad z libertarianinem, cz. 4

Część IV - Wyprawa w libertariańską przeszłość

ANDREW: Organizacje Rządo-Podobne (ORP) w Pana przyszłym libertariańskim społeczeństwie będą kontynuacją ORP, które istnieją dziś - zasadniczo wielkich korporacji i osób o dużych majątkach. A te dzisiejsze ORP stanowią kontynuację ORPów, które istniały w przeszłości.

PSEUDONIM KAIN: To prawda - ORP mają długą i chwalebną historię.

A: W dzisiejszym społeczeństwie, jak i w przeszłości, zarówno ORPy jak i regularne rządy mają pewne legalne prawa.

PK: Fakt. Ale w przypadku rządów te "prawa" są zupełnie nielegalne, natomiast w przypadku ORP są w pełni legalne. Dlatego działam moralnie, gdy ukrywam moje aktywa przed rządem amerykańskim.

A: Jak doszło do tego, że ORP podzieliły się na dwa rodzaje - na te dobre, nierządowe - i na złe, rządowe?

PK: Libertarianin Robert Nozick napisał: "Cokolwiek pojawia się w wyniku sprawiedliwego toku w sprawiedliwych etapach, samo jest sprawiedliwe." Kiedy pojawiły się pierwsze prawa, nierządowe ORP zdobyły je legalnie. Od tamtej pory, były przekazywane na ich potomków i wymienianie pomiędzy sobą. Wszystkie te transakcje były dobrowolne. Z drugiej strony, rządy przejęły swoje prawa niesprawiedliwie, i od tamtej pory nic nie może przekształcić je w prawa sprawiedliwe.

A: Może powinien Pan nam opowiedzieć całą historię.

PK: Przygotujcie się więc na bycie zaskoczonymi - źródła głównego nurtu okaleczyły historię do stopnia nierozpoznawalności.

Dawno temu, wszyscy żyli w stanie wolności. Następnie, w każdym społeczeństwie, które nie było prymitywne, kilku ludzi osiągnęło status elity. Zawdzięczając to wyjątkowym zdobyczom bogactwa, mądrości lub dzielności... tych kilku ludzi posiadło "naturalny autorytet", i ich opinie i sądy cieszyły się szerokim uznaniem. Co więcej, w wyniku selektywnego rozpłodu i zawierania małżeństw, praw cywilnego i genetycznego dziedziczenia, pozycje naturalnego autorytetu przechodziły na kolejne pokolenia szlachetnych rodzin.

... To właśnie ci liderzy z naturalnych elit, którzy zazwyczaj piastowali pozycję sędziów i rozjemców, najczęściej za darmo, z poczucia obowiązku jaki nakładała pozycja autorytetu, czy nawet z zasadniczej troski o sprawiedliwość w społeczności, byli w stanie prywatnie wytworzyć takie "publiczne" dobro.


A: A więc pierwszymi ORP ochrony byli szlachcice, którzy zdobyli swą władzę ponieważ inni ludzie uznali ich szczególne cechy przywódcze. Ci szlachetni byli właściwie niczym małe rządy, tylko że lepsze, ponieważ nie stosowali przymusu i szanowali prawa naturalne.

PK: W rzeczy samej. Wielki filozof John Locke doskonale to rozumiał. Jakiś palant żyjący w czasach Locke'a powiedział, że rządy mają więcej autorytetu, niż ORP... ponieważ rządy prowadzą czasem ludzi do boju. Locke odparł,

Właściciel plantacji w Indiach Zachodnich ma więcej [niż trzy setki niewolników na swej posesji], i mógłby, gdyby zechciał... zmusztrować ich i powieść przeciwko Indianom, domagając się reparacji za każdą krzywdę, jaką odniósł, i to wszystko [nie będąc wcale] Monarchą...

Innymi słowy, ORP tacy jak plantatorzy w Indiach Zachodnich, mieli takie same prawa jak rządy, jeśli chodzi o prowadzenie wojny.

A: Po raz pierwszy w swej opowieści Pan wspomniał rządy vis-a-vis nie-rządowe ORP ochrony. W jaki sposób rządy pojawiają się w tej historii?

PK: W dużych miastach istnieje wiele różnych, niezależnych ORP ochrony, działających w zupełnej harmonii. By zaistniał rząd, musi pojawić się sytuacja, by któryś z tych sędziów, arbitrów lub agencji ochrony zdołał obwołać się monopolistą. Jak jest to możliwe? Dlaczego inne ORP ochrony miałyby pozwolić jednej organizacji uzyskać monopol i przejąć ich prawomocne funkcje?

Oczywistym jest, iż jedyny sposób by to osiągnąć to taki, gdzie jedna z ORP ochrony obiecuje, że będzie bardziej bezstronnym sędzią w sporach dotyczących swej własnej rasy, plemienia lub klanu. Widzi pan, w stanie natury ORP ochrony traktowałaby wszystkich swych klientów sprawiedliwie, wg jednakiego standardu. Rządy pojawiają się wówczas, gdy jedna ORP ochrony przysięga wdrażać prawo w taki sposób, który traktuje korzystniej jej własną rasą lub plemię - ten nieetyczny postępek pozwala takiej ORP przejąć władzę nad jej rywalami. W momencie, gdy rasizm nie jest już wystarczający, następnym krokiem dla nieuczciwej ORP jest odwołanie się do powszechnego... poczucia zawiści i egalitaryzmu, t.j. do konfliktu klasowego (niedotykalni lub niewolnicy kontra panowie, robotnicy kontra kapitaliści, biedni kontra bogaci, itp.).

A: Szlachcice i panowie mieli posłuch ponieważ ich chłopi i niewolnicy uznawali, że jedni ludzie są lepsi od innych - ale wówczas pojawiło się kilka ORP i zaczęło wszystko psuć poprzez odwoływanie się do rasizmu i zawiści. Te "bandyckie ORP" stanowią zaczątek rządów.

PK: Otóż to. A teraz opowiem panu historię terytorialnych ORP. Ta część opowieści jest jeszcze ważniejsza - widzi pan, libertarianizm... jest systematycznym kodeksem praw, wyprowadzonych z pomocą logicznej dedukcji z pojedynczej zasady, której obowiązywanie... nie da się obalić bez popadnięcia w... sprzeczności... Ten aksjomat to stara zasada pierwotnego zawłaszczenia.

A cóż takiego znaczy "pierwotne zawłaszczenie"? To znaczy, że znajduje pan coś, czego nie posiada nikt inny i bierze je na własność. Kiedykolwiek pan wdraża w ten sposób swoje prawo do własności, jedni odnoszą korzyść - ale nikt na tym nie traci.

A: Doprawdy?

PK: No, z pewnością odnosi korzyść pan. Jednocześnie, pana działanie nie powoduje straty u nikogo innego... Inni też mieli prawo do zawłaszczenia tych zasobów, o ile były dla nich wartościowe. Ale nie zrobili tego... W rzeczy samej, niezawłaszczenie ich oznacza, że nie stanowiły dla nich zasobów wartościowych. Wobec tego, nie można uznać, że odnieśli jakąkolwiek utratę użyteczności w wyniku pańskiego zawłaszczenia.

A: Popatrzmy, czy dobrze zrozumiałem. Załóżmy, że znajduję jedyną na pustyni oazę i zawłaszczam jako własną. Załóżmy, że jacyś uciekinierzy przechodzą przez pustynię i chcą zaspokoić pragnienie w mojej oazie. Czy wolno mi zagrozić im otwarciem ognia, jeśli się zbliżą, chyba że zostaną moimi niewolnikami w praktycznym sensie - z poszanowaniem ich praw, rzecz jasna?

PK: Oczywiście - to pana oaza.

A: Czy mógłby Pan podać mi jakieś realne historyczne przykłady tego, jak ORP sprawiedliwie weszły w posiadanie swych praw?

PK: Angielscy osadnicy w Ameryce Północnej... zademonstrowali jak... własność prywatna pojawiła się w wyniku pierwotnego zawłaszczenia... wcześniej nieużywanej ziemi (puszczy i nieużytków)

A: Ameryka Północna była niezamieszkała kiedy Anglicy osiedlili się tam?

PK: Przeciwnicy libertarianizmu uwielbiają pytania typu "A co z Indianami?". Podnieca ich myśl, iż libertarianie będą zmuszeni bronić praw własności pozbawionych ziemi tubylców, czego większość libertarian by raczej nie chciała robić. To, z czego przeciwnicy nie zdają sobie sprawy, to to, że John Locke rozwiązał ten problem 300 lat temu. Wyjaśnił, iż

zysk, jaki Ludzkość otrzymuje z [akra ziemi w Anglii], jest wart 5 [funtów], [podczas gdy zysk z akra ziemi w Ameryce] prawdopodobnie nie przekracza pensa, gdybyśmy mogli obliczyć w pieniądzu to, co Indianin wypracowałby i sprzedał tutaj; co najwyżej 1/1000. Tego praca, która owocuje wyższą wartością z ziemi, bez której ta ostatnia byłaby ledwo warta...

A: Momencik. Czy Locke chciał zasugerować, że skoro Indianie nie znali wydajnego rolnictwa, nie posiadali tak naprawdę ziemi?

PK: Tak właśnie. By prawidłowo wejść w posiadanie ziemi, należy wykonać realną, gospodarną pracę na niej, natomiast Indianie nie zrobili tego ponieważ byli zbyt prymitywni. Tak też Locke udowodnił, że Indianie nie posiadali ziemi. To oznaczało, że osadnicy mogli traktować ziemię tak, jakby była nieużywana.

