Gazeta Wyborcza, zawsze czujna na wszelkie przejawy nieprawomyślności i ksenofobii, zamieściła (bez konsultacji z głównym zainteresowanym) ten dość nierzetelny artykuł, choć w sumie jako parodia dziennikarstwa to nawet się nadaje - zwłaszcza cytaty z "wywiadu" i rzekoma autoprezentacja, wzięta z jakiejś troll-strony.
Sama sprawa natomiast jest smutna. Człowiek całe życie walczy z rasizmem, faszyzmem, zamordyzmem - o wolność słowa, a tu takie zaskoczenie. Otóż rzeczony utwór o "białej kurwie czarnucha", znany z płyty "Kapitalizm, głupcze!", to przede wszystkim dobitna i sardoniczna ilustracja tego, co się dzieje w sferze stosunków damsko-męskich, zainspirowana artykułami m.in. z Wyborczej nt. tego, jakim dobrym biznesem jest uwodzenie Polek na wakacjach np. w Egipcie przez Arabów, załatwianie sobie wizy do Polski, a następnie puszczanie takiej naiwnej z torbami. Jednocześnie kąśliwe przedstawienie hipokryzji tych, którzy właśnie krzyczą na te poszkodowane kobiety "białe kurwy czarnucha", samemu widocznie nie rozumiejąc, że nie stanowią dla Polek wystarczająco wartościowych mężczyzn, skoro tamte muszą jeździć do ciepłych krajów, by zostać zaspokojone - choć je to koniec końców drogo kosztuje. Natomiast marna reputacja Polek zagranicą to już rzecz nie do odbudowania, obawiam się.
poniedziałek, 23 września 2013
Tak bardzo prześladowany
Etykiety:
biała pięść,
gazeta,
kelthuz,
nienawiści,
oskarżenia,
prokuratura,
propagowanie,
rasizm,
wyborcza
czwartek, 29 sierpnia 2013
Koniec Bretton Woods. Płynne kursy pustych walut
Koniec Bretton Woods
Ostateczna groźba europejskich rządów wymiany eurodolarów na złoto spowodowała decyzję prezydenta Nixona do całkowitego zawieszenia wypłat w złocie. Po raz pierwszy w historii dolar był zupełnie pusty, nie posiadając żadnego pokrycia. Teraz już żadna waluta (poza frankiem szwajcarskim) nie miała związku z kruszcem. Widmo horrorów gospodarczych lat 30-tych wywołało próbę narzucenia światu przez USA Umowy Waszyngtońskiej 18 grudnia 1971 r.
Patetycznie określana przez Nixona „największą umową monetarną w dziejach świata”, była jeszcze bardziej niestabilna i obarczona błędami, niż Bretton Woods i system z lat 20. Ponownie państwa obowiązały się do utrzymywania sztywnych kursów wymiany, ale wyłącznie w oparciu o zaniżony parytet do dolara. USA pozwoliły sobie na niewielkie ustępstwo – dewaluację kursu dolara do poziomu 38 $ za uncję. Przyznały się tym samym, że wszelkie wcześniejsze zapewnienia o „permanentnej” cenie 35 $ za uncję były nierealistyczne.
Jednakże ogromna inflacja w USA, połączona ze stagnacją gospodarczą i kontrolą cen (tzw. stagflacja)1, pogarszającym się bilansem płatniczym, wykluczała możliwość utrzymania stałych kursów walut, opartych na dolarze. Cena złota wzrosła do 215 $ za uncję. Stało się jasne, że dolar jest o wiele przeszacowany, a mocne europejskie waluty, zwłaszcza marka, oraz japoński jen – niedoszacowane. Nastąpiła panika w lutym i marcu 1973 r. RFN, Francja i Szwajcaria zaprzestały kupowania dolarów w celu podtrzymania zawyżonej wartości amerykańskiej waluty. System sztywnych kursów bez pokrycia w złocie zawalił się.
IV. Płynne kursy pustych walut
Po upadku systemu Bretton Woods, świat znalazł się znowu w sytuacji, gdy poszczególne waluty uzyskały płynny kurs wobec siebie. Rządy oczywiście starały się sterować kursami swoich krajowych walut, stąd nazwa „brudne” pływanie (dirty floating). USA zdewaluowały dolara do symbolicznej wartości 42 $ za uncję, co nie miało większego znaczenia przy wolnorynkowej cenie złota o wiele powyżej tej kwoty, ale natychmiast spowodowało wzrost wartości innych walut. W takich warunkach nadwyżki dolara i niekorzystny bilans płatniczy przestały gnębić świat. Amerykańscy eksporterzy cieszyli się ze spadku kursu dolara i obniżki cen produktów amerykańskich na rynku światowym. Bilans płatniczy USA poprawił się.
Pomimo zachwytów ekonomistów ze szkoły monetarystycznej, jak Milton Friedman, taki system pieniężny daleki był od doskonałości. Kraje o twardych walutach nie mogły w nieskończoność przyglądać się wzrostowi kursów ich walut i obniżaniu się eksportu na rzecz konkurencji amerykańskiej. Widmo wojen handlowych i dewaluacji na wyścigi, znanych z lat 30-tych, było całkiem realne. Do tego dochodziła inflacja wewnętrzna w USA, którą poważnie odczuwali amerykańscy konsumenci. Zarówno z powodu wysokich cen dla turystów amerykańskich zagranicą, jak i wysokich cen produktów eksportowych na rynku wewnętrznym w USA (głównie zboża i mięsa). Jak widać, zysk eksporterów przy obniżaniu kursu waluty zawsze odbywa się kosztem poziomu życia konsumentów.
Odejście od sztywnego kursu wobec złota i przyjęcie friedmanowskiej utopii płynnych kursów natychmiast spowodowało najdłuższy i najbardziej intensywny okres inflacji w historii USA i świata. Na powyższym wykresie widać, jak koniec ery Bretton Woods skutkuje nagłym wzrostem wskaźnika cen konsumpcyjnych, mierzącym inflację cenową w USA. O ile od czasu powołania Rezerwy Federalnej do końca ery Bretton Woods dolar amerykański stracił 41% wartości (w wyniku dewaluacji z parytetu 1/20 uncji do 1/35 uncji złota w 1934 r.), tak odcięcie wszelkich więzów ze złotem i przyspieszona inflacja monetarna w wykonaniu Fed drastycznie osłabiła dolara tak, że w momencie pisania tego tekstu dolar stracił ponad 96% swojej wartości w stosunku do złotego dolara sprzed roku 1913. Złoto stale drożało, wywołując osłupienie zarówno wśród ekonomistów keynesistowskich, jak i friedmanowców, którzy przewidywali spadek cen uwolnionego od dolara złota do 8$ za uncję. Jedynie spadkobiercy myśli Ludwiga von Misesa i Friedricha von Hayeka nie byli zaskoczeni. Gdy w latach 50. i 60. jeden z nich, Jacques Rueff, doradca prezydenta De Gaulle'a, postulował standard złota z nową ceną 70 $ za uncję, skonstatowano, iż cena ta jest niewiarygodnie wysoka. Z dzisiejszej perspektywy widać, że była raczej niewiarygodnie niska.
Permanentna inflacja dolara, która umożliwia permanentne zadłużanie się rządu USA na kwoty niewyobrażalne, jest możliwa z tego wyłącznie powodu, że dolar nadal pełni rolę waluty światowej, w której prowadzone są rozliczenia na giełdach świata, głównie za surowce. Ten popyt na dolara jako walutę rozliczeniową wciąż podbija jego kurs, mimo iż od strony podażowej prasy drukarskie Rezerwy Federalnej i system bankowy niezmiennie od 1984 r. pompują coraz więcej coraz mniej wartościowych dolarów. O tym, jak ekspansja pustego pieniądza i zaniżanie stopy procentowej zniekształca rynki kapitałowe i prowadzi do rozprzestrzeniania się błędnych inwestycji, nadwyrężających strukturę produkcji, co prowadzi do kryzysów koniunkturalnych, pisali najwięksi ekonomiści XX wieku – Ludwig von Mises i Friedrich von Hayek.23 Ten ostatni w 1974 r. za swój wkład w austriacką teorię cyklów koniunkturalnych otrzymał nagrodę im. Alfreda Nobla z ekonomii. Mimo to przestrogi Austriaków są lekceważone a ich teoria wyśmiewana przez takich ekonomicznych dyletantów, jak keynesista Paul Krugman. Inflacyjne działania Rezerwy Federalnej przyczyniły się do kolejnych kryzysów w USA na świecie: kryzysu 1987; boomu spółek technologicznych lat 90-tych i ich krachu w roku 2000; bańki nieruchomości lat 2000-2008 i jej załamania, co spowodowało kryzys finansowy instytucji kredytujących bańkę. Za każdym razem Rezerwa Federalna nie potrafiła przyznać się do winy, natomiast remedium, jakie stosowała, to dalsze drukowanie dolarów bez pokrycia i zaniżanie stopy procentowej. W systemie standardu złota takie działania nie byłyby możliwe, i kryzys ukazałby prawdziwy obraz niedopasowań na rynku i w strukturze produkcji gospodarki. Wiele inwestycji musiałoby zostać przerwanych, kapitał upłynniony, a firmy zrestrukturyzowane. Tymczasem, dzięki pustemu pieniądzowi papierowemu, Rezerwa Federalna na polecenie rządu może tuszować wszelkie znamiona choroby ekonomicznej przez zwiększenie podaży pieniądza i obniżenie stóp procentowych w celu odratowania nierentownych banków i podtrzymywania iluzji, iż np. wybudowane masowo domy były inwestycją rentowną.4
Masowo emitowane dolary w dużej mierze opuszczają terytorium USA i służą jako środek rozliczeniowy w transakcjach międzynarodowych. Największy zasób dolarów posiadają Chiny – główny partner handlowy USA – oraz kraje arabskie, eksportujące za dolary ropę. Tak, jak w latach 50-tych i 60-tych z gromadzonymi eurodolarami w krajach europejskich, tak obecnie sinodolary i petrodolary trzymane są jako rezerwy. Chiny do tego używają posiadanych dolarów w celu skupywania obligacji skarbowych USA, finansując bilionowe deficyty Amerykanów.5 I tak, jak pod koniec lat 60-tych Francja i inne kraje europejskie żądając wypłaty złota za dolary zdemaskowały USA jako bankruta – tak nadejdzie moment, gdy Chiny zażądają wypłaty za swoje obligacje. USA nie stać na wywiązanie się z tych zobowiązań. Zapewne posunie się do jedynej znanej rządzącym metody – uruchomi kolejną prasę drukarską, i spłaci dług przez inflację. Chińczycy dostaną kolejną stertę dolarów, tym razem wartych zapewne mniej, niż papier, na którym zostały wydrukowane. Czy oznaczać to będzie ostateczny upadek systemu opartego na pustym pieniądzu papierowym? Czy wystarczy to do powrotu do standardu złota, opartego na klasycznych założeniach i przestrogach takich ekonomistów, jak Mises i Hayek?
Bibliografia:
„Austriacy o standardzie złota” praca zbiorowa, Wyd. Instytut Misesa, Warszawa 2009
David Ricardo „Zasady ekonomii politycznej i opodatkowania”, przeł. Jan Drewnowski, PWN, Warszawa 1957
Friedrich von Hayek „Prices and Production” (1931) New York: Augustus M. Kelley Publishers, 1967. Dostęp elektroniczny Mises Institute 2011.
Henry Hazlitt „Ekonomia w jednej lekcji” Wyd. Instytut Misesa, Warszawa 2012
Hans-Herman Hoppe „Ekonomia i etyka prywatnej własności” Wyd. Fijorr Publishing, Warszawa 2010
Jesus Huerta de Soto „Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne” Wyd. Instytut Misesa, Warszawa 2009
Carl Menger „Principles of Economics” Wyd. New York University 1976, dostęp elektroniczny Mises Institute 2004.
Ludwig von Mises „Ludzkie działanie: Traktat o ekonomii” Wyd. Instytut Misesa, Warszawa 2007
Ludwig von Mises „Teoria pieniądza i kredytu” Wyd. Fijorr Publishing, Warszawa 2012
George Reisman „Government Against The Economy”. Dostęp elektroniczny Mises Institute
Murray Rothbard „Złoto, banki, ludzie” Wyd. Fijorr Publishing, Warszawa 2004
Murray Rothbard „Tajniki bankowości” Wyd. Fijorr Publishing, Warszawa 2007
Murray Rothbard „Wielki Kryzys w Ameryce” Wyd. Instytut Misesa, Warszawa 2010
Thomas E. Woods jr. „Meltdown: A Free-Market Look at Why the Stock Market Collapsed, the Economy Tanked, and Government Bailouts Will Make Things Worse” Regnery Press 2009
Ostateczna groźba europejskich rządów wymiany eurodolarów na złoto spowodowała decyzję prezydenta Nixona do całkowitego zawieszenia wypłat w złocie. Po raz pierwszy w historii dolar był zupełnie pusty, nie posiadając żadnego pokrycia. Teraz już żadna waluta (poza frankiem szwajcarskim) nie miała związku z kruszcem. Widmo horrorów gospodarczych lat 30-tych wywołało próbę narzucenia światu przez USA Umowy Waszyngtońskiej 18 grudnia 1971 r.
Patetycznie określana przez Nixona „największą umową monetarną w dziejach świata”, była jeszcze bardziej niestabilna i obarczona błędami, niż Bretton Woods i system z lat 20. Ponownie państwa obowiązały się do utrzymywania sztywnych kursów wymiany, ale wyłącznie w oparciu o zaniżony parytet do dolara. USA pozwoliły sobie na niewielkie ustępstwo – dewaluację kursu dolara do poziomu 38 $ za uncję. Przyznały się tym samym, że wszelkie wcześniejsze zapewnienia o „permanentnej” cenie 35 $ za uncję były nierealistyczne.
Jednakże ogromna inflacja w USA, połączona ze stagnacją gospodarczą i kontrolą cen (tzw. stagflacja)1, pogarszającym się bilansem płatniczym, wykluczała możliwość utrzymania stałych kursów walut, opartych na dolarze. Cena złota wzrosła do 215 $ za uncję. Stało się jasne, że dolar jest o wiele przeszacowany, a mocne europejskie waluty, zwłaszcza marka, oraz japoński jen – niedoszacowane. Nastąpiła panika w lutym i marcu 1973 r. RFN, Francja i Szwajcaria zaprzestały kupowania dolarów w celu podtrzymania zawyżonej wartości amerykańskiej waluty. System sztywnych kursów bez pokrycia w złocie zawalił się.
IV. Płynne kursy pustych walut
Po upadku systemu Bretton Woods, świat znalazł się znowu w sytuacji, gdy poszczególne waluty uzyskały płynny kurs wobec siebie. Rządy oczywiście starały się sterować kursami swoich krajowych walut, stąd nazwa „brudne” pływanie (dirty floating). USA zdewaluowały dolara do symbolicznej wartości 42 $ za uncję, co nie miało większego znaczenia przy wolnorynkowej cenie złota o wiele powyżej tej kwoty, ale natychmiast spowodowało wzrost wartości innych walut. W takich warunkach nadwyżki dolara i niekorzystny bilans płatniczy przestały gnębić świat. Amerykańscy eksporterzy cieszyli się ze spadku kursu dolara i obniżki cen produktów amerykańskich na rynku światowym. Bilans płatniczy USA poprawił się.
Pomimo zachwytów ekonomistów ze szkoły monetarystycznej, jak Milton Friedman, taki system pieniężny daleki był od doskonałości. Kraje o twardych walutach nie mogły w nieskończoność przyglądać się wzrostowi kursów ich walut i obniżaniu się eksportu na rzecz konkurencji amerykańskiej. Widmo wojen handlowych i dewaluacji na wyścigi, znanych z lat 30-tych, było całkiem realne. Do tego dochodziła inflacja wewnętrzna w USA, którą poważnie odczuwali amerykańscy konsumenci. Zarówno z powodu wysokich cen dla turystów amerykańskich zagranicą, jak i wysokich cen produktów eksportowych na rynku wewnętrznym w USA (głównie zboża i mięsa). Jak widać, zysk eksporterów przy obniżaniu kursu waluty zawsze odbywa się kosztem poziomu życia konsumentów.
Odejście od sztywnego kursu wobec złota i przyjęcie friedmanowskiej utopii płynnych kursów natychmiast spowodowało najdłuższy i najbardziej intensywny okres inflacji w historii USA i świata. Na powyższym wykresie widać, jak koniec ery Bretton Woods skutkuje nagłym wzrostem wskaźnika cen konsumpcyjnych, mierzącym inflację cenową w USA. O ile od czasu powołania Rezerwy Federalnej do końca ery Bretton Woods dolar amerykański stracił 41% wartości (w wyniku dewaluacji z parytetu 1/20 uncji do 1/35 uncji złota w 1934 r.), tak odcięcie wszelkich więzów ze złotem i przyspieszona inflacja monetarna w wykonaniu Fed drastycznie osłabiła dolara tak, że w momencie pisania tego tekstu dolar stracił ponad 96% swojej wartości w stosunku do złotego dolara sprzed roku 1913. Złoto stale drożało, wywołując osłupienie zarówno wśród ekonomistów keynesistowskich, jak i friedmanowców, którzy przewidywali spadek cen uwolnionego od dolara złota do 8$ za uncję. Jedynie spadkobiercy myśli Ludwiga von Misesa i Friedricha von Hayeka nie byli zaskoczeni. Gdy w latach 50. i 60. jeden z nich, Jacques Rueff, doradca prezydenta De Gaulle'a, postulował standard złota z nową ceną 70 $ za uncję, skonstatowano, iż cena ta jest niewiarygodnie wysoka. Z dzisiejszej perspektywy widać, że była raczej niewiarygodnie niska.
