Pokazywanie postów oznaczonych etykietą interwencjonizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą interwencjonizm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 października 2013

Ludwig von Mises [*] 40 lat


40 lat temu, 10 października 1973, zmarł Ludwig von Mises, największy ekonomista XX wieku. "Jego dzieła przesycone są duchem wolności (...) Mamy wobec niego trudny do spłacenia dług" - jak rzekł Ronald Reagan.
I istotnie. Nie było w historii bardziej oddanego bojownika o prawdę, logikę, właściwą metodę w ekonomii - i jednocześnie stojącego na straży ideałów cywilizacji zachodniej: wolności i własności prywatnej. "Jeśli historia mogłaby nas czegokolwiek nauczyć, to niewątpliwie tego, że żaden naród nie stworzył wyższej cywilizacji bez poszanowania prawa do posiadania własności prywatnej." - jak brzmi jego słynna wypowiedź, lub podobna, choć bardziej dosadna - "Albo prywatna własność środków produkcji, albo głód i nędza dla wszystkich.".
Mises urodził się we Lwowie, w Galicji, w 1881 r., w rodzinie niemieckich żydów, ale otaczała go polska lwowska elita intelektualna, i takim też klimatem przesiąknął za młodu, podobnie jak jego późniejszy mentor i twórca szkoły austriackiej, Carl Menger z Nowego Sącza. Klimat tolerancji, otwartości i charakterystycznej polskiej iskry w myśleniu odcisnął swoje piętno na młodym Misesie, i podobnie jak cywilna odwaga i nieustępliwość w głoszeniu prawdy, to polskie cnoty rycerskie, które Mises pielęgnował aż do śmierci. Nie zapominajmy o tym.
W Polsce mamy Instytut imienia Ludwiga von Misesa, założony 10 lat temu i popularyzujący myśl swego patrona i innych przedstawicieli szkoły austriackiej w ekonomii. Sztandarowym przedsięwzięciem Instytutu było przetłumaczenie i wydanie opus vitae Misesa, czyli traktatu Ludzkie Działanie: Traktat o Ekonomii,
kompletnego wyłożenia dopracowanej przez 40 lat pracy naukowej teorii ekonomicznej szkoły austriackiej. Jak tylko dowiedziałem się w 2006 r., że Instytut Misesa rozpoczyna projekt wydawniczy tego dzieła, natychmiast wsparłem go subskrypcją i posiadam unikalny egzemplarz z imiennymi podziękowaniami. Jest to ikona myśli ekonomicznej, dzieło totalne. Ale też ciężkie dla laika, gdyż Mises, przedstawiciel XIX-wiecznej europejskiej elity intelektualnej, pisał "Ludzkie działanie" z założeniem, że czytelnik będzie osobą wykształconą na podobnym, jak on, poziomie. Stąd też nie polecam brać się za ten traktat w pierwszej kolejności, by poznać Misesa, jego myśl i szkołę austriacką w ekonomii.
Znacznie lepiej na początek sięgnąć po jego bardziej publicystyczne książki.
"Liberalizm w tradycji klasycznej" to bardzo przystępne i ciekawe wyłożenie idei klasycznego liberalizmu, pokazanie, że wolna gospodarka i wolne społeczeństwo, wolne od państwowej interwencji i zamordyzmu, są niezbędnymi elementami rozwoju i postępu: tak gospodarczego, jak i kulturowego i cywilizacyjnego. W sposób bardzo błyskotliwy Mises obala mity i uprzedzenia
antykapitalistyczne, które różnej maści pseudomyśliciele rzucali przeciwko liberałom i filozofom od czasów antycznych. Pokazuje, że wszelkie formy interwencjonizmu i systemy polityczne oparte na przemocy, a więc komunizm, socjalizm i faszyzm, zamiast pomóc społeczeństwu i gospodarce - niszczą je, wbrew intencjom swoich zwolenników. Jest to bardzo ważna pozycja w bibliografii Misesa.
Wątek błędnego koła interwencjonizmu państwowego Mises kontynuuje w książce "Interwencjonizm". Wskazuje na ważną rolę, jaką spełnia kalkulacja ekonomiczna w gospodarce rynkowej, jak rynek koordynuje działania prywatnych podmiotów - uczestników rynku, i jak siłowa ingerencja urzędników w rynek i we własność prywatną zakłóca tą koordynację. Krytykuje takie pomysły polityków, jak kontrola cen, ceny maksymalne, płace minimalne, podatki, oraz inne doraźne regulacje rządowe, które wywołują zniekształcenia, wymagające kolejnych regulacji, itd., aż nastąpi całkowita regulacja życia gospodarczego i system gospodarczy zmieni się w socjalizm typu nazistowskiego. Albo socjalizm, albo kapitalizm - nie ma trzeciej drogi, tak brzmi wniosek z ekonomicznej analizy polityki interwencjonizmu.
W książce "Planowany chaos" Mises porusza się nadal w tematyce niestabilności ekonomicznej interwencjonizmu państwa w gospodarkę, i pokazuje, jak socjalizm - czy to w postaci sowieckiej, czy nazistowskiej, nie jest w stanie być wydajnym systemem gospodarczym, ponieważ zakłócona jest w nim kalkulacja ekonomiczna. Planowanie gospodarcze przez różnej maści ciała typu Gosplan skutkuje właśnie CHAOSEM, ponieważ centralni planiści nie dysponują wystarczającymi danymi, by koordynować działania gospodarcze w całym kraju, w każdej fabryce i zakładzie, a brak rynku dóbr kapitałowych z powodu zniesienia własności prywatnej uniemożliwia wycenę tego niezbędnego elementu gospodarki, a więc i alokowanie kapitału do zastosowań najpilniej pożądanych przez konsumentów.
Dlaczego Mises był w stanie na to wpaść i dostrzec daremność socjalizmu, a inni ówcześni ekonomiści albo nie dostrzegali błędu logicznego, jakim jest socjalizm - albo, jak nasz rodak Oskar Lange, uważali, że jest możliwy, bo centralni planiści są w stanie symulować rynek?
Oskar Lange, arcynemezis Misesa
Mises już w 1920 r. przedstawił tezę, iż kalkulacja ekonomiczna w socjalizmie jest niemożliwa, a 2 lata później w dziele "Socjalizm" rozwinął ją w pełnoprawną krytykę, tym samym rozpoczynając tzw. debatę kalkulacyjną z takimi ekonomistami jak Lange. Ok. Ale wracamy do pytania - dlaczego akurat Mises?
Ponieważ był Austriakiem - przedstawicielem szkoły austriackiej w ekonomii, której głównym elementem w metodologii jest podejście subiektywistyczne i indywidualistyczne. To jednostki wyceniają, czego pożądają, i jak bardzo tego pożądają. Ich wartościowania nie mogą być odkryte ani zsumowane przez żadnego zewnętrznego obserwatora, czy właśnie centralnego planistę. Jedynie rynek, system cenowy, jest w stanie przełożyć osobiste, subiektywne wartościowania na postać liczbową za pomocą pieniądza, gdy ludzie chcą wymienić posiadane przez siebie dobra na te pożądane. Pieniądz stanowi narzędzie pomiaru w postaci konkretnych cen dóbr. Wyeliminowanie przez siłową ingerencję państwa któregoś z tych elementów - rynku, pieniądza, własności - uniemożliwia zobiektywizowanie się indywidualnych wartościowań każdego z nas, i wówczas nikt nie jest w stanie powiedzieć, jaki jest faktyczny popyt na jakieś dobro, ani jaka jego podaż. Znika cały obszar informacji gospodarczej. Jak w takich warunkach można cokolwiek "planować"? Nie da się. Centralny planista funkcjonuje w totalnej ciemni informacyjnej. W takiej samej ciemni funkcjonuje każdy urzędnik, próbujący zawiadywać instytucją publicznej służby zdrowia czy edukacji; albo bankiem centralnym, próbującym zgadnąć optymalną cenę kredytu. Daremność biurokratycznego zarządzania Mises wyłuszcza w książce "Biurokracja". Pokazuje, jak bez rachunku zysków i strat nie da się efektywnie kierować żadnym przedsiębiorstwem, i jak instytucje publiczne muszą siłą rzeczy, jako nierynkowe, obrastać biurokracją, korumpować się, stawać się niewydolne - gdyż nie mają żadnych narzędzi weryfikacji swoich działań, którymi dysponuje każdy przedsiębiorca na rynku, zmuszony do służenia konsumentom przez groźbę strat i bankructwa.
Ekonomiści spoza szkoły austriackiej, zwłaszcza ze świata anglo-amerykańskiego, kompletnie nie rozumieli i nadal nie rozumieją subiektywizmu metodologicznego, mimo, iż synteza neoklasyczna zawiera teoretycznie wkład austriacki w tym zakresie. Nadal łudzą się, że można jeśli nie planować centralnie, to przynajmniej wydajnie zarządzać w ramach gospodarki rynkowej państwowymi instytucjami, niepoddanymi dyscyplinie wolnego rynku. Że można optymalnie sterować podażą pieniądza i wpływać na zagregowany popyt. Cóż za arogancja. Mises przestrzegał przed takim hubris, ale rządowi ekonomiści, wychowani na kulcie państwa i apologii państwowego planizmu, nie mają ani krzty pokory. Bo po co? Posady czekają.