A: Czy jest Pan pewien, że właśnie to Locke miał na myśli? Locke zasłynął w końcu z tego, że bronił wolności i praw naturalnych.

PK: Dlaczego to pana zaskakuje? W tym przykładzie, Locke bronił wolności osadników do zajmowania nieużywanej ziemi, i ich naturalnego prawa do zatrzymania tej ziemi po zagospodarowaniu jej. I tak, jestem absolutnie pewien, że to Locke miał na myśli - proszę przeczytać jego drugi Traktat o Rządzie.

A: Czy pierwotne terytorialne ORPy w Europie były również ORPami ochrony?

PK: Cóż, można się wzbogacić przez zagospodarowywanie nieużywanej ziemi, i ORP ochrony to byli zazwyczaj bogaci szlachcice z długą historią wyjątkowych osiągnięć, dalekowzroczności i przykładnego osobistego postępowania. Tak więc obie te funkcje często zachodziły na siebie.

A: Czy to nie było tak, że duża część ludzi w Europie dostała ziemię po prostu dlatego, że ich król bądź królowa lubili ich i darowali im ziemię?

PK: Cóż, musi pan pamiętać, że król czy królowa, będąc rządem, nie posiadali ziemi legalnie. Ziemię mogą zająć legalnie tylko osoby bądź spółki, i w związku z tym wszelka "własność publiczna" jest... skutkiem jakiejś formy wywłaszczenia.

A: A więc jeśli dałoby się udowodnić, że część majątku jakiejś organizacji pochodzi z nadania królewskiego, taki majątek byłby nielegalny? Czy dałby Pan radę usprawiedliwić swoje roszczenie na bazie tego, iż ten majątek jest w istocie bezpański, o ile nikt nie mógłby Pana powstrzymać?

PK: Interesujące pytanie... Ale widzi pan, czasami trzeba zaakceptować, że niegodziwości miały miejsce dawno temu, i będzie zbyt zagmatwane naprawienie ich teraz. Czasem trzeba pozwolić, by zaszłości były zaszłościami.

A: A więc rządy powstałe dawno temu mogą posiadać prawa, które musimy respektować, ponieważ byłoby zbyt zagmatwane naprawienie niesprawiedliwości?

PK: Nie. Niesprawiedliwość uczyniona ORP poprzez zmuszenie ich do zaakceptowania wymyślonych przepisów ("regulacji") i do płacenia podatków nigdy nie może być zapomniana. Z każdym dniem rządowej uzurpacji praw, ten dług wobec ORP rośnie. Głos tego długu krzyczy od lat, by zostać uznanym - i zostanie uznany.

A: Nie jestem pewien, dlaczego chcę Pana o to zapytać - właściwie dlaczego wybrał pan pseudonim "Kain"?

PK: Fakt, że musiał pan zadać to pytanie pokazuje, jak zwodnicza jest konwencjonalna charakterystyka postaci Kaina jako bezmyślnego psychopaty. Taki pogląd to karykatura, szerzona przez religijnych intelektualistów, wiernopoddańczych wobec współczesnych rządów demokratycznych. Bardziej przemyślana ocena Kaina prowadzi do wniosku, iż był on, w rzeczy samej, bohaterem.

A: Chciałby Pan wyjaśnić nam to bliżej?

PK: W przypowieści o Kainie i Ablu, Kain jest rolnikiem, a Abel nomadzkim pasterzem. Kain wobec tego reprezentuje cywilizację i postęp gospodarczy, natomiast Abel - bardziej prymitywny i przesądny rodzaj społeczeństwa.

Kain i Abel idą złożyć ofiary Bogu. Wg źródeł pozabiblijnych, Kain wpada na pomysł uczynienia procesu składania ofiary bardziej wydajnym - zamiast składać produktywne płody rolne, pali ciernie i krowie łajno. Powstałe w wyniku palenia płomienie i dym są równie widowiskowe, natomiast Kain zaoszczędza użyteczne zasoby. Każdy na tym zyskuje.

Abel wpada w złość i mówi, że Bogu się to nie spodoba. To oczywiście była zawoalowana groźba pójścia na skargę do ich ojca, Adama (rządu), i wpędzenia Kaina w kłopoty. Gdyby Kain ją zignorował, jego dobra zostałyby wkrótce skonfiskowane na ofiarę przez władzę rządową, t.j. pod przymusem. Kain był zmuszony działać w celu obrony swej własności.

A: Czyli widzi Pan w Kainie pierwszego zdeterminowanego obrońcę własności prywatnej?

PK: Jak również i pierwszego autora koncepcji użyteczności Pareto. Ale jego prawość kosztowała go wiele - miast uznać, że Kain działał sprawiedliwie, jego rodzina wypędziła go, zniszczyła mu reputację, i zmusiła do życia w roli handlarza, przemieszczającego się z miejsca na miejsce.

Być może rozumie pan teraz, dlaczego jestem dumny z pseudonimu "Kain".

___
W części V wywiadu, Pseudonim Kain twierdzi, iż libertarianie, którzy preferują rząd minimalny, tkwią w ułudzie. PK następnie wyjaśnia, jak wrodzone wady rządu zmuszają ludzi honoru do podejmowania czasem trudnych decyzji.

niedziela, 15 stycznia 2012

Wywiad z libertarianinem, cz. 3

Część III - Regulacja

ANDREW: Wyobraźmy sobie, że takie przyszłe libertariańskie społeczeństwo udało się założyć, a bezpieczeństwo i sprawiedliwość są dostarczane przez konkurujące firmy ubezpieczeniowe. Co stanie się, jeśli dwie różne osoby, ubezpieczane przez dwie różne ORP (Organizacje Rządo-Podobne - patrz cz. 1 wywiadu), nie dojdą do zgody co do swoich praw?

PSEUDONIM KAIN: Te dwie osoby znajdą niezależnego arbitra, którego wybiorą jednomyślnie.

A: Załóżmy, że jedna ze stron jest silniejsza, więc prawdopodobnie przetrzyma konflikt z drugą stroną. Czy wówczas ta silniejsza strona nie preferowałaby zrezygnować z wszelkiego arbitrażu, i podczas zaistniałego poślizgu, wymusić na drugiej stronie uległość?

PK: Nie.

A: Załóżmy, że ktoś Pana denerwuje, i Pan płaci ORP pewną kwotę pieniędzy, wynoszącą znacznie więcej, niż obecna wartość przyszłych kwot ubezpieczenia tej drugiej osoby. Czy ORP wówczas zabije tę osobę dla Pana?

PK: Nie.

A: Załóżmy, że jedna ochroniarska ORP jest znacznie silniejsza, niż konkurencyjne ORP, i zamierza rozszerzyć swój udział w rynku. Czy postara się strategicznie wyeliminować fizycznie klientów słabszych ORP w celu zareklamowania swojej przewagi w branży ochrony?

PK: Nie.

A: Te scenariusze wydają mi się całkiem prawdopodobne. Dlaczego Pan jest taki pewien, że nie sprawdzą się?

PK: Ochroniarskie ORP rozumieją, że tego typu agresywne zachowanie jest irracjonalne ekonomicznie. W istocie, ubezpieczyciele nie zaangażują się w żadną formę zewnętrznej agresji ponieważ każda agresja jest kosztowna... powoduje utratę klientów na rzecz innych, nieagresywnych konkurentów. Ubezpieczyciele będą angażować się wyłącznie w przemoc defensywną...

A: Załóżmy, że prezes ochroniarskiej ORP inaczej pojmuje swój własny interes, niż Pan, i zaczyna zabijać ludzi. Co się wówczas stanie?

PK: Ochroniarska ORP, która zaczęła zabijać ludzi, stałaby się zagrożeniem dla stabilnego porządku nie tylko dla ubezpieczyciela pomordowanych, ale również dla innych ORP. Wówczas ORP połączyłyby siły w celu ochrony słabszych ORP przed agresją.

A: Jaką możemy mieć pewność, że ma Pan rację? A co jeśli ORP ochrony nie zechcą współpracować tak, jak Pan to opisał?

PK: Nie ma żadnej przeszkody, która uniemożliwiałaby współpracę ORP w celu przywrócenia stabilności. Już dziś wszystkie firmy ubezpieczeniowe są połączone siecią kontraktów i umów... jak również istnieje system agencji ubezpieczeń wtórnych, w połączeniu dysponujący siłą ekonomiczną przewyższającą większość dzisiejszych rządów. Pod presją rozwiązania kwestii konfliktu międzygrupowego, konkurencja prowadziłaby do rozwoju i dopracowania kodeksu praw, promujących najszerszy konsensus i zgodę...

A: Czyli firmy ubezpieczeniowe, jako całość, będą stanowić formę globalnej, nieprzymusowej, nierządowej Organizacji Rządo-Podobnej, stworzonej w dobrowolny i szanujący prawa sposób.

PK: W rzeczy samej.

A: Mimo, iż jest to bardzo trudne, to zwykli ludzie w Ameryce są w stanie wpłynąć na decyzje swego rządu. Rozumiem, że z globalną ORP będzie inaczej w sensie, iż zwykli ludzie nie będą mieli żadnego głosu w tym, co się dzieje - ale w jaki inny sposób globalna ORP nie będzie rządem?