Permanentna inflacja dolara, która umożliwia permanentne zadłużanie się rządu USA na kwoty niewyobrażalne, jest możliwa z tego wyłącznie powodu, że dolar nadal pełni rolę waluty światowej, w której prowadzone są rozliczenia na giełdach świata, głównie za surowce. Ten popyt na dolara jako walutę rozliczeniową wciąż podbija jego kurs, mimo iż od strony podażowej prasy drukarskie Rezerwy Federalnej i system bankowy niezmiennie od 1984 r. pompują coraz więcej coraz mniej wartościowych dolarów. O tym, jak ekspansja pustego pieniądza i zaniżanie stopy procentowej zniekształca rynki kapitałowe i prowadzi do rozprzestrzeniania się błędnych inwestycji, nadwyrężających strukturę produkcji, co prowadzi do kryzysów koniunkturalnych, pisali najwięksi ekonomiści XX wieku – Ludwig von Mises i Friedrich von Hayek.23 Ten ostatni w 1974 r. za swój wkład w austriacką teorię cyklów koniunkturalnych otrzymał nagrodę im. Alfreda Nobla z ekonomii. Mimo to przestrogi Austriaków są lekceważone a ich teoria wyśmiewana przez takich ekonomicznych dyletantów, jak keynesista Paul Krugman. Inflacyjne działania Rezerwy Federalnej przyczyniły się do kolejnych kryzysów w USA na świecie: kryzysu 1987; boomu spółek technologicznych lat 90-tych i ich krachu w roku 2000; bańki nieruchomości lat 2000-2008 i jej załamania, co spowodowało kryzys finansowy instytucji kredytujących bańkę. Za każdym razem Rezerwa Federalna nie potrafiła przyznać się do winy, natomiast remedium, jakie stosowała, to dalsze drukowanie dolarów bez pokrycia i zaniżanie stopy procentowej. W systemie standardu złota takie działania nie byłyby możliwe, i kryzys ukazałby prawdziwy obraz niedopasowań na rynku i w strukturze produkcji gospodarki. Wiele inwestycji musiałoby zostać przerwanych, kapitał upłynniony, a firmy zrestrukturyzowane. Tymczasem, dzięki pustemu pieniądzowi papierowemu, Rezerwa Federalna na polecenie rządu może tuszować wszelkie znamiona choroby ekonomicznej przez zwiększenie podaży pieniądza i obniżenie stóp procentowych w celu odratowania nierentownych banków i podtrzymywania iluzji, iż np. wybudowane masowo domy były inwestycją rentowną.4
Masowo emitowane dolary w dużej mierze opuszczają terytorium USA i służą jako środek rozliczeniowy w transakcjach międzynarodowych. Największy zasób dolarów posiadają Chiny – główny partner handlowy USA – oraz kraje arabskie, eksportujące za dolary ropę. Tak, jak w latach 50-tych i 60-tych z gromadzonymi eurodolarami w krajach europejskich, tak obecnie sinodolary i petrodolary trzymane są jako rezerwy. Chiny do tego używają posiadanych dolarów w celu skupywania obligacji skarbowych USA, finansując bilionowe deficyty Amerykanów.5 I tak, jak pod koniec lat 60-tych Francja i inne kraje europejskie żądając wypłaty złota za dolary zdemaskowały USA jako bankruta – tak nadejdzie moment, gdy Chiny zażądają wypłaty za swoje obligacje. USA nie stać na wywiązanie się z tych zobowiązań. Zapewne posunie się do jedynej znanej rządzącym metody – uruchomi kolejną prasę drukarską, i spłaci dług przez inflację. Chińczycy dostaną kolejną stertę dolarów, tym razem wartych zapewne mniej, niż papier, na którym zostały wydrukowane. Czy oznaczać to będzie ostateczny upadek systemu opartego na pustym pieniądzu papierowym? Czy wystarczy to do powrotu do standardu złota, opartego na klasycznych założeniach i przestrogach takich ekonomistów, jak Mises i Hayek?
Bibliografia:
„Austriacy o standardzie złota” praca zbiorowa, Wyd. Instytut Misesa, Warszawa 2009
David Ricardo „Zasady ekonomii politycznej i opodatkowania”, przeł. Jan Drewnowski, PWN, Warszawa 1957
Friedrich von Hayek „Prices and Production” (1931) New York: Augustus M. Kelley Publishers, 1967. Dostęp elektroniczny Mises Institute 2011.
Henry Hazlitt „Ekonomia w jednej lekcji” Wyd. Instytut Misesa, Warszawa 2012
Hans-Herman Hoppe „Ekonomia i etyka prywatnej własności” Wyd. Fijorr Publishing, Warszawa 2010
Jesus Huerta de Soto „Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne” Wyd. Instytut Misesa, Warszawa 2009
Carl Menger „Principles of Economics” Wyd. New York University 1976, dostęp elektroniczny Mises Institute 2004.
Ludwig von Mises „Ludzkie działanie: Traktat o ekonomii” Wyd. Instytut Misesa, Warszawa 2007
Ludwig von Mises „Teoria pieniądza i kredytu” Wyd. Fijorr Publishing, Warszawa 2012
George Reisman „Government Against The Economy”. Dostęp elektroniczny Mises Institute
Murray Rothbard „Złoto, banki, ludzie” Wyd. Fijorr Publishing, Warszawa 2004
Murray Rothbard „Tajniki bankowości” Wyd. Fijorr Publishing, Warszawa 2007
Murray Rothbard „Wielki Kryzys w Ameryce” Wyd. Instytut Misesa, Warszawa 2010
Thomas E. Woods jr. „Meltdown: A Free-Market Look at Why the Stock Market Collapsed, the Economy Tanked, and Government Bailouts Will Make Things Worse” Regnery Press 2009
środa, 21 sierpnia 2013
Bretton Woods (Krótka historia monetarna Zachodu)
Bretton Woods
Międzynarodowa konferencja w Bretton Woods w stanie New Hampshire w połowie 1944 r. skutkowała narodzeniem się nowego porządku monetarnego. Kongres ratyfikował jego wprowadzenie w USA w 1945 r. Miał zapewnić nową erę pełnej stabilności monetarnej i pokojowej współpracy opartej na międzynarodowym podziale pracy. Jednak jego założenia nie różniły się zasadniczo od standardu dewizowo-złotego z lat 20. Zamiast funta, kluczową walutą pozostawał już tylko dolar amerykański, z parytetem 1/35 uncji złota. Nie był on już wymienialny na złoto przez zwykłych obywateli, a więc podobnie jak funt w latach 20., jego podaż nie mogła być dyscyplinowana przez obywateli kraju emitującego. Z przywileju wymienialności korzystać mogły tylko obce banki centralne. Trzymały one jednak coraz większe rezerwy dolarowe, na których opierały emisję swoich walut krajowych. Dolar rzekomo był as good as gold, stanowił potencjalnie doskonałą rezerwę, by zapewnić stabilny system pieniądza światowego. Same USA po wojnie posiadały rezerwy złota w wysokości około 25 miliardów dolarów, co wystarczało początkowo na pełne zaufanie do dolara, jako waluty rezerwowej tożsamej ze złotem. Dawało też władzom monetarnym USA bodziec do budowania na podstawie rezerw złota sporej piramidy papierowych dolarów, z czego skwapliwie skorzystały niemal natychmiast. Pojawiło się zjawisko stałej powojennej inflacji, które trwa do tej pory, a nawet jest beztrosko uważane za coś pożądanego dla rozwoju gospodarczego.1
W 1945 roku dolar był niedoszacowany w stosunku do pozostałych walut, które powróciły do starych, zawyżonych kursów (np. funt szterling do parytetu 4,86 dolara), co wywołało niedobór dolara przy ogromnym popycie na amerykański eksport. Rząd USA zdecydował, by zaradzić temu przez pomoc zagraniczną, finansowaną oczywiście z kieszeni amerykańskiego podatnika – głównie w postaci Planu Marshalla. Natomiast władze monetarne USA kontynuowały inflacyjną ekspansję pieniądza i kredytu, co z biegiem lat wywołało zwrot w handlu międzynarodowym. Kraje europejskie, za wyjątkiem Wielkiej Brytanii, tym razem postawiły na względnie „twardy pieniądz”, głównie pod wpływem doradców związanych z nowoutworzonym klasycznie liberalnym Towarzystwem Mont Pelerin pod wodzą Friedricha von Hayeka, jednego z największych ekonomistów wszech czasów. Wielka Brytania natomiast, wzorem USA, kontynuowała inflację, finansując swoje państwo opiekuńcze, co zmusiło ją do dewaluacji funta, przez pewien okres nawet do 2,40 dolara. Jednakże rosnąca produktywność pozostałych krajów Europy, głównie Niemiec, rządzonych przez szkołę ordoliberalną Röpkego, Euckena i Erharda, oraz Japonii, prowadziła do ciągłego pogarszania się bilansu płatniczego Stanów Zjednoczonych. Inflacja w USA w porównaniu z Europą i Japonią, była coraz większa. Brak wymienialności dolara na złoto przez zwykłych obywateli amerykańskich uniemożliwiał stosowne działania dyscyplinujące, a reguły gry wymyślone w Bretton Woods zakładały, że kraje Europy Zachodniej będą stale zwiększać swoje rezerwy dolarowe i wykorzystywać je do zwiększania podaży walut krajowych w ciągłej spirali inflacji.
Tak się jednak nie stało. Kraje Europy, prowadzące politykę twardszego pieniądza, przestały widzieć sens w gromadzeniu tracących na wartości dolarów. Dolar stał się pieniądzem niechcianym. Prym w narzekaniach na Bretton Woods i hegemonię dolara wiodła tradycyjnie antyamerykańska Francja pod wodzą Charlesa De Gaulle'a, którego głównym doradcą monetarnym był zwolennik klasycznego standardu złota, Jacques Rueff. Jednakże skargi Europy zostały zbyte lekceważeniem i pogardą ze strony USA, które nadal uważały się za jedynego wybawcę Europy z piekła II Wojny Światowej, i otwarcie oświadczyły, że nadal będą uprawiać politykę „beztroskiego lekceważenia” międzynarodowych skutków monetarnych swoich działań.
Rezultaty można było łatwo przewidzieć, tak jak przewidział je już w 1961 r. Michał Anioł Heilperin:
I tak też się stało. Europa dysponowała prawnie zagwarantowaną możliwością wymiany dolarów na złoto po kursie 35 dolarów za uncję. Kontrolna funkcja standardu złota tutaj dawała o sobie znać. Rządy europejskie korzystały coraz skwapliwiej z możliwości wymiany coraz bardziej bezwartościowych dolarów na złoto, które od początku lat 50. zaczęło nieprzerwanie odpływać z USA. Zasoby złota w rezerwach amerykańskich skurczyły się z ponad 20 miliardów do ledwie 9. Zasada leżąca u podstaw systemu Bretton Woods zaczęła topnieć w posadach, ale nie wywołało to w żadnym wypadku zmiany kursu polityki monetarnej USA. Amerykanie natomiast zaczęli wywierać naciski na rządy europejskie, by powstrzymać je przed wymianą tzw. eurodolarów (w kwocie 80 mld) na złoto, którego USA już nie miało. Te naciski przypominały jako żywo zabiegi Brytyjczyków, próbujących powstrzymać Francję przed wymianą salda w funtach szterlingach na złoto w 1931 r., oprócz tego, że były znacznie silniejsze. Jednak żadna siła rządu nie powstrzyma stałych, niezmiennych i bezlitosnych praw ekonomicznych3. Tak, jak beztrosko inflatująca walutę Wielka Brytania w latach 20. nie miała jak spłacić swych zobowiązań w złocie w 1931 r., tak równo 40 lat później z tych samych powodów USA nie były w stanie honorować swych własnych obietnic, leżących u podstaw systemu Bretton Woods. 15 sierpnia 1971 r. Richard Nixon dokonał „zamknięcia okienka ze złotem”. Ale zanim to nastąpiło, w 1968 r. w wyniku gróźb zażądania wypłat w złocie, USA wprowadziły tzw. dwupoziomowy rynek złota, który miał odizolować wolny rynek złota od działań banków centralnych. Te ostatnie miały od tej pory wyłącznie obracać złotem po cenie 35 dolarów za uncję między sobą w postaci żetonów, a rynek „zewnętrzny” realizujący prywatny popyt na złoto miał iść własnym torem, bez wpływu na organizację systemu pieniężnego. USA również naciskały na wprowadzenie SDR-ów (Special Drawing Rights) – specjalnych praw ciągnienia, nowego rodzaju rezerwy papierowej, która miałaby docelowo zastąpić złoto jako walutę światową. Umożliwiłoby to nieograniczoną inflację we współpracy z innymi rządami, kontrolującymi przyszły Światowy Bank Rezerw. Jednakże kraje zachodnioeuropejskie zwalczały pomysł SDR-ów od samego początku.
W systemie dwupoziomowego rynku złota wszyscy ekonomiści głównego nurtu spodziewali się, że złoto na wolnym rynku zniknie z międzynarodowego systemu pieniężnego po odcięciu go od dolara, a jego cena spadnie do szacowanego poziomu „przemysłowego” złota, ok. 10 dolarów za uncję. Nigdy tak jednak się nie stało – cena złota nigdy nie spadła nawet poniżej 35 dolarów, tylko stale utrzymywała się powyżej tego poziomu, co pokazuje, jak bardzo inflacja Rezerwy Federalnej zniszczyła wartość dolara. Już w 1973 r. cena uncji złota osiągnęła wartość 125 dolarów. Żaden z ekonomistów głównego nurtu, zwolenników pieniądza papierowego, nie podejrzewał, że to się stanie. Dni dolara as good as gold i systemu Bretton Woods były policzone, gdy wszyscy widzieli, iż parytet 35 $ za uncję był od początku nierealistyczny.
Międzynarodowa konferencja w Bretton Woods w stanie New Hampshire w połowie 1944 r. skutkowała narodzeniem się nowego porządku monetarnego. Kongres ratyfikował jego wprowadzenie w USA w 1945 r. Miał zapewnić nową erę pełnej stabilności monetarnej i pokojowej współpracy opartej na międzynarodowym podziale pracy. Jednak jego założenia nie różniły się zasadniczo od standardu dewizowo-złotego z lat 20. Zamiast funta, kluczową walutą pozostawał już tylko dolar amerykański, z parytetem 1/35 uncji złota. Nie był on już wymienialny na złoto przez zwykłych obywateli, a więc podobnie jak funt w latach 20., jego podaż nie mogła być dyscyplinowana przez obywateli kraju emitującego. Z przywileju wymienialności korzystać mogły tylko obce banki centralne. Trzymały one jednak coraz większe rezerwy dolarowe, na których opierały emisję swoich walut krajowych. Dolar rzekomo był as good as gold, stanowił potencjalnie doskonałą rezerwę, by zapewnić stabilny system pieniądza światowego. Same USA po wojnie posiadały rezerwy złota w wysokości około 25 miliardów dolarów, co wystarczało początkowo na pełne zaufanie do dolara, jako waluty rezerwowej tożsamej ze złotem. Dawało też władzom monetarnym USA bodziec do budowania na podstawie rezerw złota sporej piramidy papierowych dolarów, z czego skwapliwie skorzystały niemal natychmiast. Pojawiło się zjawisko stałej powojennej inflacji, które trwa do tej pory, a nawet jest beztrosko uważane za coś pożądanego dla rozwoju gospodarczego.1
W 1945 roku dolar był niedoszacowany w stosunku do pozostałych walut, które powróciły do starych, zawyżonych kursów (np. funt szterling do parytetu 4,86 dolara), co wywołało niedobór dolara przy ogromnym popycie na amerykański eksport. Rząd USA zdecydował, by zaradzić temu przez pomoc zagraniczną, finansowaną oczywiście z kieszeni amerykańskiego podatnika – głównie w postaci Planu Marshalla. Natomiast władze monetarne USA kontynuowały inflacyjną ekspansję pieniądza i kredytu, co z biegiem lat wywołało zwrot w handlu międzynarodowym. Kraje europejskie, za wyjątkiem Wielkiej Brytanii, tym razem postawiły na względnie „twardy pieniądz”, głównie pod wpływem doradców związanych z nowoutworzonym klasycznie liberalnym Towarzystwem Mont Pelerin pod wodzą Friedricha von Hayeka, jednego z największych ekonomistów wszech czasów. Wielka Brytania natomiast, wzorem USA, kontynuowała inflację, finansując swoje państwo opiekuńcze, co zmusiło ją do dewaluacji funta, przez pewien okres nawet do 2,40 dolara. Jednakże rosnąca produktywność pozostałych krajów Europy, głównie Niemiec, rządzonych przez szkołę ordoliberalną Röpkego, Euckena i Erharda, oraz Japonii, prowadziła do ciągłego pogarszania się bilansu płatniczego Stanów Zjednoczonych. Inflacja w USA w porównaniu z Europą i Japonią, była coraz większa. Brak wymienialności dolara na złoto przez zwykłych obywateli amerykańskich uniemożliwiał stosowne działania dyscyplinujące, a reguły gry wymyślone w Bretton Woods zakładały, że kraje Europy Zachodniej będą stale zwiększać swoje rezerwy dolarowe i wykorzystywać je do zwiększania podaży walut krajowych w ciągłej spirali inflacji.
Tak się jednak nie stało. Kraje Europy, prowadzące politykę twardszego pieniądza, przestały widzieć sens w gromadzeniu tracących na wartości dolarów. Dolar stał się pieniądzem niechcianym. Prym w narzekaniach na Bretton Woods i hegemonię dolara wiodła tradycyjnie antyamerykańska Francja pod wodzą Charlesa De Gaulle'a, którego głównym doradcą monetarnym był zwolennik klasycznego standardu złota, Jacques Rueff. Jednakże skargi Europy zostały zbyte lekceważeniem i pogardą ze strony USA, które nadal uważały się za jedynego wybawcę Europy z piekła II Wojny Światowej, i otwarcie oświadczyły, że nadal będą uprawiać politykę „beztroskiego lekceważenia” międzynarodowych skutków monetarnych swoich działań.