Nie zamierzam tutaj przedstawiać całego życiorysu i dorobku genialnego polskiego Austriaka. Zachęcam do odwiedzania witryny Instytutu Misesa i regularnego wpłacania skromnych datków na jego działalność, a być może wkrótce ruszy tłumaczenie i wydanie biografii Misesa, pióra Jorga Hulsmanna "Mises: Ostatni Rycerz Liberalizmu", 1000-stronicowy przewodnik po życiu i twórczości Mistrza, jednocześnie będący kopalnią wiedzy na temat austriackiej szkoły ekonomii.
Nie pozwólmy jednakże, by Ludwig von Mises pozostał ostatnim rycerzem liberalizmu i cywilizacji zachodniej. Sztandar intelektualnej batalii należy unieść, i nie poddawać się złu, ignorancji i ciemnocie - lecz tym odważniej się im przeciwstawić!

sobota, 2 lipca 2011

Lekcja ekonomii dla prof. Kołodki

Dziś zajmiemy się postacią profesora Grzegorza Kołodki, i tym, co ostatnio napisał i zatytułował "Nowym planem gospodarczym dla Polski".
Przede wszystkim zacznijmy od właściwej introdukcji. Grzesiek, jesteś tępym keynesistowskim ćwokiem, a to, co piszesz, dyskwalifikuje cię zupełnie w oczach poważnego ekonomisty.
Po tym wprowadzeniu możemy przejść do treści artykułu tego zasrańca.