PK: Po pierwsze, myli się pan - nie tylko konsumenci będą mieli decydujący głos w globalnej ORP, ale będą suwerenni. Będą w pełni kontrolować ORP poprzez ich decyzje dotyczące kupna ubezpieczenia.
W każdym razie, w odpowiedzi na pana pytanie, rząd jest organizacją dysponującą przymusowym terytorialnym monopolem na ochronę i opodatkowanie. Globalna ORP będzie zupełnie inna.

A: Globalna ORP będzie chronić ludzi poprzez ochroniarskie ORP, które wchodzą w jej skład. Te organizacje będą otrzymywać płatności od ludzi, którzy pożądają ochrony: nieprzymusowe Płatności Podatko-Podobne. Pomijając pełną dobrowolność tego rozwiązania, jaka jest właściwie różnica?

PK: Fakt, że wszystko będzie dobrowolne, jest oczywiście bardzo istotną różnicą. Ale będzie jeszcze jedna różnica.
Rządy nie tylko monopolizują usługi ochrony, ale również monopolizują kontrolę nad terytorium. W społeczeństwie libertariańskim, ORP ochrony będą ochraniać ludzi, ale nie będą dysponować ostateczną władzą nad konkretnym obszarem.

A: Ah, rozumiem, prywatni właściciele będą rządzić na takim obszarze.

PK: Niedokładnie. W większości wypadków, posesje będą stanowiły część "społeczności właścicielskich", tak jak dzisiejsze zamknięte osiedla mieszkaniowe... posiadane przez pojedynczy podmiot, czy to osobę, czy też prywatną spółkę... Właściciel jest wówczas przedsiębiorcą działającym dla zysku w prowadzeniu i zarządzaniu osiedlem... Mieszkańcy nie mieliby pełnych tytułów własności do swoich posesji, ponieważ właściciel osiedla zachowuje prawo wdrażania reguł - t.j. zasad wyznaczających, kto może mieszkać na terenie, a kto nie, i na jakich warunkach.

A: Ponieważ te spółki nieruchomościowe mają władzę nad konkretnymi obszarami, czy możemy je nazywać terytorialnymi ORP?

PK: Możemy je nazywać, jak chcemy, o ile stosujemy precyzyjne nazewnictwo.

A: Czyli jak rozumiem, idea jest taka, iż mimo wdrażania kilku prostych reguł obowiązujących wszystkich przez globalną ORP i ORP ochrony, będzie dużo miejsca dla każdego terytorialnego ORP by tworzyć własną indywidualną kulturę.

PK: Nareszcie pan zaczyna rozumieć. Katolicy będą mogli żyć wg swoich reguł, muzułmanie wg zasad islamu, a niewierzący wg ideałów świeckich.

A: Czyli te lokalne społeczności będą się coraz bardziej izolować od siebie... To może być w porządku dla niektórych, ale biorąc pod uwagę fakt, że dr Hoppe jest ekonomistą, czy nie martwi się, że świat przekształci się w małe, odizolowane części?

PK: To się nie stanie - tylko dlatego, że ktoś nie ma zamiaru mieszkać w otoczeniu murzynów, Turków, katolików czy hindusów, itp., nie oznacza, że nie chce z nimi handlować na odległość.

A: Yy... czy wielu ludzi nie będzie chciało żyć z murzynami czy katolikami?

PK: Każda terytorialna ORP będzie miała swoje wymagania wejściowe (na przykład: zakaz wstępu dla żebraków, włóczęgów czy bezdomnych, ale też homoseksualistów, narkomanów, żydów, muzułmanów, Niemców czy Zulusów) i ci, którzy nie mieszczą się w wymaganiach, zostaną wyrzuceni jako intruzi.

A: Jeśli dopuszcza się zamieszkanie tylko na niektórych obszarach w zależności od rasy, zachowania czy religii, to zabrzmi to dla niektórych jak mniej wolności.

PK: Takie osoby widocznie nie są w stanie uszanować decyzji wolnych ludzi, które dotyczą ich samych. Może woleliby mieszkać w dzisiejszych USA, gdzie dyskryminacja jest zakazana... nauczycielom nie wolno pozbyć się niezdyscyplinowanych uczniów, pracodawcy są skazani na niekompetentnych pracowników... bankom i firmom ubezpieczeniowym nie pozwala się unikać nadmiernego ryzyka... a prywatne kluby i zrzeszenia są zmuszane przyjmować każdego... w niezgodzie z własnymi zasadami i regułami.

A: Można przyjąć, że niektórym ludziom nie będzie przeszkadzało żyć wśród przedstawicieli innych ras.

PK: Oczywiście. Każda terytorialna ORP będzie mogła dowolnie dyskryminować na dowolnych zasadach. Ale bądźmy realistami. Bez względu na różnorodność decyzji dyskryminacyjnych, stosowanych przez różnych właścicieli posesji... żadna taka społeczność nie będzie mogła być tak "tolerancyjna" i "niedyskryminacyjna" jak lewicowi-libertarianie pragną co do każdego miejsca na Ziemi.

A: Kogo Pan ma na myśli, mówiąc "lewicowi-libertarianie"?

PK: Murray Rothbard nazywa ich "modalnymi libertarianami" (ML). Jak napisał, "ML jest młodocianym buntownikiem przeciwko każdemu z otoczenia", który nienawidzi rządu tylko dlatego, że to kolejna rzecz, przeciwko której można się buntować. ML uważają, że wulgarność, używanie narkotyków... homoseksualizm... pedofilia... i każda inna wyobrażalna perwersja czy nienormalność... są w jak najlepszym porządku i całkowicie naturalnymi stylami życia. Czego ci kontrkulturowi libertarianie nie rozumieją... to to, że przywrócenie prawa własności prywatnej i wolnorynkowej gospodarki oznacza ostre i drastyczne wzmożenie społecznej "dyskryminacji" i szybko wyeliminuje większość, jeśli nie wszystkie... eksperymenty w stylach życia, tak umiłowanych przez lewicowych-libertarian.

Lewicowi-libertarianie i wielo- lub kontrkulturowi eksperymentatorzy "stylów życia", nawet jeśli nie dopuścili się żadnej zbrodni, zaczną znów płacić cenę za swoje zachowanie. Jeśli nadal będą kontynuować swój styl życia publicznie, zostaną wykluczeni z cywilizowanego społeczeństwa, i fizycznie odseparowani - w gettach lub na marginesie społecznym, i wiele stanowisk i profesji będzie dla nich nieosiągalnych.


A: Widzę, że Pana to ekscytuje... Ale być może to płonna nadzieja. W końcu sam Pan powiedział, że każda terytorialna ORP będzie miała dowolność kształtowania swojej kultury. A co jeśli niektóre z nich będą np. nagradzać ludzi za palenie zioła?

PK: Każda terytorialna ORP ma dowolność kształtowania swojej kultury, ale jest ostatecznie poddana ograniczeniom wynikającym z nieustępliwych praw ekonomicznych. Po pierwsze, właściciel i najwięksi inwestorzy terytorialnej ORP, w celu zachowania i możliwego zwiększenia wartości nieruchomości i swych inwestycji będą bardzo ostrożni, jeśli chodzi o to, kogo wpuszczają na swój teren, i ci liderzy ustalą jasne reguły i standardy, jakie zachowanie jest dopuszczalne z uwagi na danych mieszkańców.
Po drugie, ORP ochrony również będą miały coś do powiedzenia na temat tego, kto może imigrować na obszar danej ORP, i nawet bardziej, niż ich klienci, ubezpieczyciele będą mieli interes w tym... by wykluczać tych, których obecność zwiększa ryzyko i obniża wartość nieruchomości. Oznacza to, że zamiast eliminować dyskryminację, ubezpieczyciele zracjonalizują i udoskonalą jej stosowanie.

A: Czyli ORP ochrony będą regulować terytorialne ORP... Popatrzmy, czy dobrze zrozumiałem. Załóżmy, że ORP ochrony decydują, opierając się na przeprowadzonych przez siebie badaniach, że oglądanie telewizji lasuje ludziom mózgi. Czy myśli Pan, że może zarządzaliby wówczas, by każda rodzina oglądała telewizję określoną liczbę godzin dziennie?

PK: Nie, pan nie zrozumiał. Jeśli jedna ORP ochrony starałaby się to zrobić, straciłaby klientów na rzecz konkurentów, którzy nie nakazywaliby ludziom oglądać TV.

A: Załóżmy, że ORP ochrony decydują, opierając się na swoich badaniach, że dzieci uczone w domu z większym prawdopodobieństwem będą przeciwne społeczeństwu libertariańskiemu. Czy wówczas odmówiliby ubezpieczyć terytorialną ORP, gdzie dzieci uczy w domu?

PK: I znowuż, ma pan problem dostrzec siłę konkurencji rynkowej. ORP ochrony zdecydują się na współpracę tylko wówczas, gdy prowadzi to do pozytywnych skutków. Na przykład... ubezpieczyciele będą... szczególnie zainteresowani pozyskiwaniem informacji o potencjalnych... zbrodniach i agresorach... Będąc wciąż pod presją konkurencji, wypracują i dopracują skomplikowany system demograficznych i socjologicznych wskaźników przestępczości. Wówczas, każde osiedle będzie opisane, a jego ryzyko oszacowane, w kategoriach różnorodnych wskaźników przestępczości, takich jak... płcie mieszkańców, przedziały wiekowe, rasy, narodowości, grupy etniczne, wyznaniowe, językowe, zawodowe, i dochodowe.

A: Czy uważa Pan, że ORP ochrony mogą zaproponować osobom, uważanym za potencjalnych przestępców, możliwość noszenia urządzenia lokalizującego - jako warunek udzielenia im polisy ubezpieczeniowej?