Rezultaty można było łatwo przewidzieć, tak jak przewidział je już w 1961 r. Michał Anioł Heilperin:
Standard waluty dewizowo-złotej, czyli międzynarodowy system pieniężny częściowo oparty na złocie, częściowo na walutach wymienialnych na złoto, który pierwotnie wprowadzono w okresie miedzywojennym, a przywrócono po cichu po II wojnie światowej, okazał się bardzo niebezpieczny. Sprzyja bowiem inflacji w fazie optymistycznej (ekspansji) oraz deflacji (lub nawet zapaści) w fazie pesymistycznej (ograniczenia podaży pieniądza), powoduje deficyt bilansu płatniczego, i to chroniczny, w państwach, których waluta jest wykorzystywana zagranicą jako waluta rezerwowa (ponieważ te państwa nie spłacają swoich zobowiązań związanych z deficytem, (…) lecz jedynie zwiększają zadłużenie zagraniczne w walutach wymienialnych na złoto). Im dłużej trwa faza ekspansji w standardzie waluty dewizowo-złotej, tym bardziej rosną zobowiązania zagraniczne państw z kluczową walutą i tym większe jest ryzyko wystąpienia kryzysu zaufania na skalę międzynarodową oraz żądania wymiany ogromnych kwot na złoto i upadku międzynarodowego systemu pieniężnego.
Jeśli państwa z kluczową walutą dążą do zrównoważenia rozliczeń z zagranicą, podaż ich walut dla celów rezerwy spada. W istocie każdy standard waluty dewizowo-złotej musi upaść, albo po cichu, wskutek rozważnej polityki państw, które używają kluczowych walut, albo w atmosferze chaosu wywołanego kryzysem zaufania do kluczowych walut i żądaniem ich wymiany na złoto2.
I tak też się stało. Europa dysponowała prawnie zagwarantowaną możliwością wymiany dolarów na złoto po kursie 35 dolarów za uncję. Kontrolna funkcja standardu złota tutaj dawała o sobie znać. Rządy europejskie korzystały coraz skwapliwiej z możliwości wymiany coraz bardziej bezwartościowych dolarów na złoto, które od początku lat 50. zaczęło nieprzerwanie odpływać z USA. Zasoby złota w rezerwach amerykańskich skurczyły się z ponad 20 miliardów do ledwie 9. Zasada leżąca u podstaw systemu Bretton Woods zaczęła topnieć w posadach, ale nie wywołało to w żadnym wypadku zmiany kursu polityki monetarnej USA. Amerykanie natomiast zaczęli wywierać naciski na rządy europejskie, by powstrzymać je przed wymianą tzw. eurodolarów (w kwocie 80 mld) na złoto, którego USA już nie miało. Te naciski przypominały jako żywo zabiegi Brytyjczyków, próbujących powstrzymać Francję przed wymianą salda w funtach szterlingach na złoto w 1931 r., oprócz tego, że były znacznie silniejsze. Jednak żadna siła rządu nie powstrzyma stałych, niezmiennych i bezlitosnych praw ekonomicznych3. Tak, jak beztrosko inflatująca walutę Wielka Brytania w latach 20. nie miała jak spłacić swych zobowiązań w złocie w 1931 r., tak równo 40 lat później z tych samych powodów USA nie były w stanie honorować swych własnych obietnic, leżących u podstaw systemu Bretton Woods. 15 sierpnia 1971 r. Richard Nixon dokonał „zamknięcia okienka ze złotem”. Ale zanim to nastąpiło, w 1968 r. w wyniku gróźb zażądania wypłat w złocie, USA wprowadziły tzw. dwupoziomowy rynek złota, który miał odizolować wolny rynek złota od działań banków centralnych. Te ostatnie miały od tej pory wyłącznie obracać złotem po cenie 35 dolarów za uncję między sobą w postaci żetonów, a rynek „zewnętrzny” realizujący prywatny popyt na złoto miał iść własnym torem, bez wpływu na organizację systemu pieniężnego. USA również naciskały na wprowadzenie SDR-ów (Special Drawing Rights) – specjalnych praw ciągnienia, nowego rodzaju rezerwy papierowej, która miałaby docelowo zastąpić złoto jako walutę światową. Umożliwiłoby to nieograniczoną inflację we współpracy z innymi rządami, kontrolującymi przyszły Światowy Bank Rezerw. Jednakże kraje zachodnioeuropejskie zwalczały pomysł SDR-ów od samego początku.
W systemie dwupoziomowego rynku złota wszyscy ekonomiści głównego nurtu spodziewali się, że złoto na wolnym rynku zniknie z międzynarodowego systemu pieniężnego po odcięciu go od dolara, a jego cena spadnie do szacowanego poziomu „przemysłowego” złota, ok. 10 dolarów za uncję. Nigdy tak jednak się nie stało – cena złota nigdy nie spadła nawet poniżej 35 dolarów, tylko stale utrzymywała się powyżej tego poziomu, co pokazuje, jak bardzo inflacja Rezerwy Federalnej zniszczyła wartość dolara. Już w 1973 r. cena uncji złota osiągnęła wartość 125 dolarów. Żaden z ekonomistów głównego nurtu, zwolenników pieniądza papierowego, nie podejrzewał, że to się stanie. Dni dolara as good as gold i systemu Bretton Woods były policzone, gdy wszyscy widzieli, iż parytet 35 $ za uncję był od początku nierealistyczny.
piątek, 16 sierpnia 2013
Płynne kursy pustych walut, 1931-1945
Płynne kursy pustych walut, 1931-1945
Powrócił chaos monetarny znany z okresu wojny. Konkurujące dewaluacje, regulacje kursów wymiany, bariery w handlu spowodowały załamanie się międzynarodowego handlu i inwestycji. Stany Zjednoczone jedną decyzję – Taryfą Smoota-Hawleya, podnoszącą cła importowe do 50%, praktycznie zniszczyły cały światowy podział pracy i wolny handel. Rozszalała się gospodarcza, jak i monetarna wojna pomiędzy poszczególnymi blokami walutowymi. Pojawiła się praktyka wymiany barterowej w handlu zagranicznym. Narastała nieufność i skłócenie rządów. To właśnie konflikty pieniężne i gospodarcze lat 30-tych były jedną z głównych przyczyn wybuchu II wojny światowej1.
Niekompetentna i zupełnie nieprzygotowana do poradzenia sobie z Wielkim Kryzysem administracja prezydenta Franklina D. Roosevelta zdecydowała się na tragiczny w dziejach historii monetarnej krok. W 1934 zakazano Amerykanom posiadać złoto, dokonano konfiskaty prywatnie posiadanego złota pod groźbą 10 lat więzienia, i zdewaluowano zniszczonego przez inflację dolara do 1/35 uncji złota. Mogły go wymieniać na złoto tylko obce rządy i ich banki centralne. Pozostawiono więc nominalny związek ze złotem, co w połączeniu z chaosem na rynku pieniężnym w Europie wywołało napływ złota do USA, postrzeganych jako ostatnia bezpieczna przystań.
Zerwanie przez kraje europejskie więzi ze złotem i w efekcie załamanie się handlu międzynarodowego pokazuje, jak iluzoryczna i błędna jest konstrukcja płynnych kursów pustych walut, którą proponował w późniejszym okresie nie kto inny, a Milton Friedman, rzekomo zwolennik wolnego rynku i wolnego handlu.2 Sytuacja, gdzie pełną i wyłączną kontrolę nad podażą pieniądza ma rząd i jego bank centralny, a emitowany środek płatniczy jest pieniądzem fiducjarnym, niepokrytym realnym towarem, może skutkować tylko spiralą coraz wyższej inflacji i dewaluacji, oraz napięć na arenie międzynarodowej.
Ta pierwsza lekcja z konsekwencji złej polityki monetarnej, skutkujących tragedią II Wojny Światowej, doprowadziła do chęci odbudowy trwałego międzynarodowego systemu pieniężnego, potrafiącego zapewnić odrodzenie się światowego handlu i korzystanie z owoców międzynarodowego podziału pracy.
Powrócił chaos monetarny znany z okresu wojny. Konkurujące dewaluacje, regulacje kursów wymiany, bariery w handlu spowodowały załamanie się międzynarodowego handlu i inwestycji. Stany Zjednoczone jedną decyzję – Taryfą Smoota-Hawleya, podnoszącą cła importowe do 50%, praktycznie zniszczyły cały światowy podział pracy i wolny handel. Rozszalała się gospodarcza, jak i monetarna wojna pomiędzy poszczególnymi blokami walutowymi. Pojawiła się praktyka wymiany barterowej w handlu zagranicznym. Narastała nieufność i skłócenie rządów. To właśnie konflikty pieniężne i gospodarcze lat 30-tych były jedną z głównych przyczyn wybuchu II wojny światowej1.
Niekompetentna i zupełnie nieprzygotowana do poradzenia sobie z Wielkim Kryzysem administracja prezydenta Franklina D. Roosevelta zdecydowała się na tragiczny w dziejach historii monetarnej krok. W 1934 zakazano Amerykanom posiadać złoto, dokonano konfiskaty prywatnie posiadanego złota pod groźbą 10 lat więzienia, i zdewaluowano zniszczonego przez inflację dolara do 1/35 uncji złota. Mogły go wymieniać na złoto tylko obce rządy i ich banki centralne. Pozostawiono więc nominalny związek ze złotem, co w połączeniu z chaosem na rynku pieniężnym w Europie wywołało napływ złota do USA, postrzeganych jako ostatnia bezpieczna przystań.
Zerwanie przez kraje europejskie więzi ze złotem i w efekcie załamanie się handlu międzynarodowego pokazuje, jak iluzoryczna i błędna jest konstrukcja płynnych kursów pustych walut, którą proponował w późniejszym okresie nie kto inny, a Milton Friedman, rzekomo zwolennik wolnego rynku i wolnego handlu.2 Sytuacja, gdzie pełną i wyłączną kontrolę nad podażą pieniądza ma rząd i jego bank centralny, a emitowany środek płatniczy jest pieniądzem fiducjarnym, niepokrytym realnym towarem, może skutkować tylko spiralą coraz wyższej inflacji i dewaluacji, oraz napięć na arenie międzynarodowej.
Ta pierwsza lekcja z konsekwencji złej polityki monetarnej, skutkujących tragedią II Wojny Światowej, doprowadziła do chęci odbudowy trwałego międzynarodowego systemu pieniężnego, potrafiącego zapewnić odrodzenie się światowego handlu i korzystanie z owoców międzynarodowego podziału pracy.
Etykiety:
dirty float,
milton friedman,
płynne kursy,
smoot-hawley,
standard złota,
wolny handel
środa, 7 sierpnia 2013
III. Upadek standardu złota
III. Upadek standardu złota
I Wojna Światowa i system waluty dewizowo-złotej
Z dniem wybuchu I Wojny Światowej system monetarny świata, a więc również nierozerwalnie z nim związany handel międzynarodowy i podział pracy, uległy zniszczeniu. Coraz silniejsza władza rządów poszczególnych krajów nad gospodarką i walutą spowodowała, że uczestniczące w wojnie państwa po prostu zawiesiły wymienialność swych walut na złoto, łamiąc wszelkie obietnice będące warunkiem funkcjonowania standardu złota. Jak pisze Rothbard w „Złoto, banki, ludzie”:
Oczywiście taka sytuacja w tamtych czasach była uważana za aberrację i większość ekonomistów pragnęła znaleźć sposób na przywrócenie dawnej stabilności monetarnej. Niestety, jako, że większość walut krajów europejskich w wyniku inflacyjnego finansowania wydatków wojennych straciła na wartości wobec dolara i złota, przywrócenie standardu kruszcowego wymagałoby ustanowienia nowego parytetu tych walut wobec tych ostatnich. Funt brytyjski, który przed wojną odpowiadał 4,86 dolara, z powodu inflacji po wojnie był wart jedynie 3,50 dolara2. Brytyjscy politycy z powodów prestiżowych nie zgodzili się na dewaluację funta i przywrócili stary parytet. Rezultatem były zawyżone ceny produktów brytyjskich na światowych rynkach, zbyt wysokie płace brytyjskich robotników i ogólna niekonkurencyjność gospodarki brytyjskiej. Rozwiązaniem mogłaby być stosowna deflacja, a więc obniżenie cen i płac w funtach w całej gospodarce – do czego niestety nie chciały dopuścić związki zawodowe i przyzwyczajenie się społeczeństwa brytyjskiego do permanentnego wzrostu cen. W takich warunkach drastyczny spadek cen byłby uznany (mylnie!) za katastrofę.3
Jedynym ratunkiem dla Wielkiej Brytanii byłby taki nowy międzynarodowy system pieniężny, który uprzywilejowywałby funta brytyjskiego, a rządy pozostałych krajów zmuszał do zwiększania podaży pieniądza, bądź przywrócenia standardu złota po zawyżonych parytetach, co równoważyłoby drogi eksport z Wielkiej Brytanii. I tak właśnie postąpiono – na konferencji w Genui w 1922 Wielka Brytania walnie przyczyniła się do stworzenia nowego międzynarodowego porządku monetarnego: standardu waluty dewizowo-złotej.
O ile Stany Zjednoczone pozostały przy klasycznym standardzie złota i wypłacały złoto za dolary, Wielka Brytania i pozostałe kraje weszły w 1926 r. do standardu pseudo-złota. Nie wypłacano już za funta i inne waluty złotych monet, tylko duże sztaby złota, a więc nadające się tylko do obsługi dużych transakcji międzynarodowych. Zwykły obywatel nie miał możliwości odzyskania prawdziwego pieniądza za papierowe kwity, które rząd mógł drukować w dowolnej ilości. Pozwalało to zwiększyć inflację zarówno banknotów, jak i pieniądza bankowego (depozytów i kredytów). Co więcej, Wielka Brytania wypłacała za funty nie tylko sztaby złota, ale i dolary, a inne kraje wypłacały za swoje waluty – funty. Rezultatem był w tych krajach zawyżony parytet krajowej waluty w stosunku do złota, co było na rękę Wielkiej Brytanii. Powstała piramida: na złocie opierały się dolary, na dolarach funty, na funtach pozostałe waluty. Jak widać, w tym pseudo-standardzie złota to dolar i funt były walutami kluczowymi.
Opisany przez Davida Hume'a w XVIII w. mechanizm odpływu kruszcu, zabezpieczający przed inflacją i deficytem w bilansie płatniczym, w takim systemie nie działał. Brak możliwości dyscyplinowania polityki gospodarczej groźbą odpływu kruszcu motywował do dalszego powiększenia inflacji i finansowania z niej rodzącego się rozdętego państwa opiekuńczego – zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w krajach europejskich, które zamiast złota, trzymały rezerwy w funtach i na bazie tych rezerw kreowały dodatkową podaż własnej waluty. Wielka Brytania przekonała również Stany Zjednoczone, by same zwiększyły podaż dolara, by zapobiec odpływowi rezerw złota i dolarów do USA.4
Taki system był wewnętrznie niestabilny, i załamanie się inflacyjnego boomu w 1929 r. pokazało wszystkie jego wady. Przy próbie wymiany przez Francję salda funtów szterlingów na złoto, Wielka Brytania była zmuszona całkowicie odejść od standardu złota. Wkrótce inne kraje Europy podążyły jej śladem.5
W Polsce natomiast, dzięki reformom Władysława Grabskiego i ustanowieniu parytetu nowej waluty - złotego do złota 1 zł = 0,2903 grama, identycznego jak przy franku szwajcarskim, polska waluta pozostała wyjątkowo stabilna przez cały okres do 1939 r., zachowując pełną wymienialność. Polska i Szwajcaria miały najbardziej stabilną walutę w okresie międzywojennym w Europie.
I Wojna Światowa i system waluty dewizowo-złotej
Z dniem wybuchu I Wojny Światowej system monetarny świata, a więc również nierozerwalnie z nim związany handel międzynarodowy i podział pracy, uległy zniszczeniu. Coraz silniejsza władza rządów poszczególnych krajów nad gospodarką i walutą spowodowała, że uczestniczące w wojnie państwa po prostu zawiesiły wymienialność swych walut na złoto, łamiąc wszelkie obietnice będące warunkiem funkcjonowania standardu złota. Jak pisze Rothbard w „Złoto, banki, ludzie”:
„(...)świat doświadczał tego, co niektórzy współcześni ekonomiści nazywają nirwaną swobodnie wahających się kursów wymiany (nazywa się je również „systemem płynnych kursów walutowych, brudną płynnością – dirty float”), konkurencyjnych dewaluacji, zwalczających się bloków walutowych, kontroli kursów wymiany, ceł i kontyngentów oraz załamania się międzynarodowego handlu i inwestycji.(...) na całym świecie zapanował chaos pieniężny.”1
Oczywiście taka sytuacja w tamtych czasach była uważana za aberrację i większość ekonomistów pragnęła znaleźć sposób na przywrócenie dawnej stabilności monetarnej. Niestety, jako, że większość walut krajów europejskich w wyniku inflacyjnego finansowania wydatków wojennych straciła na wartości wobec dolara i złota, przywrócenie standardu kruszcowego wymagałoby ustanowienia nowego parytetu tych walut wobec tych ostatnich. Funt brytyjski, który przed wojną odpowiadał 4,86 dolara, z powodu inflacji po wojnie był wart jedynie 3,50 dolara2. Brytyjscy politycy z powodów prestiżowych nie zgodzili się na dewaluację funta i przywrócili stary parytet. Rezultatem były zawyżone ceny produktów brytyjskich na światowych rynkach, zbyt wysokie płace brytyjskich robotników i ogólna niekonkurencyjność gospodarki brytyjskiej. Rozwiązaniem mogłaby być stosowna deflacja, a więc obniżenie cen i płac w funtach w całej gospodarce – do czego niestety nie chciały dopuścić związki zawodowe i przyzwyczajenie się społeczeństwa brytyjskiego do permanentnego wzrostu cen. W takich warunkach drastyczny spadek cen byłby uznany (mylnie!) za katastrofę.3
Jedynym ratunkiem dla Wielkiej Brytanii byłby taki nowy międzynarodowy system pieniężny, który uprzywilejowywałby funta brytyjskiego, a rządy pozostałych krajów zmuszał do zwiększania podaży pieniądza, bądź przywrócenia standardu złota po zawyżonych parytetach, co równoważyłoby drogi eksport z Wielkiej Brytanii. I tak właśnie postąpiono – na konferencji w Genui w 1922 Wielka Brytania walnie przyczyniła się do stworzenia nowego międzynarodowego porządku monetarnego: standardu waluty dewizowo-złotej.