Czas biegnie. Paradoksalne dla jednych jest to, że znowu nastał okres, kiedy piętrzą się nierozwiązane problemy, gdyż więcej ich przybywa, niż ubywa. Paradoksalne dla innych jest to, że teraz sami muszą przyznać, że mechanizmy rynkowe nie są w stanie ich rozwiązać.

Potrzebna jest dobrze skoordynowana ingerencja państwa. W obecnej sytuacji jej konwencjonalna forma jest już niewystarczająca. Potrzebne są specjalne działania wykraczające poza tradycyjne ramy, zawodzą bowiem zwykłe mechanizmy demokracji. Z punktu widzenia ekonomicznej racjonalności okazują się one mało skuteczne.


Grzesiek, ćwoku, powiedz mi, proszę, jakie to mechanizmy rynkowe nie są w stanie rozwiązać nierozwiązanych problemów? Kiedy to ostatni raz w ogóle władze pozwoliły mechanizmom rynkowym działać? 100 lat temu? Z roku na roku przybywa przepisów i prerogatyw państwa, ingerującego w gospodarkę całkowicie dowolnie i arbitralnie z pomocą swej armii biurokratów. Które to mechanizmy rynkowe miałyby w ogóle działać, by rozwiązać te 'nierozwiązane problemy'? Wiesz w ogóle o czym ty mówisz, keynesistowska spierdolino? Wiesz, czym się charakteryzuje rynek - nie żaden mechanizm, tylko proces, bo działanie rynku - to działanie ludzi, a nie martwej materii. Tylko, by ludzie działali, to trzeba im pozwolić, a nie pod przymusem siły zakłócać proces rynkowy.
Co ty tam jeszcze postulujesz? Dobrze skoordynowaną ingerencję państwa? To znaczy przyznajesz, że dotychczasowa, przesadna ingerencja państwa była źle skoordynowana? Chociaż tyle. Niestety, jako ekonomiczny dyletant, nie znasz najważniejszych pozycji z zakresu ekonomiki interwencjonizmu, a mianowicie książek "Interwencjonizm", "Biurokracja" oraz "Planowany chaos" Ludwiga von Misesa, największego ekonomisty XX w. Jak wiadomo, nie można nazywać się poważnym ekonomistą bez znajomości tych pozycji, więc dyplom komunistycznej uczelni, który posiadasz, kwalifikuje cię jedynie na stanowisko konserwatora powierzchni płaskich w prywatnej firmie.
Wracając do twojej wesołej twórczości, przypomnę ci więc, melepeto, że państwo - tak samo jak rynek - to nie jakiś mechanizm, tylko ludzie. Różnica między działaniem państwa, a rynku jest taka, że relacje na rynku są dobrowolne - a państwo stosuje przymus. Mamy więc do czynienia z zupełnie inną strukturą bodźców oddziałujących na członków aparatu państwa, jak i na ofiary państwowej przemocy, eufemistycznie zwanej ingerencją. Członek aparatu państwa, w odróżnieniu od uczestnika rynku posługującego się systemem cen, jest w stanie kompletnej niewiedzy na temat potencjalnych jak i faktycznych skutków i następstw swoich działań - nie potrzebuje jej, gdyż sukces bądź porażka jego działań tak naprawdę go nie obchodzi. Finansuje swoją działalność pod przymusem zdzierając podatki z sektora prywatnego, a nie zaspokajając żądania konsumentów - więc to, co się stanie po danej ingerencji, mało go obchodzi. Ważne jest dla niego tylko to, że jego bezpośredni przełożony z klucza politycznego jest zadowolony, a strumień zrabowanych obywatelom przychodów pozostaje niezakłócony.
W związku z tym jakakolwiek mowa o "dobrze skoordynowanej ingerencji państwa" to pobożne życzenia intelektualnego onanisty, ale nie poważne stanowisko naukowe. Kołodko o tym nie wie, ponieważ nie rozumie elementarza ekonomii. Istnienie sprzężenia zwrotnego między celem działania a działającym jest czymś oczywistym na rynku, dostarcza działającemu natychmiastowej bądź oczekiwanej w przyszłości odpowiedzi na skuteczność danego działania - czyli np. przedsiębiorca odnotowuje zyski lub straty i w oparciu o nie, czyli o kalkulację ekonomiczną, dopasowuje przyszłe działania do tych informacji otrzymanych z rynku, by rezultaty kolejnych działań bardziej go zadowalały. Urzędnik państwowy nie jest w stanie tego zrobić, ponieważ nie istnieje żaden mechanizm, ani proces koordynacji działań opartych na przymusie i przymusowym ich finansowaniu - poza jeszcze większym przymusem, przychodzącym z góry, od herszta, i od herszta wszystkich hersztów w danym politycznym układzie, dysponującego największą siłą przymusu.
Ale wystarczy popatrzeć, co Kołodko pisze dalej - "zawodzą bowiem zwykłe mechanizmy demokracji. Z punktu widzenia ekonomicznej racjonalności okazują się one mało skuteczne.". Bingo, w rzeczy samej, skurwysynu. Doskonale widzisz, że w demokracji ten instytucjonalny przymus, jako jedyny czynnik koordynujący działanie hordy biurokratycznej, jest za słaby i nie pozwala na takie naginanie rzeczywistości ekonomicznej, o jakiej sobie zamarzyłeś, faszystowski frustracie. Więc nawołujesz już całkiem świadomie do nowego lepszego faszyzmu, nowego planu gospodarczego dla Polski, gdzie archaiczne przesądy demoliberałów będą wyplenione. Czyż nie?