PK: O proszę, wychodzi pan wreszcie z praktycznymi pomysłami. Na szczęście firmy ubezpieczeniowe są doskonałe w nieschematycznym myśleniu - już dawno o tym pomyślały.

A: Popatrzmy - czyli ORP ochrony ustalą precyzyjne bodźce finansowe, by segregować osiedla mieszkaniowe na bazie rasy, itp., posługując się szczegółowymi modelami matematycznymi. Wielu ludzi zostanie efektywnie zmuszonych, z poszanowaniem ich praw rzecz jasna, do bycia pod obserwacją 24 godziny na dobę. Zastanawiam się - jakiego rodzaju społeczeństwo to stworzy?

PK: Myślę, że większość ludzi zgodzi się co do tego, iż w takich warunkach wszelka... regionalna, rasowa, narodowa... wyznaniowa i językowa redystrybucja bogactwa zniknie, a więc również ciągłe źródło konfliktów społecznych zostanie wyeliminowane na zawsze.

A: Wiem, że uważa Pan to za mało prawdopodobne, ale załóżmy, że ludzie żyjący w wolnym społeczeństwie przyszłości zdecydują, że nie podoba im się ono, i zechcą powrócić do życia w demokracji. Czy mogliby to zrobić?

PK: To nie będzie możliwe.

A: To znaczy, jest Pan pewien że nikt nie będzie chciał powrócić do demokracji?

PK: Nie, mam na myśli to, że nie będzie im wolno rozważyć takiej możliwości. Zgodnie z umową, zawartą między właścicielem a mieszkańcami na potrzeby ochrony ich własności prywatnej, nie będzie istniało prawo do nieskończonej wolności słowa, nawet na posesji pojedynczej osoby. Osoba może oczywiście wygadywać najróżniejsze rzeczy i promować każdą ideę pod słońcem, ale rzecz jasna nikomu nie wolno propagować idei sprzecznych z celami umowy zawartej w celu ochrony własności prywatnej - a więc demokracji czy komunizmu. Nie ma miejsca na tolerancję wobec demokratów i komunistów w libertariańskim społeczeństwie. Zostaną fizycznie oddzieleni i usunięci ze społeczności.

A: Ale ci wszyscy banici, wykluczeni z libertariańskiego społeczeństwa - jaką ma Pan pewność, że nie zbuntują się przeciwko tej cywilizacji, którą stworzyliście?

PK: Panu chodzi o to, że wygnańcy będą nadal pielęgnować idee demokratyczne, i knuć plany odebrania praw ludziom zamożnym? Proszę pamiętać, że w społeczeństwie przyszłości, wiele prac będzie wykonywanych przez roboty. Jak pisze libertarianin pacyfista Bryan Caplan, "ludzie zamożni rzadko pozwalają na "transformację socjalistyczną" leżąc... [Gdybyś był osobą zamożną w tym przypadku], zechciałbyś przeprogramować roboty na wypadek wojny domowej... To prawda, że wszyscy żołnierze przyszłości mogą być robotami... Ale... to, że roboty robią całą mokrą robotę, nie znaczy że nie zginie pewien odsetek ludzi."

W części 4 wywiadu, Pseudonim Kain wytłumaczy dlaczego uważne studium historii ukazuje, iż wszelkie "prawa rządu" są bezprawne, i że wszelkie prawa współczesnych korporacji i prywatnych właścicieli tytułów własności są legalne.

środa, 11 stycznia 2012

Wywiad z libertarianinem, cz. 2

Część II - Strategia

ANDREW: Czy inni libertarianie zgadzają się z Pańską ideą libertariańskiego społeczeństwa?

PSEUDONIM KAIN: Cóż, istnieją wśród nas różnice. Na przykład, Instytut Katona (Cato Institute) kompromitowany jest obecnością wielu lewoskrętnych libertarian, takich jak David Boaz. Instytut ma wpływ, i niektórzy prominentni libertarianie uważają, że ultraminimalny rząd byłby lepszy, niż całkowity brak rządu. Oczywiście - mylą się. Jeszcze nie zdali sobie sprawy, iż każdy rząd niszczy to, co pragną uchronić.

A: Wygląda na to, że Pan oraz dr Hoppe i Murray Rothbard jesteście bardzo krytyczni wobec tamtych libertarian. Ale kiedy przejrzałem witrynę Instytutu Katona, dostrzegłem, iż pomimo wyrażanych niekiedy sporów, wyjątkowo poważają Rothbarda, jak i Hoppego. Jak Pan sądzi, dlaczego?

PK: Trzy powody. Pierwszy - pro-rządowi libertarianie prawdopodobnie zdali sobie sprawę, jak trudno jest odeprzeć argumenty Rothbarda i Hoppego, tak też wolą zamiast tego przyswajać ich idee. Po drugie - wielu zgadza się z Tiborem Machanem, który stwierdził, iż niewielkie różnice w tej kwestii nie powinny "odciągać libertarian od znacznie ważniejszego zadania postawienia argumentu za libertarianizmem w obliczu niezliczonych wyzwań ze strony państwa." Po trzecie, natomiast, należy poznać efekt ludzkiej tarczy.

A: Co takiego?

PK: Libertarianin Bryan Caplan uważa, iż "przewagą komparatywną hardcorowych libertarian jest granie roli psa wartowniczego dla tych bardziej umiarkowanych wolnościowców - i sprawianie, iż wydają się bardziej rozsądni w stosunku do tych pierwszych." Widzi Pan - w wielu aspektach inni libertarianie skrycie zgadzają się z nami, ale obawiają się przyznać się otwarcie. Zamiast tego, preferują, byśmy to my ściągali ogień krytyki za naszą bezkompromisową postawę, i czekają, aż dotychczas "radykalne" idee zostaną przekute w powszechnie uznawane.

A: Więc możecie liczyć przynajmniej na pewne poparcie ze strony tych innych libertarian. Ale by wasza rewolucja się udała, musicie przekonać grono pozostałych ludzi. Zamierzacie postarać się o poparcie większości amerykańskiego elektoratu dla przyszłego libertariańskiego społeczeństwa?

PK: To nie zadziała - przekonać większość populacji, by zagłosowała za zniesieniem demokracji i zakończeniem wszelkiego opodatkowania i legislacji? [...] Czy to nie zwykła mrzonka, z uwagi na fakt, iż masy są zawsze tępe i niemrawe, jak również z powodu tego, że demokracja... promuje moralne i intelektualne zepsucie? Jak ktokolwiek na świecie może przypuszczać, że większość z tej zdegenerowanej masy ludzkiej, przyzwyczajona do "prawa" głosu, dobrowolnie zrzeknie się go?

A: Jeśli nie jest dobrym pomysłem próba przekonania Amerykanów, by zrzekli się prawa głosu, to jakie podejście jest właściwe?

PK: Musi się to rozpocząć od nielicznej elity. Jak napisał Étienne La Boétie, są nią "ludzie, w posiadaniu jasności umysłu i dalekowidzącego ducha, w odróżnieniu od ogłupiałego motłochu, nieusatysfakcjonowani jeno widokiem otoczenia ich stóp, ale patrzący również wokół..." Tacy ludzie zaczną odłączać się (secesjonować) od Stanów Zjednoczonych.

A: To znaczy?

PK: To znaczy, że dana osoba uważa rząd centralny jako nielegalny, i... traktuje go i jego funkcjonariuszy jako organizację przestępczą i "obce" siły okupacyjne.

A: I wtedy nie płacicie podatków?

PK: Osoba stara się uchronić jak najwięcej swojej własności, i oddać jak najmniej w podatkach, jak to możliwe. Uznaje cały kodeks federalny, przepisy i regulacje za bezprawne i ignoruje je kiedy to możliwe. Należy być przygotowanym, kiedy rząd wykona swój ruch, i inwestować w takie środki, formy i miejsca, które uniemożliwiają rządowi położenie łapy na majątku danej osoby.

A: Czy to dlatego używa Pan pseudonimu?

PK: Trochę to trwało, ale wreszcie Pan zajarzył.

A: W jaki sposób secesja grupy osób doprowadzi do rewolucji antypaństwowej?

PK: Nie doprowadzi. Jest bardzo ważne uzupełnić środki defensywne strategią ofensywną: inwestować w ideologiczną kampanię delegitymizacji idei i instytucji demokratycznego rządu pośród opinii publicznej.

A: Czy nie wspominał Pan wcześniej, że przekonanie opinii publicznej będzie trudne?

PK: W przypadku strategii secesji, nie potrzeba większości. I to się dobrze składa, bowiem masy ludzkie... zawsze i wszędzie składają się z "prymitywów", "troglodytów" i "głupców", z łatwością manipulowanych i zmienianych w posłuszne baranki. Mimo to, nie może zaistnieć rewolucja bez przynajmniej częściowo masowego udziału... elita nie osiągnie swego celu przywrócenia praw własności prywatnej, zasad i porządku, zanim nie powiedzie jej się zakomunikowanie swych idei opinii publicznej, otwarcie - jeśli to możliwe, lub skrycie - jeśli trzeba...

A: Nawet jeśli zrobi się to skrycie, przekonanie mas, iż są gorsze, wydaje się ciężkie.

PK: To prawda, ale nie ma potrzeby przekonywania Józka Hydraulika, że jest głupolem. Należy mu uświadomić, iż jest zapracowaną, produktywną osobą, natomiast motłochem są ludzie, którzy odbierają Józkowi władzę nad jego własnym życiem.