O ile Stany Zjednoczone pozostały przy klasycznym standardzie złota i wypłacały złoto za dolary, Wielka Brytania i pozostałe kraje weszły w 1926 r. do standardu pseudo-złota. Nie wypłacano już za funta i inne waluty złotych monet, tylko duże sztaby złota, a więc nadające się tylko do obsługi dużych transakcji międzynarodowych. Zwykły obywatel nie miał możliwości odzyskania prawdziwego pieniądza za papierowe kwity, które rząd mógł drukować w dowolnej ilości. Pozwalało to zwiększyć inflację zarówno banknotów, jak i pieniądza bankowego (depozytów i kredytów). Co więcej, Wielka Brytania wypłacała za funty nie tylko sztaby złota, ale i dolary, a inne kraje wypłacały za swoje waluty – funty. Rezultatem był w tych krajach zawyżony parytet krajowej waluty w stosunku do złota, co było na rękę Wielkiej Brytanii. Powstała piramida: na złocie opierały się dolary, na dolarach funty, na funtach pozostałe waluty. Jak widać, w tym pseudo-standardzie złota to dolar i funt były walutami kluczowymi.
Opisany przez Davida Hume'a w XVIII w. mechanizm odpływu kruszcu, zabezpieczający przed inflacją i deficytem w bilansie płatniczym, w takim systemie nie działał. Brak możliwości dyscyplinowania polityki gospodarczej groźbą odpływu kruszcu motywował do dalszego powiększenia inflacji i finansowania z niej rodzącego się rozdętego państwa opiekuńczego – zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w krajach europejskich, które zamiast złota, trzymały rezerwy w funtach i na bazie tych rezerw kreowały dodatkową podaż własnej waluty. Wielka Brytania przekonała również Stany Zjednoczone, by same zwiększyły podaż dolara, by zapobiec odpływowi rezerw złota i dolarów do USA.4
Taki system był wewnętrznie niestabilny, i załamanie się inflacyjnego boomu w 1929 r. pokazało wszystkie jego wady. Przy próbie wymiany przez Francję salda funtów szterlingów na złoto, Wielka Brytania była zmuszona całkowicie odejść od standardu złota. Wkrótce inne kraje Europy podążyły jej śladem.5
W Polsce natomiast, dzięki reformom Władysława Grabskiego i ustanowieniu parytetu nowej waluty - złotego do złota 1 zł = 0,2903 grama, identycznego jak przy franku szwajcarskim, polska waluta pozostała wyjątkowo stabilna przez cały okres do 1939 r., zachowując pełną wymienialność. Polska i Szwajcaria miały najbardziej stabilną walutę w okresie międzywojennym w Europie.
piątek, 2 sierpnia 2013
Międzynarodowy standard złota w praktyce
Międzynarodowy standard złota w praktyce
Dolar został zdefiniowany jako 1/20 uncji złota. Był to stały i niezmienny parytet. Funt szterling w standardzie złota równy był 4,87 dolarom amerykańskim, czyli w przybliżeniu 1/4 uncji złota. Te stałe relacje wymiany walut narodowych w oparciu o jednostkę wagową złota stanowiły o sensie istnienia międzynarodowego standardu złota. Zapewniały stabilność monetarną wszystkich międzynarodowych transakcji i obiektywną miarę wartości w handlu zagranicznym. Jak tłumaczy Hans-Herman Hoppe w „Ekonomii i etyce prywatnej własności”1, warunkiem zaawansowanego rozwoju gospodarczego jest przejście z barteru do wymiany pieniężnej również w handlu międzynarodowym. Istnienie jednej waluty – złota – choć pod różnymi nazwami walut narodowych, wydatnie zmniejsza koszty transakcyjne handlu zagranicznego na tej samej zasadzie, na jakiej wyłonienie się jednego środka wymiany w gospodarce lokalnej zmniejsza koszty transakcyjne i wyceny dóbr w porównaniu do barteru.
Co więcej, międzynarodowy standard złota zapewniał rynkowy mechanizm ograniczający potencjał inflacyjny rządów i utrzymujący w równowadze bilans płatniczy. Nawet, jeśli jeden kraj, np. Anglia, zaczyna ekspansję kredytową przy użyciu banknotów Banku Anglii, to następuje inflacja cenowa dóbr krajowych i zwiększony import z zagranicy, podczas gdy eksport spada. Deficyt w bilansie płatniczym musi zostać uregulowany złotem, co powoduje presję na Bank Anglii, by zmniejszył ekspansję monetarną, co prowadzi do skutków odwrotnych od poprzednich – spadek cen krajowych, spadek importu, zwiększenie się eksportu – i wyrównanie bilansu płatniczego i powstrzymanie odpływu złota. Zjawisko to opisał już w XVIII w. David Hume.
Dzięki tym cechom międzynarodowy standard złota od połowy XIX w. aż do wybuchu I Wojny Światowej był odpowiedzialny za bezprecedensowy wzrost standardu życia na całym świecie; rozwój gospodarczy, jakiego świat wcześniej nie widział; zintegrowanie rynków światowych, jak również zintegrowanie społeczności całego świata w jeden gospodarczy organizm. Wolny handel światowy – to niezbędne narzędzie w drodze do dobrobytu, mógł być możliwy tylko dzięki międzynarodowemu standardowi złota. Esencją XIX-wiecznej „belle epoque” był właśnie ten standard twardej światowej waluty. Jak pisał młody John Maynard Keynes o świecie przed rokiem 1914 w „The Economic Consequences of the Peace”:
Dolar został zdefiniowany jako 1/20 uncji złota. Był to stały i niezmienny parytet. Funt szterling w standardzie złota równy był 4,87 dolarom amerykańskim, czyli w przybliżeniu 1/4 uncji złota. Te stałe relacje wymiany walut narodowych w oparciu o jednostkę wagową złota stanowiły o sensie istnienia międzynarodowego standardu złota. Zapewniały stabilność monetarną wszystkich międzynarodowych transakcji i obiektywną miarę wartości w handlu zagranicznym. Jak tłumaczy Hans-Herman Hoppe w „Ekonomii i etyce prywatnej własności”1, warunkiem zaawansowanego rozwoju gospodarczego jest przejście z barteru do wymiany pieniężnej również w handlu międzynarodowym. Istnienie jednej waluty – złota – choć pod różnymi nazwami walut narodowych, wydatnie zmniejsza koszty transakcyjne handlu zagranicznego na tej samej zasadzie, na jakiej wyłonienie się jednego środka wymiany w gospodarce lokalnej zmniejsza koszty transakcyjne i wyceny dóbr w porównaniu do barteru.
Co więcej, międzynarodowy standard złota zapewniał rynkowy mechanizm ograniczający potencjał inflacyjny rządów i utrzymujący w równowadze bilans płatniczy. Nawet, jeśli jeden kraj, np. Anglia, zaczyna ekspansję kredytową przy użyciu banknotów Banku Anglii, to następuje inflacja cenowa dóbr krajowych i zwiększony import z zagranicy, podczas gdy eksport spada. Deficyt w bilansie płatniczym musi zostać uregulowany złotem, co powoduje presję na Bank Anglii, by zmniejszył ekspansję monetarną, co prowadzi do skutków odwrotnych od poprzednich – spadek cen krajowych, spadek importu, zwiększenie się eksportu – i wyrównanie bilansu płatniczego i powstrzymanie odpływu złota. Zjawisko to opisał już w XVIII w. David Hume.
Dzięki tym cechom międzynarodowy standard złota od połowy XIX w. aż do wybuchu I Wojny Światowej był odpowiedzialny za bezprecedensowy wzrost standardu życia na całym świecie; rozwój gospodarczy, jakiego świat wcześniej nie widział; zintegrowanie rynków światowych, jak również zintegrowanie społeczności całego świata w jeden gospodarczy organizm. Wolny handel światowy – to niezbędne narzędzie w drodze do dobrobytu, mógł być możliwy tylko dzięki międzynarodowemu standardowi złota. Esencją XIX-wiecznej „belle epoque” był właśnie ten standard twardej światowej waluty. Jak pisał młody John Maynard Keynes o świecie przed rokiem 1914 w „The Economic Consequences of the Peace”:
„Jakimże niezwykłym okresem w gospodarczym rozwoju ludzkości był ten wiek, który zakończył się w sierpniu 1914! Większa część ludności, co prawda, pracowała ciężko i żyła nadal na dość niskim poziomie komfortu, lecz wydawała się zadowolona z takiego stanu rzeczy. Jednakże wyrwanie się z niego było możliwe dla każdej osoby o wystarczających talentach i zdolnościach przewyższających przeciętną, by wejść na poziom średniej i wyższej klasy, dla których życie oferowało niskim kosztem i kłopotem komfort, przyjemności i udogodnienia wykraczające daleko poza pojęcie najbogatszych i najpotężniejszych władców wcześniejszych epok. Mieszkaniec Londynu mógł zamówić za pomocą telefonu podczas popijania porannej herbatki w łóżku różnorodne produkty z całego globu, w takiej ilości jakiej sobie zażyczył, i spodziewać się ich rychłego przywiezienia pod same drzwi. W tym samym momencie i tymi samymi metodami mógł zaryzykować swój majątek w różnorakie przedsięwzięcia w każdym zakątku świata i czerpać z nich korzyści bez wysiłku i kłopotu. Lub też mógł zdecydować się na bezpieczne powierzenie swych pieniędzy w dowolnym mieście na każdym kontynencie, które mu zarekomendowano. W ten sam sposób mógł zamówić, jeśli sobie tego życzył, tani i wygodny środek transportu do każdego kraju każdej strefy klimatycznej bez potrzeby posiadania paszportu czy innych formalności; mógł wysłać służącego do pobliskiego oddziału banku po taką ilość kruszcu, jaką uważał za stosowną i następnie udać się w podróż zagraniczną bez potrzeby znajomości tamtejszej religii, języka i obyczajów, posiadając przy sobie spieniężone bogactwo – a najdrobniejsze przeszkody i utrudnienia wywołałyby w nim gniew i zdenerwowanie. Lecz co najważniejsze, postrzegał taki stan rzeczy jako coś normalnego, pewnego i stałego – idącego wciąż w kierunku dalszego rozwoju, a każde zboczenie z tego kursu za aberrację, rzecz skandaliczną i konieczną do uniknięcia. Projekty i polityka militaryzmu, imperializmu, rywalizacji rasowej i kulturowej, monopoli, restrykcji i wykluczenia – które miały grać rolę węża w tym ziemskim raju, stanowiły nic ponad drobną rozrywkę w codziennej gazecie i wydawało się, że nie wywierają żadnego wpływu na normalny kurs życia społecznego i gospodarczego, którego internacjonalizacja była niemalże kompletna.”2
Etykiety:
kapitalizm,
keynes,
podział pracy,
standard złota,
wiek xix
wtorek, 30 lipca 2013
II. Powstanie międzynarodowego standardu złota
II. Powstanie międzynarodowego standardu złota
Anglia
W XIX w. rewolucja przemysłowa i rozwój kapitalizmu, wymiany handlowej i międzynarodowego podziału pracy tworzyły presję na pojawienie się stabilnego systemu monetarnego, ułatwiającego handel międzynarodowy. Większość krajów Zachodu odeszło od standardów srebrnych, głównie z powodu odpływu srebra z Europy do Chin i znacznej jego aprecjacji, co zniechęcało do stosowania srebra jako środka wymiany. W Wielkiej Brytanii, wiodącej sile gospodarczej, handlowej i finansowej XIX w., w ramach tzw. Wielkiej Remonetyzacji po wojnach napoleońskich, dokonano masowej emisji złotych monet (suwerenów, koron i półkoron), by zastąpić brakujące srebrne monety w obiegu. W tym samym czasie rosnąca pozycja brytyjskiego systemu bankowego z Bankiem Anglii na czele powodowała upowszechnienie się w obiegu gospodarczym banknotów, a więc papierowych certyfikatów do określonej ilości srebra bądź złota w rezerwach banków. Zawsze w takich sytuacjach, gdy rząd posiadł pewną kontrolę nad pieniądzem, lobby bankowe będzie dążyć do zapewnienia sobie przywilejów – przede wszystkim możliwości kreowania depozytów niepokrytych w 100% kruszcem i udzielania na ich podstawie dodatkowych kredytów. Rząd również korzysta z takiego stanu rzeczy, gdyż może zwiększać deficyt budżetowy, zaciągając kredyt w bankach.1 W celu uwiarygodnienia papierowej waluty i pieniądza bankowego w obiegu, potrzebny jest bank centralny, „bank banków” służący jako pożyczkodawca ostatniej instancji, i taka też była rola Banku Anglii od momentu założenia go w 1694 r. W roku 1833 banknoty Banku Anglii stały się prawnym środkiem płatnicznym, a więc jedyną legalną walutą do regulowania zobowiązań. W roku 1844 Ustawa Karty Banku (The Bank Charter Act of 1844) określała banknoty Banku Anglii, w całości pokryte złotem, standardem pieniężnym kraju. Od tego momentu Wielka Brytania była na pełnym standardzie złota.
Należy tu wspomnieć o słynnym sporze legislacyjnym między tzw. szkołą obiegu pieniężnego (Currency School) gromadzącą uczniów Davida Ricardo, a szkołą bankową (Banking School). David Ricardo wskazywał na związek między występowaniem okresów boomu i depresji ze zwiększaniem się w obiegu ilości banknotów niepokrytych kruszcem, kredytujących inwestycje. W momencie wycofania z obiegu banknotów, np. wskutek bankructwa dłużników, następuje okres depresji i załamania gospodarczego2. By przeciwdziałać tym fluktuacjom, zwolennicy Currency School w ramach Ustawy Karty Banku ustalili ścisły związek między emisją banknotów przez banki i posiadanymi rezerwami kruszcu, której oficjalnie nie wolno było przekraczać. Niestety, jak zauważa Murray Rothbard w „Tajnikach bankowości”3, ustawa dawała monopol na emisję pieniądza Bankowi Anglii, a sami zwolennicy Currency School w swych pismach wielokrotnie krytykowali Bank Anglii i ideę monopolu pieniężnego. Nie ma możliwości zmuszenia państwowego monopolisty do utrzymania 100-procentowej rezerwy kruszcowej, ponieważ władza monopolistyczna będzie nadużywana4. Oprócz tego, Currency School nie dostrzegała, że ustawa nie wprowadza zakazu emisji depozytów bankowych na żądanie, które są takim samym pieniądzem, jak banknoty – ich emisja ponad rezerwy kruszcowe prowadzi do takich samych procesów boomu i depresji, jak emisja papierowego pieniądza. I tak też restrykcje tej ustawy nie powstrzymały cyklów koniunkturalnych5. Jak pisze Vera C. Smith:
„Kryzysy z lat 1847, 1857 i 1866 pokazały, że rząd jest zawsze gotów, gdy tylko jest to konieczne, zwolnić Bank z przestrzegania Ustawy Bankowej (Ustawy Peela) i w niektórych kręgach wyrażano opinię, że punkt Ustawy, który ograniczał fiducjarną emisję Banku, był tylko martwym zapisem, który nie miał praktycznego zastosowania, gdyż Bank Anglii mógł zawsze liczyć na to, że rząd zalegalizuje jego postępowanie wbrew temu przepisowi, za każdym razem gdy znajdzie się w kłopotach.”6
USA
W USA przyjęto początkowo standard srebrny w 1792 (Ustawa O Mennictwie i Biciu Monet), który wielokrotnie starano się realizować jako bimetaliczny (ustalano stały parytet złota do srebra)7. Prawnym środkiem płatniczym były monety zarówno srebrne, jak i złote. Rezultatem niedowartościowania srebra w stosunku do złota był jego odpływ z obiegu, i w 1806 r. prezydent Jefferson zawiesił bicie srebrnych monet. Ustawa o Niezależnym Skarbie z 1848 wprowadzała standard twardopieniężny, nakazując skarbowi państwa prowadzić rozliczenia wyłącznie w kruszcu, i oddzielając konta rządu federalnego od systemu bankowego. Jednakże ponownie stały parytet srebra do złota powodował niekorzystne konsekwencje, i tym razem odpływ złota z powodu przewartościowania srebra. Wysoka cena złota wywołała gorączkę złota po odkryciu złóż kruszcu w Kalifornii w 1849 r. Dopiero w 1853 r. zmniejszono urzędową wagę srebrnych monet, a w 1857 r. zdelegalizowano posługiwanie się zagranicznymi monetami srebrnymi w rozliczeniach krajowych. To powstrzymało napływ srebra do USA. W tym samym roku amerykańskie banki działające od 1837 r. w systemie „wolnej bankowości”, przeżyły kryzys wywołany nadmierną ekspansją kredytową i wstrzymały wypłaty srebra8. W 1861 r., z wybuchem Wojny Secesyjnej, rząd USA wstrzymał wszelką wymienialność na złoto i srebro, kończąc definitywnie próby ustalenia krajowego standardu srebrnego.
W 1873 r. drogą Czwartej Ustawy Pieniężnej (The Fourth Coinage Act) nastąpiła demonetyzacja srebra i ustanowienie de facto standardu złotego dolara (de jure dopiero w 1900 r.). Rezultatem demonetyzacji srebra był spadek jego wartości w stosunku do złota, i zwiększenie podaży srebra do zastosowań niemonetarnych. Srebrne dolary w obiegu światowym traciły na wartości wobec dolara amerykańskiego, kanadyjskiego (Kanada wprowadziła standard złota u siebie w 1853 r.) i nowofundladzkiego (od 1865 na standardzie złota). Zaczęły jednakże napływać masowo do Brytyjskich Indii Zachodnich, co zmusiło władze kolonii do ich demonetyzacji. To umocniło standard złota w obu Amerykach.