Kolejny fragment tej intelektualnej defekacji:
Polska, kontynuując dzieło transformacji, powinna powrócić na ścieżkę szybkiego wzrostu gospodarczego rzędu 5-7 proc. rocznie. Aby taka dynamika była długookresowa, rozwój społeczno-gospodarczy musi opierać się na czterech filarach: szybkim wzroście, sprawiedliwym podziale, korzystnej integracji i skutecznym państwie.


No nie ma bata, Polska powinna powrócić do szybkiego wzrostu i już! Też mi odkrycie. Popatrzcie jednak na te slogany: sprawiedliwy podział (oczywiście wg kryteriów Grzesia), korzystna integracja (cóż to za słowozlep? nie wiadomo), skuteczne państwo (czyli po prostu bardziej bezkarni urzędnicy).

Kroczenie taką ścieżką może doprowadzić do dochodu na mieszkańca ok. 35 tys. dol. (wg parytetu siły nabywczej) już w połowie następnej dekady.


No nie ma bata, po prostu musi doprowadzić, bo Grześ Kołodko tak mówi. Przypomnę ci więc, że w połowie następnej dekady dolar będzie wart tak mało, że spokojnie 35 tys. USD per capita przekroczymy, więc twój plan się ziści, choć może niekoniecznie w tej postaci, o jakiej śnisz mokre sny.

Wymaga to wszakże konsekwentnie realizowanej strategii zrównoważonego rozwoju, przy czym chodzi o równowagę w trzech fundamentalnych aspektach: równowaga ekologiczna (imperatyw przechodzenia na technologie materiało- i energooszczędne), równowaga społeczna (imperatyw mniejszego zróżnicowania w podziale dochodów i radykalnego ograniczenia zakresu wykluczenia społecznego, w tym bezrobocia), równowaga ekonomiczna (imperatyw kontrolowanego deficytu na rachunku obrotów bieżących oraz limitowany deficyt budżetu i zadłużenia publicznego).


No tutaj już mamy srogi ejakulat pełen sloganów i nowomowy. Oczywiście ani słowa o przedsiębiorczości, wzroście udziału sektora prywatnego, zaspokajaniu potrzeb konsumentów. Wszystko podporządkowane faszystowskiej wizji proroka Grzegorza, ciskającego imperatywy!
Jak więc rozumieć ten bełkot?
Równowaga ekologiczna - niestety, tylko rynek jest w stanie zdecydować, kiedy przejść na technologie bardziej materiało- i energooszczędne, a więc kiedy konsumenci będą dysponować na tyle dużą siłą nabywczą, by bez obniżenia swojej użyteczności nabywali produkty wykonane w droższej technologii. Ingerencja państwa w tym zakresie oznacza z jednej strony zubożenie konsumentów, odebranie im możliwości decydowania, a z drugiej - zakłócenie rynkowego procesu wdrażania nowych technologii wg rachunku ekonomicznego. Oczywiście ktoś taki, jak Grzegorz Kołodko, który nigdy nie prowadził własnej firmy z prawdziwego zdarzenia, takie pojęcia jak 'rachunek ekonomiczny' traktuje jak jakieś burżuazyjne zabobony. Wszak liczy się tylko IMPERATYW! Niestety, jak działa państwowy imperatyw w kwestii wdrażania tzw. zielonych technologii, to widać - zapaść przemysłu, spadek poziomu życia, gigantyczny wzrost kosztów utrzymania dla najmniej zarabiających.
dalej...
Równowaga społeczna - ograniczenie zakresu wykluczenia będzie niestety niemożliwe, jeśli wprowadzi się imperatyw równowagi ekologicznej, ale spójność logiczna nigdy nie była mocną stroną nazistowskich wypierdków jak Kołodko. Nie mogę też pojąć obsesji tych zwierząt na punkcie mniejszego zróżnicowania w podziale dochodów, tak, jakby istnienie ludzi bardzo bogatych, obok bogatych, średniozamożnych i najmniej zarabiających, było jakimś groteskowym, ohydnym wynaturzeniem. Przypomnę, że ludzie nie są równi, i ci najbardziej pracowici, przemyślni i obdarzeni talentem przedsiębiorczym, najlepiej są w stanie zaspokoić żądania konsumentów - więc stają się bardzo bogaci, bo konsumenci ich wynagradzają hojniej, niż innych uczestników rynku. Istnienie bardzo bogatych jest więc oznaką zdrowia gospodarki. Jak więc Kołodko zamierza zredukować to zróżnicowanie w podziale dochodów? Można się tylko domyślać, iż chodzi o ulubioną przez keynesistów EUTANAZJĘ rentierów...
Słowo-klucz - wykluczenie społeczne, w sumie nie wiadomo, o co chodzi. Wykluczony społecznie to był niewolnik w starożytnym Rzymie, parias w społeczeństwie kastowym, czy bezprizorny w sowieckiej Rosji - o więźniach Gułagów nie wspominając. We współczesnym kraju socjaldemokratycznym nikt nikogo społecznie nie wyklucza, wręcz przeciwnie - wszystkie państwowe instytucje wszak z tym mitycznym wykluczeniem walczą. Zwłaszcza przez dawanie nierobom pieniędzy, i tym podobne praktyki. Skutek jest właśnie taki, że zwiększa się liczba nierobów - a więc ilość gęb do wyżywienia, a produktywność gospodarki proporcjonalnie nie wzrasta, jak miałoby to miejsce w ustroju rynkowym, gdzie praca na rzecz konsumenta jest czymś normalnym. Reasumując, to państwo opiekuńcze wyklucza sporą część ludzi społecznie, przez dawanie zasiłków, co permanentnie wyrywa ich ze społecznego podziału pracy i integracji z życiem społeczności.
Znowuż jest to zagadnienie za trudne dla Kołodki, który woli opierać się na schematycznych hasłach, zamiast dogłębnie poznać zagadnienie.
Słuchaczom Radia Żelaza nie muszę też chyba tłumaczyć, że plaga bezrobocia to nieodłączny element państw opiekuńczych, w tym Polski, gdzie zasiłki dla bezrobotnych oraz wysokie pozapłacowe koszty pracy tworzą grupy ludzi, którym nie opłaca się pracować - oraz grupy przedsiębiorców, którym nie opłaca się nikogo zatrudnić. Abecadło ekonomii, poza intelektualnymi możliwościami profesora Kołodki.
Co mamy dalej?
Równowaga ekonomiczna - imperatyw kontrolowanego deficytu! Cóż za odkrycie, godne Nobla!! Ale dlaczegóż tylko kontrolowany deficyt, i przez kogo niby? Zakaz deficytu - zakaz zadłużania przyszłych pokoleń, to jest odpowiedź na problem długu publicznego, a nie jakieś półśrodki. No ale znowuż muszę się przyczepić do braków praktyki biznesowej Grzesia. Po prostu ten człowiek nie wie, że prywatna firma, której doradzałby "kontrolowany deficyt", po paru latach padłaby na pysk, ponieważ żaden inwestor nie finansowałby firmy tak finansowo niepłynnej. Ale że państwo może zdzierać z ludzi podatki przemocą, to dla Grzesia stan permanentnego zadłużenia jest czymś normalnym. Obywatel nie może sprzedać swych udziałów w tak źle zarządzanym państwie.