A: Rozumiem.

PK: Ale ma Pan rację. Przekonanie mas do zaakceptowania wyższości naturalnej elity nie jest głównym zadaniem naszej strategii komunikowania idei. Centralnym zadaniem tych, którzy chcą powstrzymać potop... jest "delegitymizacja" idei demokracji... Nie wystarczy skupić się na konkretnych rozwiązaniach politycznych czy osobistościach... Każdy krytyk i krytyka zasługująca na wsparcie musi w dalszej kolejności wytłumaczyć każdą porażkę rządu jako podstawową wadę samej idei rządu jako takiego (i w szczególności rządu demokratycznego).

A: Teraz jak pomyślę, już słyszałem parę osób mówiących w ten sposób.

PK: Przed nami jeszcze długa droga. Zbyt dużo jest jeszcze ludzi idących na zbyt dalekie kompromisy z ideą demokracji. W istocie, nie ma przyzwolenia na choćby najmniejsze ustępstwa w swym zaangażowaniu na rzecz bezkompromisowego ideologicznego radykalizmu... Nie tylko byłoby kontrproduktywne, ale co ważniejsze - tylko radykalne - zaiste, radykalnie proste - idee mogą pobudzić emocje tępych i ociężałych mas. I nie ma niczego bardziej efektywnego w przekonaniu mas do zaprzestania współpracy z rządem, niż ciągłe i nieustanne obnażanie, odbrązawianie i wyśmiewanie rządu i jego funkcjonariuszy.

A: Wielu Amerykanów uważa, że to demokracja stworzyła dobrobyt kraju.

PK: Czy to nie najlepszy dowód na ograniczone horyzonty mentalne tzw. "przeciętnego obywatela"? Hans-Hermann Hoppe udowodnił, że jest zupełnie przeciwnie, ale nadal zbyt wiele osób uważa, że upadek Związku Radzieckiego miał jakiś związek z brakiem demokracji! Jeśli chodzi o gospodarczy wymiar demokracji, należy nieustannie podkreślać, że to nie demokracja - ale prywatna własność, prywatna produkcja i dobrowolna wymiana są wyłącznymi źródłami ludzkiej cywilizacji i dobrobytu.

A: Popatrzmy, czy dobrze zrozumiałem. W tym momencie, mamy niewielką elitę oddaną rewolucji. W tym samym czasie, wielu zwykłych ludzi traci wiarę, że demokracja to dobry system. Czy zamierzacie przeprowadzić to wszędzie, czy tylko w kilku kluczowych miejscach?

PK: Nie ma znaczenia, czy mieszkańcy w danym mieście uważają to, co robimy, za złe i niebezpieczne. Tak długo, jak nasi przeciwnicy kręcą się tylko w swoim kręgu i przekonują przekonanych, nie zatrzymają naszych starań w celu stworzenia secesjonistycznie nastawionych większości... w setkach miejsc w całym kraju.

A: Czy nie martwi Pana choć trochę reakcja rządu, którą może wywołać taka liczba ludzi nie podporządkowujących się prawu?

PK: Ma Pan na myśli to, że z uwagi na fakt, iż Rząd USA jest zaangażowany w setki zagranicznych konfliktów i stał się światowym imperialistycznym mocarstwem? To, że każdy prezydent (od 1900 r.) jest również odpowiedzialny za wymordowanie, zabicie lub zagłodzenie niezliczonej liczby niewinnych ludzi na całym świecie? Oczywiście, że mnie martwi. Prezydent USA w szczególności jest największym zbrojnym niebezpieczeństwem świata, zdolnym zniszczyć wszystko i wszystkich, którzy się mu sprzeciwiają, ze zniszczeniem całego globu włącznie.

A: Wobec tego, co zamierzacie zrobić?

PK: Zamierzamy doprowadzić do tego, iż USA zostaną naznaczone wielką, i rosnącą, liczbą niezależnych terytorialnie wolnych miast - mnóstwem Hong Kongów, Singapurów, Monaco i Liechtensteinów rozsianych po całym kontynencie. To podejście daje dwie korzyści. Pierwsza, "strategia po kawałku" sprawi, iż secesja nie wyda się taka groźna. Druga, im bardziej proces secesji przybiera na sile, tym bardziej potęga rządu ulega erozji.

A: Ale nadal występowałoby ryzyko konfliktów między tymi libertariańskimi mini-państwami i wciąż istniejącymi demokracjami.

PK: Jeśli wystąpi konflikt, to tylko dlatego, że demokratyczne państwo nie uszanowało praw wolnych państw-miast. Ale zapomina Pan, że te mini-państwa nie będą bezbronne w takim konflikcie.

A: A cóż uczynią?

PK: Ponieważ będą to raje wolnego handlu bez żadnych podatków, wielka liczba inwestorów i wielkie ilości kapitału natychmiast zaczną doń spływać. Wówczas stanie się możliwym wynająć duże ponadnarodowe firmy ubezpieczeniowe w celu rozwoju sił militarnych zdolnych obronić wolne mini-państwa przed agresją rządów. Proszę pamiętać, że w przeciwieństwie do sił wojskowych w demokracjach, te oddziały będą dostarczone przez prywatne firmy, znacznie bardziej wydajne. Jeśli zaistnieje konflikt, ubezpieczyciele będą gotowi wziąć na cel agresora (państwo) w odwecie. To oznacza, że ubezpieczyciele będą gotowi kontratakować i zabijać, czy to za pośrednictwem precyzyjnych broni długiego zasięgu, czy z pomocą komandosów-zabójców - funkcjonariuszy państwa z najwyższych pozycji rządowej hierarchii, poczynając od prezydenta... w dół... Wywołaliby tym samym wewnętrzny publiczny opór przeciwko rządowi, wzmagając jego delegitymizację, i możliwe wyzwolenie i transformację terytorium państwa w wolny kraj.

A: Czy to się w tym momencie zatrzyma? Czy pozbylibyście się również tych małych państw-miast?

PK: We właściwym momencie, wszystkie istniejące rządy zostałyby rozwiązane. Ochrona przed przemocą zostałaby wyłącznie dostarczana przez firmy. Widzę to tak, że własność publiczna byłaby rozdysponowana pomiędzy podatników, z ilością udziałów opartą na stopniu, w jakim dana osoba lub firma, do tej pory, płaciła w podatkach. Ponieważ pracownicy publiczni oraz otrzymujący zasiłki, są beneficjentami podatków - nie otrzymaliby niczego.

A: Czy chciałby Pan coś jeszcze dodać, zanim zakończę tę część wywiadu?

PK: Pozwolę sobie zacytować z "Demokracji - boga który zawiódł". Tylko w momencie, gdy wykonamy tę część zadania, gdy zwrócimy całą własność publiczną w ręce prywatne i przyjmiemy nową "konstytucję", która uznaje wszelkie podatki i ustawodawstwo za nielegalne, i gdy wreszcie pozwolimy firmom ubezpieczeniowym wykonywać to, do czego są powołane, możemy ponownie poczuć się dumnymi i uznać Amerykę za właściwy przykład dla całego świata.

W części 3 wywiadu, Pseudonim Kain pokaże, że nie boi się wyjaśnień, w jaki sposób libertariańskie społeczeństwo będzie działać w szczegółach.

czwartek, 29 grudnia 2011

Wywiad z libertarianinem cz. 1

Część I - Wizja libertariańskiego społeczeństwa

Wywiad przeprowadzony przez Andrew Dittmera, dr nauk matematycznych Harvardu, z ekonomistą libertariańskim, który woli pozostać anonimowy.

ANDREW: Niektórzy uważają, że reprezentuje Pan skrajne poglądy, więc rozmowa z Panem jest stratą czasu.

PSEUDONIM KAIN: Jeśli ludzie z obsesją "ludowej mądrości" głównego nurtu nie doceniają libertarian, tym lepiej.

A: Czy może Pan podać dowód na to, że Wasze idee są brane poważnie?

PK: Na przykład, zwykło się myśleć, że kryzys finansowy został wywołany przez aspołeczne zachowanie w sektorze finansów. We wrześniu 2007, Tom DiLorenzo zwrócił uwagę na witrynie Lew Rockwella, że kryzys tak naprawdę był rezultatem polityki rządu, zmuszającego banki do udzielania ryzykownych pożyczek kredytobiorcom o niskich dochodach. Mimo, iż początkowo zignorowana, teza DiLorenzo jest obecnie szeroko akceptowana wśród poważnych komentatorów.

A: Czy jest to Pana jedyny przekonujący przykład?

PK: Bynajmniej. Zauważył Pan jak przez ostatni rok wszyscy zaczęli mówić o tym, że groźba nowych podatków i przepisów sprawia, iż przedsiębiorcy czują się niepewnie? A kiedy przedsiębiorcy czują się niepewnie, gospodarka nie podnosi się? Cóż, fakt, że obawy przed podatkami i regulacjami powodują niepewność i uszkadzają gospodarkę, jest kluczowym elementem teorii Szkoły Austriackiej w ekonomii, który głosimy od dziesięcioleci.

A: Chwileczkę, zdawało mi się, że to ponoć Obama powoduje niepewność.

PK: Obama powoduje niepewność teraz. Przed Obamą, powodował ją George W. Bush. W ogólności, to demokratyczny rząd powoduje niepewności. Hans-Hermann Hoppe wytłumaczył to jasno w swojej książce z 2001 r. "Demokracja: bóg który zawiódł".