Łacińska unia monetarna
Było to porozumienie z 23 grudnia 1865 r. między Francją, Belgią, Włochami i Szwajcarią, mające na celu wprowadzenie jednakowego parytetu wymiany walut narodowych na złoto i srebro. Początkowo parytet wynosił 4,5 grama srebra lub 0,290322 grama złota (stosunek 15.5:1). Do Unii dołączyły następnie Hiszpania i Grecja w 1868 roku, a w 1889 r. Rumunia, Bułgaria, Wenezuela, Serbia i San Marino. Łacińska unia monetarna ujednoliciła standardy emisji monet, zapewniając każdemu uczestnikowi rynku z kraju członkowskiego pewność, iż waluta, którą przyjmuje od cudzoziemca z drugiego kraju członkowskiego jest równie wymienialna na kruszec, co jego własna. W wydatny sposób zwiększyło to zaufanie w handlu międzynarodowym i przyczyniło się do jego rozwoju. Oczywiście, jak nietrudno zauważyć, początkowo w ŁUM obowiązywał bimetalizm, co spowodowało typowe kłopoty ze zmianą relatywnych cen srebra i złota. Dlatego też po konwencji w Paryżu 30 stycznia 1874 r., ograniczającej wymienialność srebra, Łacińska Unia Monetarna przeszła na de facto standard złota. Warto dodać, że w późniejszym okresie ŁUM nawiedzały kłopoty bliźniaczo podobne do tego, co się obecnie dzieje w Europejskiej Unii Monetarnej, a mianowicie nadmierna podaż papierowego pieniądza bez pokrycia w kruszcu przez Włochy, Watykan i szczególnie... Grecję! Grecja została usunięta z ŁUM w 1908 r. właśnie z tego powodu, niestety przyjęto ją ponownie 2 lata później.
Anglia
W XIX w. rewolucja przemysłowa i rozwój kapitalizmu, wymiany handlowej i międzynarodowego podziału pracy tworzyły presję na pojawienie się stabilnego systemu monetarnego, ułatwiającego handel międzynarodowy. Większość krajów Zachodu odeszło od standardów srebrnych, głównie z powodu odpływu srebra z Europy do Chin i znacznej jego aprecjacji, co zniechęcało do stosowania srebra jako środka wymiany. W Wielkiej Brytanii, wiodącej sile gospodarczej, handlowej i finansowej XIX w., w ramach tzw. Wielkiej Remonetyzacji po wojnach napoleońskich, dokonano masowej emisji złotych monet (suwerenów, koron i półkoron), by zastąpić brakujące srebrne monety w obiegu. W tym samym czasie rosnąca pozycja brytyjskiego systemu bankowego z Bankiem Anglii na czele powodowała upowszechnienie się w obiegu gospodarczym banknotów, a więc papierowych certyfikatów do określonej ilości srebra bądź złota w rezerwach banków. Zawsze w takich sytuacjach, gdy rząd posiadł pewną kontrolę nad pieniądzem, lobby bankowe będzie dążyć do zapewnienia sobie przywilejów – przede wszystkim możliwości kreowania depozytów niepokrytych w 100% kruszcem i udzielania na ich podstawie dodatkowych kredytów. Rząd również korzysta z takiego stanu rzeczy, gdyż może zwiększać deficyt budżetowy, zaciągając kredyt w bankach.1 W celu uwiarygodnienia papierowej waluty i pieniądza bankowego w obiegu, potrzebny jest bank centralny, „bank banków” służący jako pożyczkodawca ostatniej instancji, i taka też była rola Banku Anglii od momentu założenia go w 1694 r. W roku 1833 banknoty Banku Anglii stały się prawnym środkiem płatnicznym, a więc jedyną legalną walutą do regulowania zobowiązań. W roku 1844 Ustawa Karty Banku (The Bank Charter Act of 1844) określała banknoty Banku Anglii, w całości pokryte złotem, standardem pieniężnym kraju. Od tego momentu Wielka Brytania była na pełnym standardzie złota.
Należy tu wspomnieć o słynnym sporze legislacyjnym między tzw. szkołą obiegu pieniężnego (Currency School) gromadzącą uczniów Davida Ricardo, a szkołą bankową (Banking School). David Ricardo wskazywał na związek między występowaniem okresów boomu i depresji ze zwiększaniem się w obiegu ilości banknotów niepokrytych kruszcem, kredytujących inwestycje. W momencie wycofania z obiegu banknotów, np. wskutek bankructwa dłużników, następuje okres depresji i załamania gospodarczego2. By przeciwdziałać tym fluktuacjom, zwolennicy Currency School w ramach Ustawy Karty Banku ustalili ścisły związek między emisją banknotów przez banki i posiadanymi rezerwami kruszcu, której oficjalnie nie wolno było przekraczać. Niestety, jak zauważa Murray Rothbard w „Tajnikach bankowości”3, ustawa dawała monopol na emisję pieniądza Bankowi Anglii, a sami zwolennicy Currency School w swych pismach wielokrotnie krytykowali Bank Anglii i ideę monopolu pieniężnego. Nie ma możliwości zmuszenia państwowego monopolisty do utrzymania 100-procentowej rezerwy kruszcowej, ponieważ władza monopolistyczna będzie nadużywana4. Oprócz tego, Currency School nie dostrzegała, że ustawa nie wprowadza zakazu emisji depozytów bankowych na żądanie, które są takim samym pieniądzem, jak banknoty – ich emisja ponad rezerwy kruszcowe prowadzi do takich samych procesów boomu i depresji, jak emisja papierowego pieniądza. I tak też restrykcje tej ustawy nie powstrzymały cyklów koniunkturalnych5. Jak pisze Vera C. Smith:
„Kryzysy z lat 1847, 1857 i 1866 pokazały, że rząd jest zawsze gotów, gdy tylko jest to konieczne, zwolnić Bank z przestrzegania Ustawy Bankowej (Ustawy Peela) i w niektórych kręgach wyrażano opinię, że punkt Ustawy, który ograniczał fiducjarną emisję Banku, był tylko martwym zapisem, który nie miał praktycznego zastosowania, gdyż Bank Anglii mógł zawsze liczyć na to, że rząd zalegalizuje jego postępowanie wbrew temu przepisowi, za każdym razem gdy znajdzie się w kłopotach.”6
USA
W USA przyjęto początkowo standard srebrny w 1792 (Ustawa O Mennictwie i Biciu Monet), który wielokrotnie starano się realizować jako bimetaliczny (ustalano stały parytet złota do srebra)7. Prawnym środkiem płatniczym były monety zarówno srebrne, jak i złote. Rezultatem niedowartościowania srebra w stosunku do złota był jego odpływ z obiegu, i w 1806 r. prezydent Jefferson zawiesił bicie srebrnych monet. Ustawa o Niezależnym Skarbie z 1848 wprowadzała standard twardopieniężny, nakazując skarbowi państwa prowadzić rozliczenia wyłącznie w kruszcu, i oddzielając konta rządu federalnego od systemu bankowego. Jednakże ponownie stały parytet srebra do złota powodował niekorzystne konsekwencje, i tym razem odpływ złota z powodu przewartościowania srebra. Wysoka cena złota wywołała gorączkę złota po odkryciu złóż kruszcu w Kalifornii w 1849 r. Dopiero w 1853 r. zmniejszono urzędową wagę srebrnych monet, a w 1857 r. zdelegalizowano posługiwanie się zagranicznymi monetami srebrnymi w rozliczeniach krajowych. To powstrzymało napływ srebra do USA. W tym samym roku amerykańskie banki działające od 1837 r. w systemie „wolnej bankowości”, przeżyły kryzys wywołany nadmierną ekspansją kredytową i wstrzymały wypłaty srebra8. W 1861 r., z wybuchem Wojny Secesyjnej, rząd USA wstrzymał wszelką wymienialność na złoto i srebro, kończąc definitywnie próby ustalenia krajowego standardu srebrnego.
W 1873 r. drogą Czwartej Ustawy Pieniężnej (The Fourth Coinage Act) nastąpiła demonetyzacja srebra i ustanowienie de facto standardu złotego dolara (de jure dopiero w 1900 r.). Rezultatem demonetyzacji srebra był spadek jego wartości w stosunku do złota, i zwiększenie podaży srebra do zastosowań niemonetarnych. Srebrne dolary w obiegu światowym traciły na wartości wobec dolara amerykańskiego, kanadyjskiego (Kanada wprowadziła standard złota u siebie w 1853 r.) i nowofundladzkiego (od 1865 na standardzie złota). Zaczęły jednakże napływać masowo do Brytyjskich Indii Zachodnich, co zmusiło władze kolonii do ich demonetyzacji. To umocniło standard złota w obu Amerykach.
Łacińska unia monetarna
Było to porozumienie z 23 grudnia 1865 r. między Francją, Belgią, Włochami i Szwajcarią, mające na celu wprowadzenie jednakowego parytetu wymiany walut narodowych na złoto i srebro. Początkowo parytet wynosił 4,5 grama srebra lub 0,290322 grama złota (stosunek 15.5:1). Do Unii dołączyły następnie Hiszpania i Grecja w 1868 roku, a w 1889 r. Rumunia, Bułgaria, Wenezuela, Serbia i San Marino. Łacińska unia monetarna ujednoliciła standardy emisji monet, zapewniając każdemu uczestnikowi rynku z kraju członkowskiego pewność, iż waluta, którą przyjmuje od cudzoziemca z drugiego kraju członkowskiego jest równie wymienialna na kruszec, co jego własna. W wydatny sposób zwiększyło to zaufanie w handlu międzynarodowym i przyczyniło się do jego rozwoju. Oczywiście, jak nietrudno zauważyć, początkowo w ŁUM obowiązywał bimetalizm, co spowodowało typowe kłopoty ze zmianą relatywnych cen srebra i złota. Dlatego też po konwencji w Paryżu 30 stycznia 1874 r., ograniczającej wymienialność srebra, Łacińska Unia Monetarna przeszła na de facto standard złota. Warto dodać, że w późniejszym okresie ŁUM nawiedzały kłopoty bliźniaczo podobne do tego, co się obecnie dzieje w Europejskiej Unii Monetarnej, a mianowicie nadmierna podaż papierowego pieniądza bez pokrycia w kruszcu przez Włochy, Watykan i szczególnie... Grecję! Grecja została usunięta z ŁUM w 1908 r. właśnie z tego powodu, niestety przyjęto ją ponownie 2 lata później.
sobota, 27 lipca 2013
Krótka historia monetarna Zachodu. Standard złota, jego upadek i przyszłość pieniądza w globalnej gospodarce. 1. Czym jest pieniądz?
Krótka historia monetarna Zachodu.
Standard złota, jego upadek i przyszłość pieniądza w globalnej gospodarce.
I. Czym jest pieniądz?
Pieniądz jest środkiem wymiany. Stanowi dobro, pożądane z uwagi na jego doskonałą zbywalność (wymienialność) na inne dobra. Jak wskazuje Carl Menger w eseju „O powstaniu pieniądza”1, a także Ludwig von Mises w „Teorii pieniądza i kredytu” (największej monografii dot. pieniądza w historii myśli ekonomicznej)2 pieniądz powstaje w wyniku działania rynku, a nie dekretu władz państwowych. Jego powstanie jest decyzją uczestników rynku, którzy, by pokonać ograniczenia barteru, pragną posługiwać się jak najłatwiej zbywalnym towarem, powszechnie akceptowanym, trudno zniszczalnym, o dużej wartości na jednostkę wagi, i którego wartość nie zmienia się mocno w czasie. Na przestrzeni dziejów rolę pieniądza spełniały różne dobra, np.: tytoń, cukier, sól, bydło, gwoździe, miedź, a nawet muszelki i haczyki wędkarskie. W obozach jenieckich II Wojny Światowej środkiem wymiany były papierosy. Jednakże rynek w roli pieniądza wyłaniał ostatecznie kruszec: srebro i złoto.3 Towary te spełniały najlepiej potrzeby uniwersalnego środka wymiany, były wystarczająco rzadkie, by popyt na nie – na ich niepieniężne zastosowania w jubilerstwie i przemyśle – znacząco przewyższał podaż, przez co wartość na jednostkę wagi osiągała wysoki poziom. Przyjęcie srebra bądź złota jako powszechnie akceptowanego dobra umożliwiało wycenę innych dóbr za pomocą stałej jednostki pieniężnej, a więc umożliwiło kalkulację ekonomiczną, niezbędną, by podnieść gospodarkę ponad poziom gospodarki naturalnej. Umożliwiło przewidywalne planowanie inwestycji, oszczędzanie, kredytowanie i wymianę międzyregionalną.
Pieniądz kruszcowy był dostarczany w postaci monet przez zajmujące się biciem monet mennice. Zadaniem mennicy było poświadczenie stałej wagi i zawartości kruszcu w monecie, a także kształtu. Taka standaryzacja umożliwiała większe zaufanie do posługiwania się pieniądzem i zmniejszała znacząco koszty transakcyjne, eliminując potrzebę ciągłego sprawdzania, czy otrzymywane monety faktycznie reprezentują taką ilość kruszcu, jaką deklarowała druga strona transakcji. Monety cieszącej się dobrą reputacją mennicy zyskiwały na wartości i zaczynały wypierać gorsze monety z obiegu (jak widać, prawo Greshama- Kopernika nie ma zastosowania do pieniądza rynkowego, dotyczy tylko sytuacji, gdzie pieniądz jest narzucony przez rząd - ang. fiat money)4. W ten sposób powstawały pierwsze standaryzowane jednostki pieniężne, określające konkretną wagę kruszcu. I tak na przykład waluta zwana funtem szterlingiem to był funt wagowy srebra. Dolarem określano początkowo uncję srebra, bitą w mennicy hrabiego Schlicka w Czechach w XVI w. Mennica mieściła się w dolinie Joachima, z niem. Joachimsthal. Monety zaczęto nazywać „joachimsthaler”, w skrócie talary. Z tego słowa narodziło się słowo „dolar”. Nazwa jednostki pieniężnej „dolar” była jednoznaczna ze srebrną monetą jednouncjową.
Produkcja pieniądza była działalnością rynkową, jak każda inna. Jednakże z powodu szczególnych cech dobra pieniężnego, władcy zawsze cierpiący na niedostatki w skarbie pragnęli zdobyć monopol na bicie monet. I tak też się stało – książęta i królowie przemocą przyznawali sobie wyłączność na produkcję pieniądza i dekretowania jednostki pieniężnej. Mogli w ten sposób w łatwy sposób zasilić skarbiec, psując pieniądz kruszcowy np. przez ścinanie cieniutkiej warstwy z brzegu monet i przetapiania ścinków na nowe monety. Takie „psucie pieniądza” nie mogło pozostać niezauważone, więc władcy dekretowali zazwyczaj, że ścięte monety (o mniejszej wadze) mają być traktowane jak monety pełnowagowe. Wprowadzali więc cenę maksymalną na dany pieniądz – ścięta moneta o mniejszej zawartości kruszcu nie mogła być traktowana jak pieniądz o mniejszej wartości pod groźbą kary. Jak wiadomo z elementarnej ekonomii, ceny maksymalne powodują niedobory5. W tym przypadku niedobory pełnowagowych monet, które znikały z obiegu. I to zjawisko właśnie nazywa się Prawem Greshama-Kopernika – pieniądz zadekretowany przez państwo jako pełnowartościowy, ale z obniżoną zawartością kruszcu, wypiera pieniądz pełnowartościowy. Następuje tezauryzacja niepsutych monet, jak również przetapianie ich na te o niższej zawartości kruszcu, a dekretowane przez rząd jako pieniądz.
Również próba ustalenia stałego kursu między srebrem a złotem – bimetalizm – skutkuje wyparciem jednego kruszcu przez drugi, jeśli kurs wymiany sztucznie zawyża wartość tego ostatniego. Miało to miejsce wielokrotnie w historii. Gdy Isaac Newton, jako Zarządca Mennicy Królewskiej w 1717 r., ustalił cenę złotej gwinei (moneta 22-karatowa) na 21 szylingów (1,05 funta wagowego srebra), spowodował odpływ srebra z Wielkiej Brytanii, gdyż w takim sztucznym stosunku wymiany srebro było niedowartościowane w stosunku do złota. W Stanach Zjednoczonych u zarania powstania państwa stały stosunek wymiany między srebrem a złotem powodował periodyczne znikanie z obiegu srebra, gdy było przewartościowane w stosunku do złota – i vice versa. Jak z przekonaniem pisze ekonomista i historyk Murray Rothbard, próby rządowego ustalenia równoległego standardu dwóch metali zawsze będą daremne, natomiast nie ma potrzeby dekretowania standardu jednego kruszcu, gdyż uczestnicy rynku w końcu i tak zdecydują się na jeden – srebrny bądź złoty – by zmniejszyć koszty transakcyjne. Pieniądz podlega tym samym bodźcom ekonomicznym w celu standaryzacji, co np. śrubki, nakrętki, kable itp. Co więc spowodowało powstanie międzynarodowego standardu złota?
Standard złota, jego upadek i przyszłość pieniądza w globalnej gospodarce.
I. Czym jest pieniądz?
Pieniądz jest środkiem wymiany. Stanowi dobro, pożądane z uwagi na jego doskonałą zbywalność (wymienialność) na inne dobra. Jak wskazuje Carl Menger w eseju „O powstaniu pieniądza”1, a także Ludwig von Mises w „Teorii pieniądza i kredytu” (największej monografii dot. pieniądza w historii myśli ekonomicznej)2 pieniądz powstaje w wyniku działania rynku, a nie dekretu władz państwowych. Jego powstanie jest decyzją uczestników rynku, którzy, by pokonać ograniczenia barteru, pragną posługiwać się jak najłatwiej zbywalnym towarem, powszechnie akceptowanym, trudno zniszczalnym, o dużej wartości na jednostkę wagi, i którego wartość nie zmienia się mocno w czasie. Na przestrzeni dziejów rolę pieniądza spełniały różne dobra, np.: tytoń, cukier, sól, bydło, gwoździe, miedź, a nawet muszelki i haczyki wędkarskie. W obozach jenieckich II Wojny Światowej środkiem wymiany były papierosy. Jednakże rynek w roli pieniądza wyłaniał ostatecznie kruszec: srebro i złoto.3 Towary te spełniały najlepiej potrzeby uniwersalnego środka wymiany, były wystarczająco rzadkie, by popyt na nie – na ich niepieniężne zastosowania w jubilerstwie i przemyśle – znacząco przewyższał podaż, przez co wartość na jednostkę wagi osiągała wysoki poziom. Przyjęcie srebra bądź złota jako powszechnie akceptowanego dobra umożliwiało wycenę innych dóbr za pomocą stałej jednostki pieniężnej, a więc umożliwiło kalkulację ekonomiczną, niezbędną, by podnieść gospodarkę ponad poziom gospodarki naturalnej. Umożliwiło przewidywalne planowanie inwestycji, oszczędzanie, kredytowanie i wymianę międzyregionalną.