Cóż, w dalszej części artykułu Kołodko wreszcie napisał coś z sensem - a mianowicie, iż niezbędne jest [ekhm] 'względne zrównoważenie finansów publicznych' i redukcja wydatków. Niestety dodał, iż również zwiększenie dochodów poprzez podniesienie podatków. Ah, ci keynesiści, niewolnicy tegoż nieszczęsnego równania, nie rozumieją, że zasoby odciągane z gospodarki czy to poprzez podatki - czy poprzez wydatki rządu - to właśnie przyczyna gospodarczych niepowodzeń, niskiego realnego wzrostu, bezrobocia, małej konkurencyjności firm, załamania się eksportu itd. Im mniejszy budżet państwa, tym lepiej dla gospodarki, ponieważ wtedy może działać efektywnie prywatna przedsiębiorczość, zaspokajając żądania konsumentów. Ale jest chyba jasne, że dla Kołodki i reszty faszystów to nie konsument i jego szczęście są celem gospodarki, tylko IMPERATYWY wzięte kompletnie z powietrza, i mokrych snów o potędze proroka Grzegorza.

W dalszej części artykułu Kołodko wymienia 9 punktów granicznych planu dostosowania fiskalnego, ale to już pozostawiam słuchaczom do oceny i wyciągnięcia wniosków. Nie będzie to trudne.

Grzegorz Kołodko to typ człowieka, który w latach 30-stych tworzyłby jakże efektywne plany ożywienia gospodarki Niemiec przez jak najbardziej efektywną likwidację firm żydowskich i alokowanie uwolnionego w ten sposób kapitału, by minimalizować wykluczenie społeczne niemieckiej klasy robotniczej. Bo przecież mechanizmy rynkowe zawiodły, czyż nie?
On doskonale wie, że nie zawiodły - tylko nie pozwolono im działać. Nie pozwolono, by takie szuje jak on, na stanowiskach urzędniczych, mogły zabawiać się przestawianiem pionków na ekonomicznej szachownicy. Pogrobowiec Keynesa i Hitlera, Grzegorz Kołodko, to niebezpieczny szaleniec, nikczemny amoralny makiawelista, którego jedynym celem jest zniszczenie gospodarki rynkowej i oddanie władzy nad ludźmi biurokratycznej kaście Nadludzi, którym już nikt się nie sprzeciwi - a na tronie Naczelnego Planisty zasiądzie sam prorok Grzegorz.

Ty kurwo ty kurwo ty kurwo ty kurwo TY KURWO

wtorek, 21 grudnia 2010

Rzecz o "fenomenie chińskim" i ogólnie interwencjonizmie w inwestycje

Wolny rynek nie załatwi wszystkiego. Nikomu nie będzie opłacało się wybudować nowych kolei, bo na zwrot inwestycji przyszedłby dopiero po kilkudziesięciu latach. Kiedy w Brazylii miażdząca część ludzi mieszkała na wybrzeżu, a reszta kraju była gospodarczo na niskim poziomie Państwo musiało podjąć decyzję o wybudowaniu w głei nowej stolicy kraju, aby tan obszar i dojazd do niego zaktywizować. Wolny rynek by tego nie załatwił.