A: Czy są jakieś elementy, które poznał Pan w pracach Hoppego, których nie było w pismach innych libertarian?

PK: Ludwig von Mises i Murray Rothbard byli wielkimi ludźmi, ale żyli w czasach, kiedy sympatycy wolności musieli uważać na to, co mówili. W rezultacie, libertarianie często nie są w stanie opisać swego idealnego społeczeństwa w szczegółach. Natomiast, jak trafnie zauważył Patri Friedman (Cato Institute), wyjątek stanowi Hans-Hermann Hoppe. Jest gotów głosić prawdę, bez względu na to, ile uczuć "politycznie poprawnych" osób zrani, a przy tym jest tak logiczny i elokwentny, że regularnie go cytuję z jego klasycznego dzieła o porażkach demokracji. Niech pan oznaczy te cytaty - żeby nikt nie pomyślał, że moje przemyślenia zrównuję z jego własnymi.

A: Proszę nam powiedzieć więc o społeczeństwie libertariańskim, które pragnie Pan ziścić.

PK: Będzie to wolne społeczeństwo - bez rządu i bez przymusu. Prawa ludzi będą respektowane. Każdy będzie mógł robić co zechce, o ile nie będzie łamał praw innych... Dlaczego pan na mnie tak dziwnie patrzy?

A: Miałem nadzieję na mniej sloganów, a więcej konkretów.

PK: Co ma pan na myśli?

A: W naszym społeczeństwie, rząd jest jedyną organizacją, której wolno zabijać ludzi. W społeczeństwie libertariańskim które organizacje będą zabijały ludzi?

PK: Nie będzie rządu, który może używać siły przeciwko ludziom i zabijać ich.

A: Niektórzy ludzie będą bardzo bogaci, prawda?

PK: Oczywiście. Niektórzy ludzie zawsze będą silniejsi i mądrzejsi od innych.

A: Czy bogaci nadal będą obawiać się ludzi mogących ich okraść?

PK: Zapewne - każda własność... jest z definicji cenna; wobec tego, każdy właściciel staje się potencjalnym celem agresywnych żądań innych osób.

A: No więc kto będzie chronił właścicieli i ich własność?

PK: Firmy ubezpieczeniowe na konkurencyjnym rynku.

A: Czyli w pańskim społeczeństwie, firmy ubezpieczeniowe będą czymś w stylu rządów. Czy możemy nazwać je wobec tego ORP (Organizacjami Rządo-Podobnymi)?

PK: Jasne, pod warunkiem, że podkreślimy, iż firmy ubezpieczeniowe, jako ORP ochrony, będą bardzo się różnić od dzisiejszych, stosujących przemoc, państwowych rządów.

A: Czy ORP ochrony będą się różnić od rządów dlatego, że będą małymi firmami rodzinnymi?

PK: Nie. Jednym z powodów, dla którego firmy ubezpieczeniowe będą dobre w roli ORP ochrony, jest to, iż są duże i posiadają zasoby... wystarczające do spełniania zadań radzenia sobie z niebezpieczeństwami... realnego świata. W istocie, ubezpieczyciele operują na narodowym a nawet ponadnarodowym poziomie, i posiadają znaczne aktywa rozsiane na znacznych obszarach.

A: Czy ORP ochrony będą tym różnić się od rządów, że nie używałyby siły przeciwko przestępcom?

PK: Pan raczy żartować? ... przy wzajemnej współpracy, ubezpieczyciele będą starali się eksmitować jawnych przestępców nie tylko z najbliższego otoczenia, ale z cywilizacji jako takiej, na obszary niezamieszkałe, połacie dżungli amazońskiej, Sahary lub regiony arktyczne.

A: Czyli ORP ochrony będą mogły zabijać ludzi, jeśli byliby jawnymi przestępcami.

PK: ORP ochrony nie będą zabijać ludzi, tylko będą ich wydalać na Saharę czy tereny arktyczne. Co się z nimi tam stanie, to już zależy od nich samych.

A: Czy możemy powiedzieć, że ORP ochrony "efektywnie" ich zabiją?

PK: Nie podoba mi się ten dobór słownictwa. Pan to sformułował tak, jakby ORP ochrony miały dokonywać agresji wobec przestępców. Jest odwrotnie - to przestępca dokonuje agresji, a ORP ochrony ochraniają obywateli. Nie łamią niczyich praw.

A: Może więc wolałby Pan takie sformułowanie: ORP ochrony będą 'efektywnie' zabijać ludzi bez naruszania ich praw.

PK: Tak, o wiele lepiej.

A: Czy każdy będzie w stanie się ubezpieczyć w ORP ochrony?

PK: Oczywiście - w gospodarce rynkowej niedobory są niemożliwe. Każdy jest w stanie kupić wszystko, płacąc cenę rynkową.

A: A co jeśli cena rynkowa ubezpieczenia dla niektórych ludzi wynosi więcej, niż ich stać?

PK: Bez obaw, konkurencja między ubezpieczycielami by zdobyć klientów będzie sprowadzać ceny w dół...

A: W przyszłości każdy będzie płacił za ochronę mniej, niż obecnie płaci w podatkach?

PK: Pewne zniekształcenia wywołane przez rząd będą wyeliminowane. Rząd ściąga więcej podatków na obszarach o niskiej przestępczości i wyższej wartości posesji, niż na obszarach o wysokiej przestępczości i niskiej wartości posesji. ORP ochrony postępowałyby całkowicie odwrotnie.

A: Czyli w niebezpiecznej okolicy, większość ludzi nie byłoby stać na ubezpieczenie.

PK: Możliwe.

A: Przypuśćmy, że są tacy ludzie nie objęci żadnym ubezpieczeniem ochrony - czy będzie efektywnie legalne zabicie ich?

PK: Z pewnością staliby się ekonomicznie wyizolowanymi, słabymi i podatnymi na zagrożenie wygnańcami.

A: Czyli ludzie byliby efektywnie zmuszeni do kupienia ubezpieczenia ochrony?

PK: Być może pan jeszcze nie zdał sobie sprawy z tego, że to jest wolne społeczeństwo. Relacja między ubezpieczycielem a ubezpieczanym jest dobrowolna. Obie strony mogą współpracować, bądź nie. Nikt nie zmusza ludzi, by kupili ubezpieczenie, ani nikt nie zmusza ubezpieczycieli, by świadczyli ochronę po cenie niższej, niż uważają za słuszną.

A: Jakie jeszcze argumenty może Pan podać na rzecz tego systemu?

PK: Choćby to, iż każda posesja... może być ukształtowana i przebudowana przez swego właściciela w taki sposób, który zwiększy jej bezpieczeństwo i zmniejszy prawdopodobieństwo agresji. Mogę wejść w posiadanie broni, lub sejfu, na ten przykład, albo mogę zestrzelić atakujący samolot z działka w ogrodzie, lub zainstalować laser który zlikwiduje napastnika oddalonego o tysiące kilometrów. W wolnym społeczeństwie ORP ochrony będą zachęcały swoich klientów do posiadania broni poprzez rabaty , ponieważ im lepsza prywatna ochrona klientów, tym niższe koszty ubezpieczenia i odszkodowania musi ponieść ubezpieczyciel.

A: Żebym dobrze zrozumiał. W biednych dzielnicach większość mieszkańców nie będzie ubezpieczonych, i będzie legalne zabicie ich. Ubezpieczeni będą zachęcani przez ORP ochrony do noszenia najbardziej zaawansowanych technologicznie broni, jakie są dostępne. Brzmi to bardzo dramatycznie dla biednych okolic.

PK: Wręcz przeciwnie - w "złych" dzielnicach interesy ubezpieczyciela i ubezpieczanych zbiegałyby się. Ubezpieczyciele nie minimalizowaliby chęci eksmitowania przestępców, obecnych wśród mieszkańców. Racjonalizowaliby te chęci przez oferowanie specjalnych rabatów, zależnych od konkretnych operacji wydalenia.

A: Załóżmy, że ORP ochrony, lub sponsorowane przezeń prywatne grupy, poszukują przestępców. Kiedy ochroniarze złapią tych ostatnich, czy zawsze przetransportują ich na niezamieszkałe tereny, czy też może czasem wsadzą do więzienia?

PK: Więzienia w typie tych, które mamy teraz? Z boiskami do piłki i z telewizornią dla kryminalistów? W jaki sposób byłoby to fair?

A: Może jakieś inne rodzaje więzień?

PK: Proszę zrozumieć. Nie chodzi o wsadzanie ludzi do więzień. Chodzi o wymierzenie kary, na jaką zasłużyli. I w libertariańskim społeczeństwie przyszłości, przestępcom zostanie wymierzona taka kara. ORP ochrony zagwarantują, że złapią napastnika i doprowadzą go do sprawiedliwości, ponieważ w ten sposób ubezpieczyciel obniża swoje koszta i zmusza przestępcę... do zapłaty za szkody i rekompensatę dla poszkodowanego.

A: Czyli przestępcy będą musieli wykonywać przymusową pracę dla ORP ochrony?

PK: I w jaki sposób miałoby to być gorsze, niż w obecnym systemie? W którym zamiast zrekompensować ofiarom przestępstw szkody, przed którymi ich nie uchronił, rząd zmusza ofiary do finansowania w podatkach koszty zatrzymania, uwięzienia i rehabilitacji, jak również rozrywki, ich oprawców?

A: Jednak, jako libertarianin, jest Pan przeciwko przymusowi?