Pieniądz kruszcowy był dostarczany w postaci monet przez zajmujące się biciem monet mennice. Zadaniem mennicy było poświadczenie stałej wagi i zawartości kruszcu w monecie, a także kształtu. Taka standaryzacja umożliwiała większe zaufanie do posługiwania się pieniądzem i zmniejszała znacząco koszty transakcyjne, eliminując potrzebę ciągłego sprawdzania, czy otrzymywane monety faktycznie reprezentują taką ilość kruszcu, jaką deklarowała druga strona transakcji. Monety cieszącej się dobrą reputacją mennicy zyskiwały na wartości i zaczynały wypierać gorsze monety z obiegu (jak widać, prawo Greshama- Kopernika nie ma zastosowania do pieniądza rynkowego, dotyczy tylko sytuacji, gdzie pieniądz jest narzucony przez rząd - ang. fiat money)4. W ten sposób powstawały pierwsze standaryzowane jednostki pieniężne, określające konkretną wagę kruszcu. I tak na przykład waluta zwana funtem szterlingiem to był funt wagowy srebra. Dolarem określano początkowo uncję srebra, bitą w mennicy hrabiego Schlicka w Czechach w XVI w. Mennica mieściła się w dolinie Joachima, z niem. Joachimsthal. Monety zaczęto nazywać „joachimsthaler”, w skrócie talary. Z tego słowa narodziło się słowo „dolar”. Nazwa jednostki pieniężnej „dolar” była jednoznaczna ze srebrną monetą jednouncjową.
Produkcja pieniądza była działalnością rynkową, jak każda inna. Jednakże z powodu szczególnych cech dobra pieniężnego, władcy zawsze cierpiący na niedostatki w skarbie pragnęli zdobyć monopol na bicie monet. I tak też się stało – książęta i królowie przemocą przyznawali sobie wyłączność na produkcję pieniądza i dekretowania jednostki pieniężnej. Mogli w ten sposób w łatwy sposób zasilić skarbiec, psując pieniądz kruszcowy np. przez ścinanie cieniutkiej warstwy z brzegu monet i przetapiania ścinków na nowe monety. Takie „psucie pieniądza” nie mogło pozostać niezauważone, więc władcy dekretowali zazwyczaj, że ścięte monety (o mniejszej wadze) mają być traktowane jak monety pełnowagowe. Wprowadzali więc cenę maksymalną na dany pieniądz – ścięta moneta o mniejszej zawartości kruszcu nie mogła być traktowana jak pieniądz o mniejszej wartości pod groźbą kary. Jak wiadomo z elementarnej ekonomii, ceny maksymalne powodują niedobory5. W tym przypadku niedobory pełnowagowych monet, które znikały z obiegu. I to zjawisko właśnie nazywa się Prawem Greshama-Kopernika – pieniądz zadekretowany przez państwo jako pełnowartościowy, ale z obniżoną zawartością kruszcu, wypiera pieniądz pełnowartościowy. Następuje tezauryzacja niepsutych monet, jak również przetapianie ich na te o niższej zawartości kruszcu, a dekretowane przez rząd jako pieniądz.
Również próba ustalenia stałego kursu między srebrem a złotem – bimetalizm – skutkuje wyparciem jednego kruszcu przez drugi, jeśli kurs wymiany sztucznie zawyża wartość tego ostatniego. Miało to miejsce wielokrotnie w historii. Gdy Isaac Newton, jako Zarządca Mennicy Królewskiej w 1717 r., ustalił cenę złotej gwinei (moneta 22-karatowa) na 21 szylingów (1,05 funta wagowego srebra), spowodował odpływ srebra z Wielkiej Brytanii, gdyż w takim sztucznym stosunku wymiany srebro było niedowartościowane w stosunku do złota. W Stanach Zjednoczonych u zarania powstania państwa stały stosunek wymiany między srebrem a złotem powodował periodyczne znikanie z obiegu srebra, gdy było przewartościowane w stosunku do złota – i vice versa. Jak z przekonaniem pisze ekonomista i historyk Murray Rothbard, próby rządowego ustalenia równoległego standardu dwóch metali zawsze będą daremne, natomiast nie ma potrzeby dekretowania standardu jednego kruszcu, gdyż uczestnicy rynku w końcu i tak zdecydują się na jeden – srebrny bądź złoty – by zmniejszyć koszty transakcyjne. Pieniądz podlega tym samym bodźcom ekonomicznym w celu standaryzacji, co np. śrubki, nakrętki, kable itp. Co więc spowodowało powstanie międzynarodowego standardu złota?
Etykiety:
carl menger,
historia,
ludwig von mises,
mennica,
monety,
murray rothbard,
pieniądz,
standard złota,
system monetarny,
złoto
środa, 19 września 2012
Dlaczego jesteśmy socjalistami?
Zanim spadną na mnie gromy ze strony gimnazjalnych korwinistów, krótka lekcja historii.
Otóż we wczesnym wieku XIX, gdy wolny rynek, wolny handel, liberalizm ekonomiczny i obyczajowy, to były idee radykalne i rewolucyjne - ich zwolennicy zwykli zasiadać po lewej stronie parlamentu. Stanowili więc lewicę - mówiłem o tym w starej audycji pierwszego sezonu Radia Żelaza. Ta wolnorynkowa lewica reprezentowała siły postępu, siły uprzemysłowienia, indywidualizmu, przedsiębiorczości i podnoszenia standardu życia.
Otóż ci wolnorynkowcy niekiedy używali na określenie siebie miana "socjalistów". Rozumieli przez to nic innego, tylko to, iż inicjatywa rozwiązywania problemów winna tkwić w społeczności - a nie w państwie. Byli więc przeciwnikami etatystów i konserwatystów, obrońców wielkiego rządu i ancien regime'u. Socjalista - a więc zwolennik wolnej społeczności, opartej na dobrowolnych relacjach, dobrowolnych umowach, i powiązanej z innymi społecznościami organicznymi wolnorynkowymi kanałami transakcji. Albowiem to wolny rynek powoduje zacieśnianie się więzi społecznych - a więc sprzyja socjalizacji. Spaja społeczeństwo. Czyni je bardziej ludzkim, bardziej otwartym. W przeciwieństwie do rynku, państwo i jego machina autorytarna niszczy delikatną nić wzajemnych powiązań i wymiany dóbr, usług i informacji. Zastępuje ją hierarchicznym, hermetycznym i biurokratycznym porządkiem, gdzie nie ma miejsca na dobrowolność i konkurencję, ale panuje wyłącznie atmosfera bezwzględnego poddania się rozkazom i procedurom. Jest to antyspołeczna, rozbijająca braterstwo ludzkości, gangrena, wspierana czołgami i artylerią z jednej strony - i wiernopoddańczymi schlebiającymi państwu wykształciuchami z drugiej.
Skąd więc wziął się dzisiejszy zamęt z określeniem "socjalista"? Dlaczego tytułują się nim zwolennicy dużego, totalizującego państwa opiekuńczego - skoro niszczy ono społeczeństwo, a nie sprzyja mu?
Otóż, jak zawsze, dobre, cieszące się ogólnym poważaniem i akceptacją terminy, bywają zawłaszczane przez gangi ideologiczne, które z pierwotnym znaczeniem tych terminów nie mają nic wspólnego. I tak właśnie termin "socjalista" został zawłaszczony przez totalizujący ruch, który owszem, chciał szerzyć postęp, ale metodami etatystycznymi - czyli z użyciem totalnego państwa. Postęp miał mieć postać z jednej strony masowego uprzemysłowienia, gdyż jest to warunek podstawowy wzrostu poziomu życia - ale zwolennicy tego ruchu nie rozumieli, że państwo nie może zadekretować uprzemysłowienia i wdrożyć go ot tak. Miliony ofiar Rosji Radzieckiej, to właśnie rezultat takiego życzeniowego myślenia, gdzie z oczu znikła przyczyna wysokiego poziomu życia na zachodzie - prywatna wytwórczość, prywatne inwestycje, prywatny kapitał, prywatny zysk. Zastąpione państwowym systemem biurokratycznym, masowe uprzemysłowienie Rosji i innych krajów komunistycznych, jak Chiny - to tragedia w wymiarze ludzkim i materialnym.
Drugim elementem postępu w tym ruchu totalniackim miało być równouprawnienie, przede wszystkim kobiet. Przypomnijmy, w jaki sposób wolny rynek zdołał równouprawnić kobiety. Otóż dał im możliwość pracy na własny rachunek, nabywania własności i w ten sposób dał władztwo nad własnym życiem, bez potrzeby posiadania męża, zapewniającego byt. Ale również mężczyźni z najniższych klas w ustroju wolnorynkowym uzyskali wcześniej niedostępne możliwości wzbogacenia się i awansu dzięki swej pracy, przemysłowi i geniuszowi. W związku z tym zamężne kobiety nie miały potrzeby harować na roli, jak w erze przedindustrialnej, tylko wychowywały dzieci w relatywnym dostatku.
Otóż totalniacy, którzy zawłaszczyli dla siebie termin "socjaliści", doszli do wniosku, że jest to zniewolenie kobiet przez mężczyzn, i by równouprawnić kobiety, należy je zapędzić do pracy w fabrykach, oczywiście państwowych. A wówczas dzieci, nie mające opieki rodziców, należy posłać do żłobków, przedszkoli i szkół - też państwowych. A tam uczyć się będą wszystkiego, co potrzebne do dalszego szerzenia postępu, w tym pracy w fabryce - państwowej. Wspaniały plan. Socjalizacja na pełnych obrotach.
Cóż, kto miał okazję poznać realia życia w Związku Radzieckim wie, że wcześniej feudalne, a potem komunistyczne społeczeństwo bynajmniej nie było zintegrowane jak sobie to wymarzyli totalniacy. Pomimo pokazowych marszów różnych kolektywów, i indoktrynowania do życia we wspólnocie, więzi społeczne w ZSRR były słabe i nadwątlone przez ciągłą ingerencję totalnego aparatu państwa. Permanentne zagrożenie donosami i wizytą NKWD czy KGB eliminowało potrzebę międzyludzkiej integracji. Centralnie planowana gospodarka, pełna niedoborów, nie mogła wytworzyć sieci powiązań handlowych, integrujących odległe społeczności. Państwowe próby zastąpienia tych naturalnych rynkowych powiązań metodami biurokratycznymi zaliczały epickie porażki. Społeczeństwo sowieckie było społeczeństwem nieufnym, obojętnym na krzywdę, zastraszonym, apatycznym i permanentnie nieszczęśliwym.
Totalniacy tutaj ponieśli pełną porażkę.
Inaczej starali się to osiągnąć w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. O ile w USA w ogóle termin "socjalizm" u progu XX wieku nie przyjął się jako określenie tych totalniackich prądów, więc zaczęto stosować dawny termin "liberał", to w Europie nie było z tym problemów. Rozwinięte gospodarki rynkowe Zachodu , z silnym i niezależnym sektorem prywatnym, stanowiły pole do zupełnie innego działania dla totalniaków, i o znacznie większym potencjale. Jak powiedział znany totalniak, narodowy-socjalista Adolf Hitler: "Po cóż mielibyśmy nacjonalizować banki i fabryki? Po prostu nacjonalizujemy ludzi!". I to jest klucz do sukcesu totalniaków, którzy ukradli nazwę "socjalista" na swoje potrzeby. Połączenie sektora prywatnego z silną kontrolą państwa. Innymi słowy - faszyzm. Nie dziwi zatem, że po zakończeniu II wojny światowej, wszystkie bez wyjątku gospodarki zachodnie funkcjonują na modłę III Rzeszy. Model gospodarczy jest całkowicie totalniacki - państwo kontroluje każdy aspekt życia gospodarczego, zachowując jednakże pozory istnienia własności prywatnej i rynku. Umożliwia to sektorowi prywatnemu formę kalkulacji ekonomicznej i wyceny dóbr, dzięki czemu nie mamy do czynienia z chronicznym niedoborem i niedostatkiem, jak w ZSRR. Państwo dzięki temu ma żywiciela, którego może - jak sądzi - drenować w nieskończoność, i rosnąć wraz z nim. I to jest dokładnie to, co obserwujemy.
Ale co ze społeczeństwem? Otóż tresura społeczna to podstawa dla totalniaków, zwących się obecnie socjalistami czy socjaldemokratami. Zamiast zostawić więzi społeczne naturalnym procesom wolnorynkowym, totalniacy muszą poprawiać naturę. Stąd pomysł państwowej oświaty, bardzo wcześnie wprowadzony. Tego sektora oni nigdy nie wypuszczą ze swoich rąk - on daje im władzę nad rządem dusz. Muszą urabiać plastyczną masę społeczeństwa sztancą zaaprobowanej, koncesjonowanej państwowej indoktrynacji. Tylko wówczas można powiedzieć, że "znacjonalizowali ludzi" i system może trwać niezmącenie, podlegając hierarchicznej kontroli armii biurokratów i polityków.
Otóż przeciw takim praktykom i takiemu stanowi rzeczy opowiadali się pierwsi prawdziwi socjaliści na początku XIX wieku! Właśnie dlatego, że to nie jest w interesie społeczeństwa. Odbiera mu wolność i możliwość dobrowolnego kształtowania stosunków między jego członkami, wszystko podporządkowując totalnej władzy państwa i jego socjotechnikom.
Dlaczego więc wmawia się nam, że "państwo jest fajne", "podatki są fajne", i tylko w silnym państwie opiekuńczym możemy być "zwartym społeczeństwem" i "celebrować więzi społeczne" i w ogóle?
Nikczemne kłamstwo. Tak, jak zawłaszczyli nazwę - tak chcą zawłaszczyć pozytywne konotacje, jakie wiążemy z terminami "socjalizowanie", "więzi społeczne", "społeczność", "wspólnota". Otóż jedyna zdrowa wspólnota, to wspólnota zbudowana na zasadach dobrowolności i poszanowania drugiego człowieka - i jego własności, owoców pracy. Ta parodia wspólnoty, jaką jest bezimienna zbitka ludzi zapędzonych przez rządzący na danym terytorium gang zwany państwem do harowania na jego rzecz, bynajmniej nie cechuje się zdrowiem i prawdziwymi więziami. Gdy na owoce mojej pracy sąsiad patrzy jak na potencjalny łup, i kalkuluje swój udział w nim, który umożliwia mu system podatkowy - to nie mamy do czynienia ze wspólnotą, tylko z hordą, gdzie silniejszy bierze więcej.
Wojna każdego z każdym, a nie wspólnota - oto rezultat tej przymusowej, państwowej socjalizacji w ramach organizmu zwanego "państwo narodowe", czy "społeczeństwo obywatelskie". Są to obrzydliwe terminy, maskujące prawdziwe intencje ich propagatorów. Narzucenie ludziom systemu zinstytucjonalizowanej grabieży, czyli podatków, i wmawianie im, że tylko solidarne dorzucanie się do wspólnej kiesy tworzy prawdziwie obywatelskie cywilizowane społeczeństwo, to jakiś absurd. A jednak - ten absurd powtarzają do znudzenia media i medialne ałtorytety. Czyli mamy rozumieć, że system dobrowolnej współpracy, gdzie nikt nie ma prawa odebrać owoców pracy drugiej osobie, choćby nosił niebieski mundurek z orzełkiem, to nie jest obywatelskie cywilizowane społeczeństwo? A przecież tak funkcjonowały Stany Zjednoczone od momentu powstania do 1913 r., kiedy to wreszcie w imię postępu wprowadzono podatek dochodowy, wówczas tylko dla bogatych, i tylko rzędu 1%.
Dzisiaj oprócz 18% dochodowego, Polak płaci VAT, akcyzę, i składki na ZUS i NFZ, które redukują go do ubezwłasnowolnionego żebraka, gdy chce wybrać się do lekarza. Wszystko w imię zwartego społeczeństwa obywatelskiego, postępu i walki z wyzyskiem, czy co tam sobie totalniacy wymyślą.
Tymczasem gołym okiem widać, że więzi społeczne w takim systemie rozpadają się, i nie mam na myśli wyłącznie Polski. Najbardziej postępowy pod tym względem kraj na Ziemi - Szwecja. Państwowa polityka "socjalizowania" i opieki nad każdym obywatelem spowodowała, że większość ludzi mieszka samotnie, nie tworzą się nowe trwałe związki, a mężczyzn cechuje wyjątkowa niezaradność i dziecinność myśli. Wojujący feminizm tymczasem uczynił z kobiet skrajnie odpychające osobliwości. Państwowa ingerencja w wychowanie dzieci sprawiła, że Szwedzi nie decydują się na potomstwo, skoro może im ono zostać odebrane przez państwo pod byle pretekstem. Ludzie stali się podobnie nieufni i wyalienowani, jak w ZSRR. Poza biznesem, więzi międzyludzkie traktowane są jak jakiś przeżytek. W ten sposób upada realne, organiczne społeczeństwo.
Dlatego też, jeśli spotkasz się z takimi słowami, jak "wolny rynek powoduje komercjalizację zachowań", "nagradza tylko kupieckie stosunki międzyludzkie" itp. brednie, wiedz, że ta osoba opisuje dzisiejszy system państwowej przemocy wobec społeczeństwa, a nie wolny rynek, który dla społeczeństwa ma zgoła odmienne, pozytywne skutki. I dlatego XIX-wieczni wolnorynkowcy, zwolennicy prawdziwego postępu ludzkości, często nazywali się socjalistami.
Z wolnorynkowo-socjalistycznym pozdrowieniem!
Otóż we wczesnym wieku XIX, gdy wolny rynek, wolny handel, liberalizm ekonomiczny i obyczajowy, to były idee radykalne i rewolucyjne - ich zwolennicy zwykli zasiadać po lewej stronie parlamentu. Stanowili więc lewicę - mówiłem o tym w starej audycji pierwszego sezonu Radia Żelaza. Ta wolnorynkowa lewica reprezentowała siły postępu, siły uprzemysłowienia, indywidualizmu, przedsiębiorczości i podnoszenia standardu życia.