prawie zaplułem monitor, gdy to czytałem. 14-letni gówniarz nie byłby w stanie napisać takiego kretynizmu przy zdrowych zmysłach. Ad rem. Owszem, nikomu nie będzie się opłacało wybudować nowych kolei, jeśli okres zwrotu inwestycji wynosi kilkadziesiąt lat, a stopa procentowa jest wysoka - opłaca się wówczas wykorzystywać kapitał w inwestycjach zwracających się znacznie wcześniej. Oznacza to, że społeczeństwo DOBROWOLNIE preferuje konsumować więcej teraz, i wybiera inwestycje bardziej pilne, o mniejszej liczbie etapów. Dopiero, gdy zaoszczędzi więcej, powstanie więcej kapitału i stopa procentowa spadnie do 3-4%, opłacalne stanie się inwestować w dłuższe procesy produkcji, np. w koleje, a potem choćby w hi-tech (gdzie same badania zajmują kilka lat). Tylko ignorant ekonomiczny, nierozumiejący teorii kapitału, może naiwnie sądzić, iż niedostatek kapitału i niechęć społeczeństwa do konsumowania mniej można "przeskoczyć" przez siłową interwencję państwa. W imię czego? Prestiżu ludzi u władzy, bo mają koleje, którymi można się pochwalić przed zagranicznymi dyplomatami? Tak właśnie się to odbywa w Chinach, gdzie zbudowano z nakładów państwa (czyli chińskich podatników) kolejkę na poduszce magnetycznej, którą jeżdżą tylko członkowie oligarchii, ponieważ żaden prywatny inwestor nie byłby skłonny wtopić takiej ilości kapitału w budowę tego "cudu techniki" w żadnym zachodnim państwie. W Chinach, gdzie nie istnieją prawa własności, można poza tym łatwo wywłaszczyć miliony wieśniaków pod budowę tego typu pomników próżności władzy. Tylko, że nie służy to tak naprawdę niczemu, konsumuje oszczędności obywateli, sztucznie zaniżając ich stopę życiową, i spowalniając wszelkie naturalne procesy wzrostu gospodarki. Ograniczeń kapitałowych się NIE PRZESKOCZY nakazem władzy.
W przypadku Brazylii i rzekomej "aktywizacji" centralnych regionów kraju, mamy do czynienia z tym samym. Zamiast cierpliwie czekać na wzrost podaży realnych oszczędności obywateli poprzez liberalizację gospodarki i obniżanie obciążeń fiskalnych, jak również znosząc wszelkie bariery dla inwestycji zagranicznych, upośledzony umysłowo rząd chciał "przeskoczyć" naturalne procesy, i wymusić sztuczne 'inwestycje', mając na celu chwytny slogan "aktywizacji" regionu. Oczywiście rezultat był i nadal jest porażką, a koszty utraconych możliwości - przeogromne. Zresztą podobnie "udane" próby gwałcenia praw ekonomii mają miejsce w Państwie Środka, choćby zbudowanie od podstaw nowego miasta na 300 000 mieszkańców przy granicy z Mongolią, gdzie nie mieszka nikt - oczywiście do czasu, aż przymusowo przesiedlą kilkaset wsi.
Nazywanie racjonalnych argumentów ekonomicznych "fanatyzmem wolnego rynku" jest oznaką subhumanizmu, a jak wiadomo, z podludźmi nie wchodzi się w negocjacje, nie zawiera kompromisów - tylko bezlitośnie wiesza, gdy nadchodzi Dzień Sznura.

środa, 12 maja 2010

Dlaczego prezydentem winien być Korwin?

Oto odpowiedź:



I parę moich odpowiedzi na popularne wątpliwości:

Jasne że trzeba ograniczać obciążenia fiskalne, ale bez przesady, jakaś solidarność społeczna musi być.


ot, po prostu, musi być i już, bo tak!
wg tej logiki, solidarność społeczna = przyzwolenie by okradano wydajnych, pracowitych, pomysłowych, rzutkich, przedsiębiorczych.
Niestety, krótkowzroczni solidaryści nie dostrzegają, że to dzięki wydajnym, pracowitym, pomysłowym, rzutkim i przedsiębiorczym w ogóle mają co do michy wsadzić, i to bynajmniej nie z powodu ich dobroduszności, tylko z egoistycznej żądzy zysku. Pogoń za zyskiem = dobrobyt, a nie jakieś mrzonki o 'solidarności' czytaj dokarmianiu robactwa.

No bo co zrobić z osobami niezaradnymi życiowo, alkoholikami, inwalidami itp.? Pacjent pisał o filantropii - jak to sobie wyobrażasz , jak w latach dwudziestych XX wieku, ochronki dla dzieci i miska zupy? Pomoc dla takich osób musi być zorganizowana systemowo, a nie na zasadzie dobrego pana co to kilka złotych rzuci.


i dlatego filantropią nie może zajmować się państwo, ponieważ tylko prywatne inicjatywy są w stanie zorganizować wydajny system pomocy - jak choćby w USA. Co więcej, namawianie by tylko państwo zajmowało się filantropią na zasadzie odbierania pod przymusem producentom, opłacenia bezdusznych urzędasów i rzuceniu pozostałych ochłapów każdemu, kto się nawinie pod jakieś absurdalne kryterium - to zakamuflowane ludobójstwo.

Jasne że ten system często jest niewydolny, pieniądze często są marnowane, trzeba go usprawniać ale nie można tak po prostu z niego zrezygnować.


nie da się usprawnić systemu, który a priori nie może być wydajny! państwowa poczta działa źle zawsze i wszędzie; państwowa służba zdrowia działa źle zawsze i wszędzie; państwowe szkolnictwo działa źle zawsze i wszędzie; państwowe sądy działają źle zawsze i wszędzie. A ten jeszcze się łudzi, że państwowa filantropia, oparta na przymusowym zaborze mienia, będzie działać dobrze.