PK: Przymusowi? Wygląda na to, że nie ma pan pojęcia o czym mówi. Przymus jest tylko wtedy, gdy ktoś narusza prawa innej osoby. Przestępcy tracą wszelkie prawa przez swoje postępowanie, które wybrali. Kiedy ma to miejsce, zmuszenie ich do zrekompensowania wywołanych przez nich szkód nie jest naruszeniem ich praw.

A: Czy w wolnym społeczeństwie będą jeszcze inne przypadki niewolnictwa?

PK: Niewolnictwa?! Nie wie pan, że pierwszym warunkiem libertariańskiego społeczeństwa jest zasada samoposiadania - każdy posiada samego siebie?

A: Przepraszam, miałem na myśli: 'efektywnego' de facto niewolnictwa bez naruszania praw.

PK: Hmmm. Niech pomyślę.

A: Na przykład, przypuśćmy, że ktoś zawiera umowę, a potem nie może się z niej wywiązać. Co by się stało?

PK: W libertariańskim społeczeństwie, świętość umów jest absolutnie fundamentalna.

A: Postaram się być bardziej klarowny. Załóżmy, że pewien człowiek nie może spłacić swych długów. Czy będzie mógł ogłosić bankructwo i żyć dalej, czy stanie się, bez naruszenia jego praw, efektywnie niewolnikiem swojego wierzyciela?

PK: To zależałoby od umowy pożyczki/charakteru długu, na który obie strony się dobrowolnie zgodziły. Jeżeli dołączyły załącznik o bankructwie, to pożyczkobiorca będzie mógł ogłosić bankructwo.

A: Załóżmy, że w libertariańskim społeczeństwie, pożyczkodawcy zachęcaliby pożyczkobiorców do spłaty - więc nie decydowaliby się na łatwe wyjście dla nich. Załóżmy, że żaden z pożyczkodawców nie oferowałby możliwości bankructwa. Czy byłoby to w porządku?

PK: Teoria ekonomiczna mówi, że pożyczki bez możliwości bankructwa udzielane są na niższy procent, niż te, które umożliwiają bankructwo. Wobec tego, jeśli żadne umowy pożyczki nie będą zawierały ustępu o bankructwie, to znaczy to li tylko, iż pożyczkobiorcy wolą nisko oprocentowane pożyczki bez możliwości bankructwa.

A: Widzę tu kilka problemów.

PK: Proszę posłuchać. Wymowa pańskiego pytania wskazuje, iż chciałby pan, by pożyczkodawcy byli zmuszani do tolerowania nieodpowiedzialnych pożyczkobiorców, którzy mogą odmówić spłaty. Oznaczałoby to, iż musieliby swoje własne, ciężko zapracowane pieniądze, użyczać po warunkach, na które się nie zgadzają. Czym to się różni od pracy przymusowej?

A: Oczywiście lepiej by było, aby niemogący spłacić pożyczki byli efektywnie zniewoleni bez naruszenia ich praw...

PK: Oczywiście. Skoro już wyklarowaliśmy sprawę, proszę wyłączyć dyktafon. Zabieram się za mój befsztyk.

Pan o pseudonimie Kain opisał działanie libertariańskiego społeczeństwa. W kolejnej części wywiadu przedstawi plan krok-po-kroku jak to społeczeństwo ziścić.

sobota, 2 lipca 2011

Lekcja ekonomii dla prof. Kołodki

Dziś zajmiemy się postacią profesora Grzegorza Kołodki, i tym, co ostatnio napisał i zatytułował "Nowym planem gospodarczym dla Polski".
Przede wszystkim zacznijmy od właściwej introdukcji. Grzesiek, jesteś tępym keynesistowskim ćwokiem, a to, co piszesz, dyskwalifikuje cię zupełnie w oczach poważnego ekonomisty.
Po tym wprowadzeniu możemy przejść do treści artykułu tego zasrańca.

Czas biegnie. Paradoksalne dla jednych jest to, że znowu nastał okres, kiedy piętrzą się nierozwiązane problemy, gdyż więcej ich przybywa, niż ubywa. Paradoksalne dla innych jest to, że teraz sami muszą przyznać, że mechanizmy rynkowe nie są w stanie ich rozwiązać.

Potrzebna jest dobrze skoordynowana ingerencja państwa. W obecnej sytuacji jej konwencjonalna forma jest już niewystarczająca. Potrzebne są specjalne działania wykraczające poza tradycyjne ramy, zawodzą bowiem zwykłe mechanizmy demokracji. Z punktu widzenia ekonomicznej racjonalności okazują się one mało skuteczne.


Grzesiek, ćwoku, powiedz mi, proszę, jakie to mechanizmy rynkowe nie są w stanie rozwiązać nierozwiązanych problemów? Kiedy to ostatni raz w ogóle władze pozwoliły mechanizmom rynkowym działać? 100 lat temu? Z roku na roku przybywa przepisów i prerogatyw państwa, ingerującego w gospodarkę całkowicie dowolnie i arbitralnie z pomocą swej armii biurokratów. Które to mechanizmy rynkowe miałyby w ogóle działać, by rozwiązać te 'nierozwiązane problemy'? Wiesz w ogóle o czym ty mówisz, keynesistowska spierdolino? Wiesz, czym się charakteryzuje rynek - nie żaden mechanizm, tylko proces, bo działanie rynku - to działanie ludzi, a nie martwej materii. Tylko, by ludzie działali, to trzeba im pozwolić, a nie pod przymusem siły zakłócać proces rynkowy.
Co ty tam jeszcze postulujesz? Dobrze skoordynowaną ingerencję państwa? To znaczy przyznajesz, że dotychczasowa, przesadna ingerencja państwa była źle skoordynowana? Chociaż tyle. Niestety, jako ekonomiczny dyletant, nie znasz najważniejszych pozycji z zakresu ekonomiki interwencjonizmu, a mianowicie książek "Interwencjonizm", "Biurokracja" oraz "Planowany chaos" Ludwiga von Misesa, największego ekonomisty XX w. Jak wiadomo, nie można nazywać się poważnym ekonomistą bez znajomości tych pozycji, więc dyplom komunistycznej uczelni, który posiadasz, kwalifikuje cię jedynie na stanowisko konserwatora powierzchni płaskich w prywatnej firmie.
Wracając do twojej wesołej twórczości, przypomnę ci więc, melepeto, że państwo - tak samo jak rynek - to nie jakiś mechanizm, tylko ludzie. Różnica między działaniem państwa, a rynku jest taka, że relacje na rynku są dobrowolne - a państwo stosuje przymus. Mamy więc do czynienia z zupełnie inną strukturą bodźców oddziałujących na członków aparatu państwa, jak i na ofiary państwowej przemocy, eufemistycznie zwanej ingerencją. Członek aparatu państwa, w odróżnieniu od uczestnika rynku posługującego się systemem cen, jest w stanie kompletnej niewiedzy na temat potencjalnych jak i faktycznych skutków i następstw swoich działań - nie potrzebuje jej, gdyż sukces bądź porażka jego działań tak naprawdę go nie obchodzi. Finansuje swoją działalność pod przymusem zdzierając podatki z sektora prywatnego, a nie zaspokajając żądania konsumentów - więc to, co się stanie po danej ingerencji, mało go obchodzi. Ważne jest dla niego tylko to, że jego bezpośredni przełożony z klucza politycznego jest zadowolony, a strumień zrabowanych obywatelom przychodów pozostaje niezakłócony.
W związku z tym jakakolwiek mowa o "dobrze skoordynowanej ingerencji państwa" to pobożne życzenia intelektualnego onanisty, ale nie poważne stanowisko naukowe. Kołodko o tym nie wie, ponieważ nie rozumie elementarza ekonomii. Istnienie sprzężenia zwrotnego między celem działania a działającym jest czymś oczywistym na rynku, dostarcza działającemu natychmiastowej bądź oczekiwanej w przyszłości odpowiedzi na skuteczność danego działania - czyli np. przedsiębiorca odnotowuje zyski lub straty i w oparciu o nie, czyli o kalkulację ekonomiczną, dopasowuje przyszłe działania do tych informacji otrzymanych z rynku, by rezultaty kolejnych działań bardziej go zadowalały. Urzędnik państwowy nie jest w stanie tego zrobić, ponieważ nie istnieje żaden mechanizm, ani proces koordynacji działań opartych na przymusie i przymusowym ich finansowaniu - poza jeszcze większym przymusem, przychodzącym z góry, od herszta, i od herszta wszystkich hersztów w danym politycznym układzie, dysponującego największą siłą przymusu.
Ale wystarczy popatrzeć, co Kołodko pisze dalej - "zawodzą bowiem zwykłe mechanizmy demokracji. Z punktu widzenia ekonomicznej racjonalności okazują się one mało skuteczne.". Bingo, w rzeczy samej, skurwysynu. Doskonale widzisz, że w demokracji ten instytucjonalny przymus, jako jedyny czynnik koordynujący działanie hordy biurokratycznej, jest za słaby i nie pozwala na takie naginanie rzeczywistości ekonomicznej, o jakiej sobie zamarzyłeś, faszystowski frustracie. Więc nawołujesz już całkiem świadomie do nowego lepszego faszyzmu, nowego planu gospodarczego dla Polski, gdzie archaiczne przesądy demoliberałów będą wyplenione. Czyż nie?

Kolejny fragment tej intelektualnej defekacji:
Polska, kontynuując dzieło transformacji, powinna powrócić na ścieżkę szybkiego wzrostu gospodarczego rzędu 5-7 proc. rocznie. Aby taka dynamika była długookresowa, rozwój społeczno-gospodarczy musi opierać się na czterech filarach: szybkim wzroście, sprawiedliwym podziale, korzystnej integracji i skutecznym państwie.