Otóż ci wolnorynkowcy niekiedy używali na określenie siebie miana "socjalistów". Rozumieli przez to nic innego, tylko to, iż inicjatywa rozwiązywania problemów winna tkwić w społeczności - a nie w państwie. Byli więc przeciwnikami etatystów i konserwatystów, obrońców wielkiego rządu i ancien regime'u. Socjalista - a więc zwolennik wolnej społeczności, opartej na dobrowolnych relacjach, dobrowolnych umowach, i powiązanej z innymi społecznościami organicznymi wolnorynkowymi kanałami transakcji. Albowiem to wolny rynek powoduje zacieśnianie się więzi społecznych - a więc sprzyja socjalizacji. Spaja społeczeństwo. Czyni je bardziej ludzkim, bardziej otwartym. W przeciwieństwie do rynku, państwo i jego machina autorytarna niszczy delikatną nić wzajemnych powiązań i wymiany dóbr, usług i informacji. Zastępuje ją hierarchicznym, hermetycznym i biurokratycznym porządkiem, gdzie nie ma miejsca na dobrowolność i konkurencję, ale panuje wyłącznie atmosfera bezwzględnego poddania się rozkazom i procedurom. Jest to antyspołeczna, rozbijająca braterstwo ludzkości, gangrena, wspierana czołgami i artylerią z jednej strony - i wiernopoddańczymi schlebiającymi państwu wykształciuchami z drugiej.
Skąd więc wziął się dzisiejszy zamęt z określeniem "socjalista"? Dlaczego tytułują się nim zwolennicy dużego, totalizującego państwa opiekuńczego - skoro niszczy ono społeczeństwo, a nie sprzyja mu?
Otóż, jak zawsze, dobre, cieszące się ogólnym poważaniem i akceptacją terminy, bywają zawłaszczane przez gangi ideologiczne, które z pierwotnym znaczeniem tych terminów nie mają nic wspólnego. I tak właśnie termin "socjalista" został zawłaszczony przez totalizujący ruch, który owszem, chciał szerzyć postęp, ale metodami etatystycznymi - czyli z użyciem totalnego państwa. Postęp miał mieć postać z jednej strony masowego uprzemysłowienia, gdyż jest to warunek podstawowy wzrostu poziomu życia - ale zwolennicy tego ruchu nie rozumieli, że państwo nie może zadekretować uprzemysłowienia i wdrożyć go ot tak. Miliony ofiar Rosji Radzieckiej, to właśnie rezultat takiego życzeniowego myślenia, gdzie z oczu znikła przyczyna wysokiego poziomu życia na zachodzie - prywatna wytwórczość, prywatne inwestycje, prywatny kapitał, prywatny zysk. Zastąpione państwowym systemem biurokratycznym, masowe uprzemysłowienie Rosji i innych krajów komunistycznych, jak Chiny - to tragedia w wymiarze ludzkim i materialnym.
Drugim elementem postępu w tym ruchu totalniackim miało być równouprawnienie, przede wszystkim kobiet. Przypomnijmy, w jaki sposób wolny rynek zdołał równouprawnić kobiety. Otóż dał im możliwość pracy na własny rachunek, nabywania własności i w ten sposób dał władztwo nad własnym życiem, bez potrzeby posiadania męża, zapewniającego byt. Ale również mężczyźni z najniższych klas w ustroju wolnorynkowym uzyskali wcześniej niedostępne możliwości wzbogacenia się i awansu dzięki swej pracy, przemysłowi i geniuszowi. W związku z tym zamężne kobiety nie miały potrzeby harować na roli, jak w erze przedindustrialnej, tylko wychowywały dzieci w relatywnym dostatku.
Otóż totalniacy, którzy zawłaszczyli dla siebie termin "socjaliści", doszli do wniosku, że jest to zniewolenie kobiet przez mężczyzn, i by równouprawnić kobiety, należy je zapędzić do pracy w fabrykach, oczywiście państwowych. A wówczas dzieci, nie mające opieki rodziców, należy posłać do żłobków, przedszkoli i szkół - też państwowych. A tam uczyć się będą wszystkiego, co potrzebne do dalszego szerzenia postępu, w tym pracy w fabryce - państwowej. Wspaniały plan. Socjalizacja na pełnych obrotach.
Cóż, kto miał okazję poznać realia życia w Związku Radzieckim wie, że wcześniej feudalne, a potem komunistyczne społeczeństwo bynajmniej nie było zintegrowane jak sobie to wymarzyli totalniacy. Pomimo pokazowych marszów różnych kolektywów, i indoktrynowania do życia we wspólnocie, więzi społeczne w ZSRR były słabe i nadwątlone przez ciągłą ingerencję totalnego aparatu państwa. Permanentne zagrożenie donosami i wizytą NKWD czy KGB eliminowało potrzebę międzyludzkiej integracji. Centralnie planowana gospodarka, pełna niedoborów, nie mogła wytworzyć sieci powiązań handlowych, integrujących odległe społeczności. Państwowe próby zastąpienia tych naturalnych rynkowych powiązań metodami biurokratycznymi zaliczały epickie porażki. Społeczeństwo sowieckie było społeczeństwem nieufnym, obojętnym na krzywdę, zastraszonym, apatycznym i permanentnie nieszczęśliwym.
Totalniacy tutaj ponieśli pełną porażkę.
Inaczej starali się to osiągnąć w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. O ile w USA w ogóle termin "socjalizm" u progu XX wieku nie przyjął się jako określenie tych totalniackich prądów, więc zaczęto stosować dawny termin "liberał", to w Europie nie było z tym problemów. Rozwinięte gospodarki rynkowe Zachodu , z silnym i niezależnym sektorem prywatnym, stanowiły pole do zupełnie innego działania dla totalniaków, i o znacznie większym potencjale. Jak powiedział znany totalniak, narodowy-socjalista Adolf Hitler: "Po cóż mielibyśmy nacjonalizować banki i fabryki? Po prostu nacjonalizujemy ludzi!". I to jest klucz do sukcesu totalniaków, którzy ukradli nazwę "socjalista" na swoje potrzeby. Połączenie sektora prywatnego z silną kontrolą państwa. Innymi słowy - faszyzm. Nie dziwi zatem, że po zakończeniu II wojny światowej, wszystkie bez wyjątku gospodarki zachodnie funkcjonują na modłę III Rzeszy. Model gospodarczy jest całkowicie totalniacki - państwo kontroluje każdy aspekt życia gospodarczego, zachowując jednakże pozory istnienia własności prywatnej i rynku. Umożliwia to sektorowi prywatnemu formę kalkulacji ekonomicznej i wyceny dóbr, dzięki czemu nie mamy do czynienia z chronicznym niedoborem i niedostatkiem, jak w ZSRR. Państwo dzięki temu ma żywiciela, którego może - jak sądzi - drenować w nieskończoność, i rosnąć wraz z nim. I to jest dokładnie to, co obserwujemy.
Ale co ze społeczeństwem? Otóż tresura społeczna to podstawa dla totalniaków, zwących się obecnie socjalistami czy socjaldemokratami. Zamiast zostawić więzi społeczne naturalnym procesom wolnorynkowym, totalniacy muszą poprawiać naturę. Stąd pomysł państwowej oświaty, bardzo wcześnie wprowadzony. Tego sektora oni nigdy nie wypuszczą ze swoich rąk - on daje im władzę nad rządem dusz. Muszą urabiać plastyczną masę społeczeństwa sztancą zaaprobowanej, koncesjonowanej państwowej indoktrynacji. Tylko wówczas można powiedzieć, że "znacjonalizowali ludzi" i system może trwać niezmącenie, podlegając hierarchicznej kontroli armii biurokratów i polityków.
Otóż przeciw takim praktykom i takiemu stanowi rzeczy opowiadali się pierwsi prawdziwi socjaliści na początku XIX wieku! Właśnie dlatego, że to nie jest w interesie społeczeństwa. Odbiera mu wolność i możliwość dobrowolnego kształtowania stosunków między jego członkami, wszystko podporządkowując totalnej władzy państwa i jego socjotechnikom.
Dlaczego więc wmawia się nam, że "państwo jest fajne", "podatki są fajne", i tylko w silnym państwie opiekuńczym możemy być "zwartym społeczeństwem" i "celebrować więzi społeczne" i w ogóle?
Nikczemne kłamstwo. Tak, jak zawłaszczyli nazwę - tak chcą zawłaszczyć pozytywne konotacje, jakie wiążemy z terminami "socjalizowanie", "więzi społeczne", "społeczność", "wspólnota". Otóż jedyna zdrowa wspólnota, to wspólnota zbudowana na zasadach dobrowolności i poszanowania drugiego człowieka - i jego własności, owoców pracy. Ta parodia wspólnoty, jaką jest bezimienna zbitka ludzi zapędzonych przez rządzący na danym terytorium gang zwany państwem do harowania na jego rzecz, bynajmniej nie cechuje się zdrowiem i prawdziwymi więziami. Gdy na owoce mojej pracy sąsiad patrzy jak na potencjalny łup, i kalkuluje swój udział w nim, który umożliwia mu system podatkowy - to nie mamy do czynienia ze wspólnotą, tylko z hordą, gdzie silniejszy bierze więcej.
Wojna każdego z każdym, a nie wspólnota - oto rezultat tej przymusowej, państwowej socjalizacji w ramach organizmu zwanego "państwo narodowe", czy "społeczeństwo obywatelskie". Są to obrzydliwe terminy, maskujące prawdziwe intencje ich propagatorów. Narzucenie ludziom systemu zinstytucjonalizowanej grabieży, czyli podatków, i wmawianie im, że tylko solidarne dorzucanie się do wspólnej kiesy tworzy prawdziwie obywatelskie cywilizowane społeczeństwo, to jakiś absurd. A jednak - ten absurd powtarzają do znudzenia media i medialne ałtorytety. Czyli mamy rozumieć, że system dobrowolnej współpracy, gdzie nikt nie ma prawa odebrać owoców pracy drugiej osobie, choćby nosił niebieski mundurek z orzełkiem, to nie jest obywatelskie cywilizowane społeczeństwo? A przecież tak funkcjonowały Stany Zjednoczone od momentu powstania do 1913 r., kiedy to wreszcie w imię postępu wprowadzono podatek dochodowy, wówczas tylko dla bogatych, i tylko rzędu 1%.
Dzisiaj oprócz 18% dochodowego, Polak płaci VAT, akcyzę, i składki na ZUS i NFZ, które redukują go do ubezwłasnowolnionego żebraka, gdy chce wybrać się do lekarza. Wszystko w imię zwartego społeczeństwa obywatelskiego, postępu i walki z wyzyskiem, czy co tam sobie totalniacy wymyślą.
Tymczasem gołym okiem widać, że więzi społeczne w takim systemie rozpadają się, i nie mam na myśli wyłącznie Polski. Najbardziej postępowy pod tym względem kraj na Ziemi - Szwecja. Państwowa polityka "socjalizowania" i opieki nad każdym obywatelem spowodowała, że większość ludzi mieszka samotnie, nie tworzą się nowe trwałe związki, a mężczyzn cechuje wyjątkowa niezaradność i dziecinność myśli. Wojujący feminizm tymczasem uczynił z kobiet skrajnie odpychające osobliwości. Państwowa ingerencja w wychowanie dzieci sprawiła, że Szwedzi nie decydują się na potomstwo, skoro może im ono zostać odebrane przez państwo pod byle pretekstem. Ludzie stali się podobnie nieufni i wyalienowani, jak w ZSRR. Poza biznesem, więzi międzyludzkie traktowane są jak jakiś przeżytek. W ten sposób upada realne, organiczne społeczeństwo.
Dlatego też, jeśli spotkasz się z takimi słowami, jak "wolny rynek powoduje komercjalizację zachowań", "nagradza tylko kupieckie stosunki międzyludzkie" itp. brednie, wiedz, że ta osoba opisuje dzisiejszy system państwowej przemocy wobec społeczeństwa, a nie wolny rynek, który dla społeczeństwa ma zgoła odmienne, pozytywne skutki. I dlatego XIX-wieczni wolnorynkowcy, zwolennicy prawdziwego postępu ludzkości, często nazywali się socjalistami.
Z wolnorynkowo-socjalistycznym pozdrowieniem!
Etykiety:
david ricardo,
liberalizm,
postęp,
socjalizm,
totalniactwo,
wolny rynek
wtorek, 18 września 2012
Anatomia umysłu lewaka
Człowiek. Przychodzi na świat, wyposażony w 5 zmysłów i rozum, narzędzia niezbędne do przetrwania w świecie - jednakże żadnego z nich u zarania swojego istnienia nie jest w stanie używać. Każde z nich musi wytrenować w żmudnym procesie uczenia się i koordynowania działania ich wszystkich do poznawania rzeczywistości - i posługiwać się nimi w niej tak, by przetrwać. Pierwsze 2 lata życia człowieka, to właśnie okres radykalnego rozwijania władztwa nad swoimi zmysłami, kontrolą swojego ciała i systemu nerwowego poprzez umysł, by wypracować zautomatyzowane odruchy, pozwalające poruszać się, skupiać wzrok, słuch i reagować na bodźce. Pod tym względem człowiek tutaj nie wyróżnia się zanadto od zwierzęcia. Dopiero kolejne lata to okres, gdy rozwija się u człowieka coś, co nazywamy myśleniem abstrakcyjnym, kojarzeniem faktów, tworzeniem konceptów. Ale ten proces nie jest automatyczny. Człowiek zmuszony jest się go nauczyć, a jeśli nie zdoła tego zrobić przed osiągnięciem wieku dojrzałego, nie uzyska pełnego potencjału umysłowego, by radzić sobie z rzeczywistością.
I to jest zasadniczy problem z dzisiejszym światem i kulturą intelektualną.
Dzieci, w momencie osiągnięcia wieku, gdy są najbardziej wrażliwe na nabywanie nawyków posługiwania się umysłem, trafiają zazwyczaj do żłobków - państwowych instytucji, gdzie są zbite w jedną hordę, jeden kolektyw bezrozumnych malców, i poddane autorytarnej kontroli ze strony tzw. opiekunek. W jednej chwili pozbawione są poczucia ego, oczekuje się od nich bycia częścią kolektywu. Zamiast rozwijać newralgiczne potrzeby umysłu, takie jak kojarzenie faktów pochodzących ze zmysłów, rozumienie przyczynowości i logiki, pod opieką rodzica, a więc osoby najpełniej znającej potrzeby i potencjał dziecka, jest ono zostawione na pastwę obcych osób, które żadnej motywacji do indywidualnego zajmowania się każdym z dzieci nie posiadają. Dziecko jest zmuszane do uczestnictwa w zbiorowych ogłupiających rytuałach, gdzie nie ma miejsca na logikę ani na samodzielne myślenie, autorefleksję czy poszukiwanie prawdy.
Oto pierwszy krok umysłowej kastracji, jakiej poddawane są dzieci w naszej kulturze od przeszło pół wieku. Najlepszy okres rozwoju umysłowego dla nich - wiek od 2 do 5 lat, kiedy uczą się korzystać z rozumu, to zazwyczaj okres bezpowrotnie stracony w państwowych żłobkach i przedszkolach, i z rodzicami zbyt zmęczonymi pracą, by choć próbowali odratować część potencjału dziecka po godzinach pobytu w nich.Mówię to zainspirowany lekturą najlepszego eseju genialnej Ayn Rand, a mianowicie "Comprachicos", dostępnego w zbiorze "Powrót Człowieka Pierwotnego". Jest to kompletna analiza powstawania kastrata umysłowego, i z takiego właśnie kastrata wyrasta podczłowieczy twór, określany mianem lewaka.
Dlaczego podczłowieczy? Albowiem człowiek to istota rozumna, w pełni korzystająca z dostępnych mu narzędzi poznawczych i integrujących wiedzę o rzeczywistości obiektywnej. Lewak tej umiejętności nie posiada - nie potrafi zintegrować faktów w spójną logicznie całość i wyciągnąć wniosków nt. swojego życia, celów i środków, jakie należy zastosować, by realizować swój człowieczy potencjał. Nie jest w stanie wypracować spójnego systemu wartości, ponieważ rzeczywistość, jaka go otacza, jest dla niego niezrozumiała, wręcz wroga. Nie rozumie łańcuchów przyczynowo-skutkowych, np. skąd bierze się dobrobyt. Nie rozumie skomplikowanych społecznych instytucji, jak rynek. Jego inteligencja zatrzymała się właśnie na poziomie przedszkolaka - a więc w okresie, kiedy kastracja umysłu została wykonana. Stąd też przedszkolny sposób rozumowania u lewaka - przedszkolne postrzeganie celów, i przedszkolne proponowanie środków do osiągnięcia ich. Np. Ludzie są biedni? Bo ludzie nie mają pieniędzy. Więc dodrukujmy je. Ludzie mało zarabiają? Wina pracodawców. Nakażmy im płacić pewną minimalną stawkę. Ta osoba jest bardzo bogata? Więc niech się podzieli, przecież nie straci.
A kto ma to wszystko narzucić? Ano PAŃSTWO - w umyśle lewaka PANI OPIEKUNKA. Dobra, tuląca pani, istniejąca poza czasem, poza przyczyną. Po prostu zawsze tam gdzie ty. Lewaku. Czyż nie?
Skrzywdzony, uszkodzony umysł 5-latka, niepotrafiący integrować faktów, ani wyciągać logicznych wniosków dot. rzeczywistości, jest plastyczną masą, gotową do dalszego urabiania w szkole. Oczywiście państwowej, a jakże. Skomasowana ilość niepowiązanej logicznie, oderwanej od wszelkiego sensu, wiedzy, wtłaczana jest w bardzo nieefektywnych warunkach, bardzo nieefektywnymi sposobami, w młode umysły, z jednym tylko efektem. By obrzydzić wiedzę jako taką, i znieczulić uczniów na jakiekolwiek dalsze intelektualne ambicje. Skąd więc takie zdziwienie, że uczniowe są apatyczni, niezainteresowani lekcją, agresywni? Nie powinno być żadnego zdziwienia. Tak uformowany młody umysł jest nastawiony anty wobec intelektu i wiedzy, co przejawia się nader często w szykanach ze strony kolektywu klasowego wobec tych nielicznych dzieci, które potrafią czytać, lubią zdobywać wiedzę na własną rękę, i przez to w klasie uchodzą za kujonów. Jeśli do tego potrafią myśleć niezależnie i zadają pytania, to biada im, ponieważ nauczyciel, sam będący kastratem umysłowym, również będzie ich tępił. Takie dziecko dostaje wyraźny sygnał - nie kwestionuj autorytetu, i nie dąż do prawdy, gdyż jak widzisz jest to nieistotne, a tylko powoduje kłopoty i szykany.