A co do tego uwielbienia USA przez JKM- to chyba w tym kraju jest kilkanaście czy też kilkadziesiąt milionów osób nie ubezpieczonych a więc nie mających prawa do opieki medycznej


opieka medyczna to nie jest prawo. opieka medyczna to usługa, którą się kupuje na rynku. USA do tej pory miało najwyższy standard usług medycznych i cały swiat przylatywał do USA by się leczyć. To, że obywatele nie mieli przymusu ubezpieczania się, było akurat zaletą tamtego i tak mocno etatystycznego systemu - po prostu wydawali pieniądze na leczenie wtedy, kiedy potrzebowali. Ich ciało, ich pieniądze - ich ryzyko.
Ustawa Obamy o socjalizacji lecznictwa, to zdemolowanie amerykańskiego rynku usług medycznych, i stworzenie takiej patologii, jaka panuje u nas, w UK czy np. w Kanadzie, której mieszkańcy leczyli się w USA - co tylko świadczy o jakości ich systemu.

Dochodzi do tego że moja znajoma mieszkając w stanach od dobrych kilku lat , pracując legalnie, przylatuje do Polski np. na tydzień po to żeby pójść do dentysty i poleczyć sobie zęby, bo jej się to bardziej opłaca niż by miała się leczyć w stanach. Tam ją po prostu na to nie stać, mimo że ma całkiem dobrze płatną pracę.


to ciekawe, bo mój znajomy twierdzi co innego - ale widocznie można komucha wyciągnąć z dżungli, a nadal dżungla w nim tkwi. Ale nie zapominaj, że USA to nie jest kraj wolnorynkowy, i żeby otworzyć gabinet dentystyczny w niektórych stanach, trzeba uzyskać niezwykle trudną do zdobycia licencję. W państwie liberalnym takich głupot oczywiście nie będzie, i będziesz mógł pójść do dentysty z Ukrainy za pół ceny.

haha, czyli teraz, zalozmy, korwin zostaje prezydentem, a UPR wchodzi do rzadu (mokry sen internetowych debili ktorzy nie ruchaja) - postepuja zgodnie z wlasnym programem, znosza socjal, czyli np. robia calkowita prywatyzacje sluzby zdrowia. jak widzisz taka sytuajce w OBECNYCH warunkach?\


Jak widzę taką sytuację w OBECNYCH warunkach? Zapewne tak, jak widział sytuację w ÓWCZESNYCH warunkach Ronald Reagan, gdy wprowadzał reaganomikę. Zapewne tak, jak widziała sytuację w ÓWCZESNYCH warunkach Margaret Thatcher, gdy wprowadzała swoje reformy (UK była państwem z dyktaturą związków zawodowych, a jednak się udało) - wystawiając podczas expose "Konstytucję wolności" F.A. Hayeka ze słowami "w TO wierzymy!". Zapewne tak, jak widział sytuację w ÓWCZESNYCH warunkach Richard Prebble, premier Nowej Zelandii, który zliberalizował jedno z najbardziej etatystycznych państw w latach 80. Zapewne tak, jak widział sytuację w ÓWCZESNYCH warunkach Mart Laar, premier Estonii w 1991 r., kraju SOCJALISTYCZNYM.
Serio, nie wiem czy dało się bardziej skompromitować, niż Riven w momencie napisania powyższego płaczliwego posta.
Polecam obowiązkową lekturę - Tomasz Cukiernik "Prawicowa koncepcja państwa".


Naprawde myslisz że gdyby wprowadzić program Korwina to bezrobocie nagle spadloby do kilku procent?


w ogole nie byloby bezrobocia. Bezrobocie to wymysł rządowych statystyków, gdyż ten wskaźnik jest potem potrzebny politykom do "walki z bezrobociem".

Jest wiele przesłanek ktore falsyfikują tą tezę.


apodyktycznie prawdziwych zdań prakseologicznych nie da się sfalsyfikować. Próba falsyfikacji twierdzenia "człowiek działa" jest już działaniem, więc nieszczęśnik wpada w samozaprzeczenie - a więc samozaorywa się.

jeśli nawet wszelkie podatki zredukował byś do zera to i tak pod względem ceny produktu z takimi chińczykami nie wygrasz,


a po co masz wygrywać z Chińczykami? Z Chin trzeba importować co się da, a produkcję krajową przestawiać na to, czego Chiny nie są w stanie wyprodukować. Od tego jest wolny rynek i polscy przedsiębiorcy, by dociec co się opłaca i co przynosi największy zysk. A podatki i regulacje im w tym skutecznie przeszkadzają, więc tak czy siak muszą być zminimalizowane. Twoje zdanie jest pozbawione wszelkiego sensu logicznego i ekonomicznego, swoją drogą. By coś zaimportować, trzeba mieć czym zapłacić. By ściągnąć z kogoś podatek - ten ktoś też musi coś wyprodukować, na co jest zbyt na rynku. A ty nadal jesteś na poziomie magicznego rozumienia gospodarki - że państwo tworzy coś z niczego. No bądźmy poważni.