No nie ma bata, Polska powinna powrócić do szybkiego wzrostu i już! Też mi odkrycie. Popatrzcie jednak na te slogany: sprawiedliwy podział (oczywiście wg kryteriów Grzesia), korzystna integracja (cóż to za słowozlep? nie wiadomo), skuteczne państwo (czyli po prostu bardziej bezkarni urzędnicy).

Kroczenie taką ścieżką może doprowadzić do dochodu na mieszkańca ok. 35 tys. dol. (wg parytetu siły nabywczej) już w połowie następnej dekady.


No nie ma bata, po prostu musi doprowadzić, bo Grześ Kołodko tak mówi. Przypomnę ci więc, że w połowie następnej dekady dolar będzie wart tak mało, że spokojnie 35 tys. USD per capita przekroczymy, więc twój plan się ziści, choć może niekoniecznie w tej postaci, o jakiej śnisz mokre sny.

Wymaga to wszakże konsekwentnie realizowanej strategii zrównoważonego rozwoju, przy czym chodzi o równowagę w trzech fundamentalnych aspektach: równowaga ekologiczna (imperatyw przechodzenia na technologie materiało- i energooszczędne), równowaga społeczna (imperatyw mniejszego zróżnicowania w podziale dochodów i radykalnego ograniczenia zakresu wykluczenia społecznego, w tym bezrobocia), równowaga ekonomiczna (imperatyw kontrolowanego deficytu na rachunku obrotów bieżących oraz limitowany deficyt budżetu i zadłużenia publicznego).


No tutaj już mamy srogi ejakulat pełen sloganów i nowomowy. Oczywiście ani słowa o przedsiębiorczości, wzroście udziału sektora prywatnego, zaspokajaniu potrzeb konsumentów. Wszystko podporządkowane faszystowskiej wizji proroka Grzegorza, ciskającego imperatywy!
Jak więc rozumieć ten bełkot?
Równowaga ekologiczna - niestety, tylko rynek jest w stanie zdecydować, kiedy przejść na technologie bardziej materiało- i energooszczędne, a więc kiedy konsumenci będą dysponować na tyle dużą siłą nabywczą, by bez obniżenia swojej użyteczności nabywali produkty wykonane w droższej technologii. Ingerencja państwa w tym zakresie oznacza z jednej strony zubożenie konsumentów, odebranie im możliwości decydowania, a z drugiej - zakłócenie rynkowego procesu wdrażania nowych technologii wg rachunku ekonomicznego. Oczywiście ktoś taki, jak Grzegorz Kołodko, który nigdy nie prowadził własnej firmy z prawdziwego zdarzenia, takie pojęcia jak 'rachunek ekonomiczny' traktuje jak jakieś burżuazyjne zabobony. Wszak liczy się tylko IMPERATYW! Niestety, jak działa państwowy imperatyw w kwestii wdrażania tzw. zielonych technologii, to widać - zapaść przemysłu, spadek poziomu życia, gigantyczny wzrost kosztów utrzymania dla najmniej zarabiających.
dalej...
Równowaga społeczna - ograniczenie zakresu wykluczenia będzie niestety niemożliwe, jeśli wprowadzi się imperatyw równowagi ekologicznej, ale spójność logiczna nigdy nie była mocną stroną nazistowskich wypierdków jak Kołodko. Nie mogę też pojąć obsesji tych zwierząt na punkcie mniejszego zróżnicowania w podziale dochodów, tak, jakby istnienie ludzi bardzo bogatych, obok bogatych, średniozamożnych i najmniej zarabiających, było jakimś groteskowym, ohydnym wynaturzeniem. Przypomnę, że ludzie nie są równi, i ci najbardziej pracowici, przemyślni i obdarzeni talentem przedsiębiorczym, najlepiej są w stanie zaspokoić żądania konsumentów - więc stają się bardzo bogaci, bo konsumenci ich wynagradzają hojniej, niż innych uczestników rynku. Istnienie bardzo bogatych jest więc oznaką zdrowia gospodarki. Jak więc Kołodko zamierza zredukować to zróżnicowanie w podziale dochodów? Można się tylko domyślać, iż chodzi o ulubioną przez keynesistów EUTANAZJĘ rentierów...
Słowo-klucz - wykluczenie społeczne, w sumie nie wiadomo, o co chodzi. Wykluczony społecznie to był niewolnik w starożytnym Rzymie, parias w społeczeństwie kastowym, czy bezprizorny w sowieckiej Rosji - o więźniach Gułagów nie wspominając. We współczesnym kraju socjaldemokratycznym nikt nikogo społecznie nie wyklucza, wręcz przeciwnie - wszystkie państwowe instytucje wszak z tym mitycznym wykluczeniem walczą. Zwłaszcza przez dawanie nierobom pieniędzy, i tym podobne praktyki. Skutek jest właśnie taki, że zwiększa się liczba nierobów - a więc ilość gęb do wyżywienia, a produktywność gospodarki proporcjonalnie nie wzrasta, jak miałoby to miejsce w ustroju rynkowym, gdzie praca na rzecz konsumenta jest czymś normalnym. Reasumując, to państwo opiekuńcze wyklucza sporą część ludzi społecznie, przez dawanie zasiłków, co permanentnie wyrywa ich ze społecznego podziału pracy i integracji z życiem społeczności.
Znowuż jest to zagadnienie za trudne dla Kołodki, który woli opierać się na schematycznych hasłach, zamiast dogłębnie poznać zagadnienie.
Słuchaczom Radia Żelaza nie muszę też chyba tłumaczyć, że plaga bezrobocia to nieodłączny element państw opiekuńczych, w tym Polski, gdzie zasiłki dla bezrobotnych oraz wysokie pozapłacowe koszty pracy tworzą grupy ludzi, którym nie opłaca się pracować - oraz grupy przedsiębiorców, którym nie opłaca się nikogo zatrudnić. Abecadło ekonomii, poza intelektualnymi możliwościami profesora Kołodki.
Co mamy dalej?
Równowaga ekonomiczna - imperatyw kontrolowanego deficytu! Cóż za odkrycie, godne Nobla!! Ale dlaczegóż tylko kontrolowany deficyt, i przez kogo niby? Zakaz deficytu - zakaz zadłużania przyszłych pokoleń, to jest odpowiedź na problem długu publicznego, a nie jakieś półśrodki. No ale znowuż muszę się przyczepić do braków praktyki biznesowej Grzesia. Po prostu ten człowiek nie wie, że prywatna firma, której doradzałby "kontrolowany deficyt", po paru latach padłaby na pysk, ponieważ żaden inwestor nie finansowałby firmy tak finansowo niepłynnej. Ale że państwo może zdzierać z ludzi podatki przemocą, to dla Grzesia stan permanentnego zadłużenia jest czymś normalnym. Obywatel nie może sprzedać swych udziałów w tak źle zarządzanym państwie.

Cóż, w dalszej części artykułu Kołodko wreszcie napisał coś z sensem - a mianowicie, iż niezbędne jest [ekhm] 'względne zrównoważenie finansów publicznych' i redukcja wydatków. Niestety dodał, iż również zwiększenie dochodów poprzez podniesienie podatków. Ah, ci keynesiści, niewolnicy tegoż nieszczęsnego równania, nie rozumieją, że zasoby odciągane z gospodarki czy to poprzez podatki - czy poprzez wydatki rządu - to właśnie przyczyna gospodarczych niepowodzeń, niskiego realnego wzrostu, bezrobocia, małej konkurencyjności firm, załamania się eksportu itd. Im mniejszy budżet państwa, tym lepiej dla gospodarki, ponieważ wtedy może działać efektywnie prywatna przedsiębiorczość, zaspokajając żądania konsumentów. Ale jest chyba jasne, że dla Kołodki i reszty faszystów to nie konsument i jego szczęście są celem gospodarki, tylko IMPERATYWY wzięte kompletnie z powietrza, i mokrych snów o potędze proroka Grzegorza.

W dalszej części artykułu Kołodko wymienia 9 punktów granicznych planu dostosowania fiskalnego, ale to już pozostawiam słuchaczom do oceny i wyciągnięcia wniosków. Nie będzie to trudne.

Grzegorz Kołodko to typ człowieka, który w latach 30-stych tworzyłby jakże efektywne plany ożywienia gospodarki Niemiec przez jak najbardziej efektywną likwidację firm żydowskich i alokowanie uwolnionego w ten sposób kapitału, by minimalizować wykluczenie społeczne niemieckiej klasy robotniczej. Bo przecież mechanizmy rynkowe zawiodły, czyż nie?
On doskonale wie, że nie zawiodły - tylko nie pozwolono im działać. Nie pozwolono, by takie szuje jak on, na stanowiskach urzędniczych, mogły zabawiać się przestawianiem pionków na ekonomicznej szachownicy. Pogrobowiec Keynesa i Hitlera, Grzegorz Kołodko, to niebezpieczny szaleniec, nikczemny amoralny makiawelista, którego jedynym celem jest zniszczenie gospodarki rynkowej i oddanie władzy nad ludźmi biurokratycznej kaście Nadludzi, którym już nikt się nie sprzeciwi - a na tronie Naczelnego Planisty zasiądzie sam prorok Grzegorz.

Ty kurwo ty kurwo ty kurwo ty kurwo TY KURWO