Jednym słowem cofnelibyśmy się do świata znanego z "Ziemi obiecanej".


nie z "Ziemi obiecanej", a z XIX w. USA, czyli najszybciej bogacącego się społeczeństwa na Ziemi. Obecnie te ideały realizuje Hong Kong, i jakoś nie słychać o uciekających z Hong Kongu głodujących chłopach czy pracownikach wyzyskiwanych przez chciwych fabrykantów. :lol:

Cały problem ze zwolennikami upr i podobnych partii polega na tym że wbiliście sobie do głowy jakąś tam koncepcje teoretyczną i usiłujecie do niej dostosować rzeczywistość.


O tym, jak rządzący krajami Europy zwolennicy "trzeciej drogi", "kompromisu" i "solidarności" zaklinają rzeczywistość można było się przekonać obserwując ostatnie wydarzenia w Grecji.
Coś jeszcze chcesz dodać?

Teoria ekonomiczna, na której opierają się zwolennicy wolności gospodarczej, jest NIE DO OBALENIA zarówno na gruncie empirycznym - tu wielki wkład wniósł Milton Friedman; jak i na gruncie czystej logiki (Mises).
Polecam książkę "Liberalizm w tradycji klasycznej" Misesa , tudzież "Kapitalizm i wolność" Friedmana.

Tylko że gospodarka jak i życie ogólnie to dużo bardziej skomplikowane równania.


gospodarka i życie - TO NIE SĄ RÓWNANIA. to właśnie zwolennicy państwowego interwencjonizmu, trzeciej drogi, solidaryzmu itd., oczywiście ci z tytułami naukowymi, wierzą w zbrodniczo fałszywą koncepcję, że ekonomia to równania matematyczne, i można wyliczyć "optymalny" poziom podatków, wydatków, regulacji, poziomu cen, stóp procentowych, itd.
Podczas gdy liberałowie, głównie ze Szkoły Austriackiej, od początku stawiali na indywidualizm metodologiczny - iż to pojedynczy działający człowiek stanowi podstawę analizy ekonomicznej, a nie abstrakcyjne agregaty w równaniach. Stąd oparta na tym aksjomacie ("człowiek działa") teoria ekonomiczna jest zawsze prawdziwa. Po prostu, nie można obalić prawa popytu i podaży, choćbyś nie wiem jak zaklinał rzeczywistość, niczym polscy rolnicy którzy się dziwią, ze jak mają duże zbiory, to im mało płacą, i vice versa. :lol:

Co do filantropii jestem jak najbardziej za, tylko że to nie może być jedyny sposob pomocy osobom nieprzystosowanym,wykluczonym, chocby dlatego że muszą istnieć jakieś standarty takiej pomocy, jakies progi.


co ty tak z tymi wykluczonymi, łzawy metalowcu? ludzie nieprzystosowani są nieprzystosowani dlatego, że nie mają motywacji się przystosować, w czym im opiekuńcze państwo zupełnie nie pomaga. Prywatna filantropia jest o tyle lepsza, że nie rozdaje pieniędzy za darmo i byle komu. Polega bardziej na dawaniu wędki, niż ryby. Mit o wykluczonych i nieprzystosowanych natychmiast pryska, gdy nadzieja na darmowy obiad mija bezpowrotnie.

Można sobie wyobrazić że nagle ludzie przestaja byc chojni bo jest krach na gieldzie , kryzys itp., to co wtedy,biedny może zdechnąć z głodu?.


krach i kryzys, to domena państw o przeregulowanej i nadmiernie obciążonej podatkami gospodarce, gdzie państwo zakłóca funkcjonowanie rynków. Niebawem wychodzi na ten temat po polsku sztandarowe dzieło "Wielki kryzys w Ameryce" Rothbarda.
Natomiast NIGDY się nie zdarzyło jeszcze, by w cywilizowanym kraju biedny zdechł z głodu - ponieważ im bogatsze społeczeństwo, tym lepiej zaopatrzone śmietniki, tym hojniej działają choćby kościoły - podstawa prywatnej filantropii. Przestań się mazać.
Bogatsze społeczeństwo lepiej sobie radzi z każdym kryzysem, a tylko społeczeństwo liberalne może się wzbogacić. Wnioski są oczywiste.

Aha i wcale nie jestem zwolennikiem państwa socjalnego, a na pewno nie takiego w typie np. Szwecji, jestem zwolennikiem zdrowego rozsądku, kompromisu między interesami pracodawców a interesem ogółu społeczeństwa


Interes ogółu społeczeństwa polega na tym, by ludzie mieli jak najłatwiejszy dostęp do jak najszerszej gamy jak najtańszych dóbr o jak najwyższej jakości. Innymi słowy - interes ogółu społeczeństwa polega na tym, że to konsument jest PANEM i WŁADCĄ, a nie jest nim: ani pracownik, ani pracodawca, ani urzędnik, ani polityk.
I już.
Gdy nie ma żadnych barier prawnych i instytucjonalnych, by wejść na rynek; Gdy nie ma żadnych przepisów ograniczających podaż pracy; Gdy nie ma żadnych podatków obciążających pracę; Gdy nie ma żadnych podatków obciążających zysk, zarówno z działalności gosp. jak i z kapitału; TO WÓWCZAS interesy pracodawców i tzw. ogółu społeczeństwa są jak najbardziej zbieżne.
Oczywiście nikt nie może liczyć na jakąkolwiek zapomogę, dotację, subwencję od państwa! Inaczej znowu wraca walka o łup, i interesy antagonizują się.

Stąd jedynie państwo-minimum jest w stanie zapewnić stabilność i 'spokój społeczny'.