Jaki efekt mamy po latach podstawówki wśród mas nastolatków? Niechęć do wysiłku intelektualnego, samodzielnego myślenia, apatię i nieufność wobec ciał pedagogicznych - a więc i również wszystkich ludzi wykształconych. Bezpiecznie jest tylko w stadzie, tylko w kolektywie, ale czym ten kolektyw ma się kierować? Pozostaje ślepy bunt wobec autorytetów, a więc również wszelkiej wiedzy czy dyscypliny intelektualnej. Nastolatek przesiąknięty jest urywkami pewnej wiedzy, najczęściej fałszywej, i nie dotyczącej realnej rzeczywistości, a brakuje mu jakiegokolwiek usystematyzowania w logiczną całość tego, co wartościowe mógł nieopatrznie zdobyć. Jeśli nie przejawia talentów do nauk matematycznych i nie wybiera się na politechnikę, to z pewnością kierując się modą i presją kolektywu, wybierze kierunek humanistyczny. I to będzie końcowy etap prania mózgu. Uformowany zostaje osobnik, którego umysł nie jest umysłem zdrowego człowieka.
Lewak par excellence. Niezdolny do sformowania ani jednej logicznej myśli; niezdolny do opisania rzeczywistości taką, jaką jest; niezdolny do zdrowych osądów; niezdolny do przekazywania wartości; niepotrafiący ich zidentyfikować; niezdolny do zainspirowania innych do rzeczy wielkich; niezdolny by żyć życiem pełnym; niezdolny by istnieć. Lewak. Epistemologiczny oszust. Metafizyczny odpad.
Ostre słowa? Zbyt ostre? Nie sądzę.
Tak uformowany osobnik naturalnie będzie nienawidził wszystkich lepszych od siebie - a więc osób potrafiących logicznie myśleć, posiadających klarowne i twarde przekonania, i potrafiących je uzasadnić, uważających się za osoby moralne i dumnych ze swoich osiągnięć. Będzie więc nienawidził osoby wolne i niezależne, nie dające nagiąć się do jego mistycznych, bezsensownych, alogicznych humorów i żądań. Będzie nienawidził wolności, racjonalności i trwałości słusznych przekonań. Więc wyruszy na krucjatę, by te wartości zniszczyć, lub zamazać w ten sposób, by przestały być wartościami. I już im się to prawie udało. A jednak raz po raz spontanicznie dają o sobie znać ci, którzy złamać się nie dali - być może uniknęli żłobka, przetrwali odmóżdżenie i kolektywistyczny terror przedszkola, a potem szkoły. Pęd do wiedzy nie został u nich zdławiony, i jakimś cudem nabyli wystarczające umiejętności logicznego myślenia i integracji faktów. Rzeczywistość nie jawi się im jako chaos i matnia, ale jako zestaw stałych praw, które można rozumowo poznać i następnie przekształcać ją wedle naukowej wiedzy na swój użytek. Zdają też sobie sprawę, że tak, jak istnieją stałe prawa fizyczne - tak istnieją stałe prawa ekonomiczne, których humorzaste fochy 5-latków nie mogą skutecznie nagiąć, nawet z pomocą autorytarnej machiny państwowej. Ponieważ gospodarka to rezultat racjonalnego działania, mającego na celu poprawę warunków bytowych uczestniczących w nich ludzi, nie poprawią się one od życzeniowego myślenia antyobiektywnych mistyków, ani od decyzji równie podludzkiej urzędniczej sfory. Zrobić to mogą tylko prawdziwi ludzie, wymieniający się prawdziwymi, wypracowanymi przez siebie, wartościami. Wartość za wartość. Nie - wartość za brak wartości. Czy - wartość za antywartość. Żaden zdrowomyślący człowiek nie przyjmie takiego targu. Stąd też wyjątkowazaciekłość ze strony podludzi w zwalczaniu tzw. stosunków kupieckich, czy też stosunków monetarnych w społeczeństwie. Taka pogarda dla "mentalności burżuazyjnej" - czyli właśnie racjonalnej, obiektywnej wymiany realnych wartości. Mistycy śnią o świecie, gdzie nie ma żadnej wartości, a obraca się pustką. Gdyż oni tylko pustkę są w stanie z siebie wydać. Strach, paniczny strach przed obiektywną rzeczywistością i zmierzeniem się ze stałością praw, przy których są niczym ze swą namiastką mózgu - sprawia, iż jedyne, czego pragną, to anihilacja całej rzeczywistości obiektywnej. Ale nawet oni wiedzą, że mogą to zrobić tylko w przenośni - przez zniszczenie umysłów ludzi racjonalnych w taki sposób, by przestali oni tę rzeczywistość dostrzegać. Stąd potrzeba niszczenia umysłów od małego. Osobnik z niesprawnym umysłem, który wątpi we wszelki obiektywizm, we wszelką prawdę o świecie, którego napawa strachem wszelka twarda skupiona myśl - on będzie skazany na łaskę jego panów, antyfilozofów, szafarzy intelektualnego nihilizmu - i jego świeckie ramię, polityków i fuhrerów.
Hordy tak spreparowanych zombie, niemogący być pewnymi na 100% niczego, z łatwością dadzą się zniewolić mistykom i ich przedszkolnej projekcji totalnego państwa. No bo przeciw czemu protestować? Jest dobrze, jest fajnie, po co myśleć - przecież boli. Świat był, i będzie. Samo się zrobi. Albo oni zrobią, rozkażemy im i zrobią. Wolność? Nie rozśmieszajcie mnie.
I to jest zasadniczy problem z dzisiejszym światem i kulturą intelektualną.
Dzieci, w momencie osiągnięcia wieku, gdy są najbardziej wrażliwe na nabywanie nawyków posługiwania się umysłem, trafiają zazwyczaj do żłobków - państwowych instytucji, gdzie są zbite w jedną hordę, jeden kolektyw bezrozumnych malców, i poddane autorytarnej kontroli ze strony tzw. opiekunek. W jednej chwili pozbawione są poczucia ego, oczekuje się od nich bycia częścią kolektywu. Zamiast rozwijać newralgiczne potrzeby umysłu, takie jak kojarzenie faktów pochodzących ze zmysłów, rozumienie przyczynowości i logiki, pod opieką rodzica, a więc osoby najpełniej znającej potrzeby i potencjał dziecka, jest ono zostawione na pastwę obcych osób, które żadnej motywacji do indywidualnego zajmowania się każdym z dzieci nie posiadają. Dziecko jest zmuszane do uczestnictwa w zbiorowych ogłupiających rytuałach, gdzie nie ma miejsca na logikę ani na samodzielne myślenie, autorefleksję czy poszukiwanie prawdy.
Oto pierwszy krok umysłowej kastracji, jakiej poddawane są dzieci w naszej kulturze od przeszło pół wieku. Najlepszy okres rozwoju umysłowego dla nich - wiek od 2 do 5 lat, kiedy uczą się korzystać z rozumu, to zazwyczaj okres bezpowrotnie stracony w państwowych żłobkach i przedszkolach, i z rodzicami zbyt zmęczonymi pracą, by choć próbowali odratować część potencjału dziecka po godzinach pobytu w nich.Mówię to zainspirowany lekturą najlepszego eseju genialnej Ayn Rand, a mianowicie "Comprachicos", dostępnego w zbiorze "Powrót Człowieka Pierwotnego". Jest to kompletna analiza powstawania kastrata umysłowego, i z takiego właśnie kastrata wyrasta podczłowieczy twór, określany mianem lewaka.
Dlaczego podczłowieczy? Albowiem człowiek to istota rozumna, w pełni korzystająca z dostępnych mu narzędzi poznawczych i integrujących wiedzę o rzeczywistości obiektywnej. Lewak tej umiejętności nie posiada - nie potrafi zintegrować faktów w spójną logicznie całość i wyciągnąć wniosków nt. swojego życia, celów i środków, jakie należy zastosować, by realizować swój człowieczy potencjał. Nie jest w stanie wypracować spójnego systemu wartości, ponieważ rzeczywistość, jaka go otacza, jest dla niego niezrozumiała, wręcz wroga. Nie rozumie łańcuchów przyczynowo-skutkowych, np. skąd bierze się dobrobyt. Nie rozumie skomplikowanych społecznych instytucji, jak rynek. Jego inteligencja zatrzymała się właśnie na poziomie przedszkolaka - a więc w okresie, kiedy kastracja umysłu została wykonana. Stąd też przedszkolny sposób rozumowania u lewaka - przedszkolne postrzeganie celów, i przedszkolne proponowanie środków do osiągnięcia ich. Np. Ludzie są biedni? Bo ludzie nie mają pieniędzy. Więc dodrukujmy je. Ludzie mało zarabiają? Wina pracodawców. Nakażmy im płacić pewną minimalną stawkę. Ta osoba jest bardzo bogata? Więc niech się podzieli, przecież nie straci.
A kto ma to wszystko narzucić? Ano PAŃSTWO - w umyśle lewaka PANI OPIEKUNKA. Dobra, tuląca pani, istniejąca poza czasem, poza przyczyną. Po prostu zawsze tam gdzie ty. Lewaku. Czyż nie?
Skrzywdzony, uszkodzony umysł 5-latka, niepotrafiący integrować faktów, ani wyciągać logicznych wniosków dot. rzeczywistości, jest plastyczną masą, gotową do dalszego urabiania w szkole. Oczywiście państwowej, a jakże. Skomasowana ilość niepowiązanej logicznie, oderwanej od wszelkiego sensu, wiedzy, wtłaczana jest w bardzo nieefektywnych warunkach, bardzo nieefektywnymi sposobami, w młode umysły, z jednym tylko efektem. By obrzydzić wiedzę jako taką, i znieczulić uczniów na jakiekolwiek dalsze intelektualne ambicje. Skąd więc takie zdziwienie, że uczniowe są apatyczni, niezainteresowani lekcją, agresywni? Nie powinno być żadnego zdziwienia. Tak uformowany młody umysł jest nastawiony anty wobec intelektu i wiedzy, co przejawia się nader często w szykanach ze strony kolektywu klasowego wobec tych nielicznych dzieci, które potrafią czytać, lubią zdobywać wiedzę na własną rękę, i przez to w klasie uchodzą za kujonów. Jeśli do tego potrafią myśleć niezależnie i zadają pytania, to biada im, ponieważ nauczyciel, sam będący kastratem umysłowym, również będzie ich tępił. Takie dziecko dostaje wyraźny sygnał - nie kwestionuj autorytetu, i nie dąż do prawdy, gdyż jak widzisz jest to nieistotne, a tylko powoduje kłopoty i szykany.
Jaki efekt mamy po latach podstawówki wśród mas nastolatków? Niechęć do wysiłku intelektualnego, samodzielnego myślenia, apatię i nieufność wobec ciał pedagogicznych - a więc i również wszystkich ludzi wykształconych. Bezpiecznie jest tylko w stadzie, tylko w kolektywie, ale czym ten kolektyw ma się kierować? Pozostaje ślepy bunt wobec autorytetów, a więc również wszelkiej wiedzy czy dyscypliny intelektualnej. Nastolatek przesiąknięty jest urywkami pewnej wiedzy, najczęściej fałszywej, i nie dotyczącej realnej rzeczywistości, a brakuje mu jakiegokolwiek usystematyzowania w logiczną całość tego, co wartościowe mógł nieopatrznie zdobyć. Jeśli nie przejawia talentów do nauk matematycznych i nie wybiera się na politechnikę, to z pewnością kierując się modą i presją kolektywu, wybierze kierunek humanistyczny. I to będzie końcowy etap prania mózgu. Uformowany zostaje osobnik, którego umysł nie jest umysłem zdrowego człowieka.
Lewak par excellence. Niezdolny do sformowania ani jednej logicznej myśli; niezdolny do opisania rzeczywistości taką, jaką jest; niezdolny do zdrowych osądów; niezdolny do przekazywania wartości; niepotrafiący ich zidentyfikować; niezdolny do zainspirowania innych do rzeczy wielkich; niezdolny by żyć życiem pełnym; niezdolny by istnieć. Lewak. Epistemologiczny oszust. Metafizyczny odpad.
Ostre słowa? Zbyt ostre? Nie sądzę.
Tak uformowany osobnik naturalnie będzie nienawidził wszystkich lepszych od siebie - a więc osób potrafiących logicznie myśleć, posiadających klarowne i twarde przekonania, i potrafiących je uzasadnić, uważających się za osoby moralne i dumnych ze swoich osiągnięć. Będzie więc nienawidził osoby wolne i niezależne, nie dające nagiąć się do jego mistycznych, bezsensownych, alogicznych humorów i żądań. Będzie nienawidził wolności, racjonalności i trwałości słusznych przekonań. Więc wyruszy na krucjatę, by te wartości zniszczyć, lub zamazać w ten sposób, by przestały być wartościami. I już im się to prawie udało. A jednak raz po raz spontanicznie dają o sobie znać ci, którzy złamać się nie dali - być może uniknęli żłobka, przetrwali odmóżdżenie i kolektywistyczny terror przedszkola, a potem szkoły. Pęd do wiedzy nie został u nich zdławiony, i jakimś cudem nabyli wystarczające umiejętności logicznego myślenia i integracji faktów. Rzeczywistość nie jawi się im jako chaos i matnia, ale jako zestaw stałych praw, które można rozumowo poznać i następnie przekształcać ją wedle naukowej wiedzy na swój użytek. Zdają też sobie sprawę, że tak, jak istnieją stałe prawa fizyczne - tak istnieją stałe prawa ekonomiczne, których humorzaste fochy 5-latków nie mogą skutecznie nagiąć, nawet z pomocą autorytarnej machiny państwowej. Ponieważ gospodarka to rezultat racjonalnego działania, mającego na celu poprawę warunków bytowych uczestniczących w nich ludzi, nie poprawią się one od życzeniowego myślenia antyobiektywnych mistyków, ani od decyzji równie podludzkiej urzędniczej sfory. Zrobić to mogą tylko prawdziwi ludzie, wymieniający się prawdziwymi, wypracowanymi przez siebie, wartościami. Wartość za wartość. Nie - wartość za brak wartości. Czy - wartość za antywartość. Żaden zdrowomyślący człowiek nie przyjmie takiego targu. Stąd też wyjątkowazaciekłość ze strony podludzi w zwalczaniu tzw. stosunków kupieckich, czy też stosunków monetarnych w społeczeństwie. Taka pogarda dla "mentalności burżuazyjnej" - czyli właśnie racjonalnej, obiektywnej wymiany realnych wartości. Mistycy śnią o świecie, gdzie nie ma żadnej wartości, a obraca się pustką. Gdyż oni tylko pustkę są w stanie z siebie wydać. Strach, paniczny strach przed obiektywną rzeczywistością i zmierzeniem się ze stałością praw, przy których są niczym ze swą namiastką mózgu - sprawia, iż jedyne, czego pragną, to anihilacja całej rzeczywistości obiektywnej. Ale nawet oni wiedzą, że mogą to zrobić tylko w przenośni - przez zniszczenie umysłów ludzi racjonalnych w taki sposób, by przestali oni tę rzeczywistość dostrzegać. Stąd potrzeba niszczenia umysłów od małego. Osobnik z niesprawnym umysłem, który wątpi we wszelki obiektywizm, we wszelką prawdę o świecie, którego napawa strachem wszelka twarda skupiona myśl - on będzie skazany na łaskę jego panów, antyfilozofów, szafarzy intelektualnego nihilizmu - i jego świeckie ramię, polityków i fuhrerów.
Hordy tak spreparowanych zombie, niemogący być pewnymi na 100% niczego, z łatwością dadzą się zniewolić mistykom i ich przedszkolnej projekcji totalnego państwa. No bo przeciw czemu protestować? Jest dobrze, jest fajnie, po co myśleć - przecież boli. Świat był, i będzie. Samo się zrobi. Albo oni zrobią, rozkażemy im i zrobią. Wolność? Nie rozśmieszajcie mnie.
środa, 29 sierpnia 2012
Nadchodzący sztorm - wywiad z Dougiem Casey
Doug Casey to legendarny inwestor i ekonomista szkoły austriackiej, anarchokapitalista. Jego poglądy na sytuację geopolityczną dzisiejszego świata, to solidna odtrutka na oficjalną propagandę rządowych kłamstw.
Oryginał
Daily Bell: Witaj, Doug. Daj nam najnowsze informacje odnośnie tego, co nazywasz "Większym Kryzysem" (Greater Depression).
Doug Casey: Kryzys to taki okres czasu, gdy standard życia większości ludzi znacząco spada. Myślę, że możemy się zgodzić, że ten obecny zaczął się w 2008 r. W ciągu ostatnich paru lat, poprzez dodrukowanie bilionów jednostek waluty, rządy - dotychczas z powodzeniem - zatuszowały sprawę. Zamiast umożliwić rynkom likwidację, drukowanie pieniędzy sprawiło, iż nadal ludzie mogą pozwolić sobie na życie ponad stan. Jest tylko kwestią czasu, kiedy sprawy zaczną naprawdę się sypać, ale niemożliwym jest określić dokładnie, kiedy to nastapi. Mnie się wydaje, opierawszy się na wydarzeniach w Europie i tym, co moim zdaniem wydarzy się w Chinach, iż wrócimy do sztormu za parę miesięcy. Jak zapewne Pan wie, nie jest dobrym pomysłem przewidywać na raz wydarzenie i jego termin. Ale jestem ekonomistą - to znaczy, kimś, kto stara się opisać sposób funkcjonowania świata - a nie wróżką. Tak też podejmuję się tego ryzyka...
Daily Bell: Ostatnim razem pytaliśmy Pana jak długo potrwa zanim dolar straci wszelkie zaufanie.
Doug Casey: Niestety, zaufanie to krytyczny element w tym przypadku, gdyż dolar - jak zresztą wszystkie waluty świata - opiera się głównie na zaufaniu. Zaufanie to kwestia psychologii, a psychologia zmienia się bardzo szybko. Zaufanie może zniknąć szybciej, niż sterta piór w trakcie huraganu; to nie jest zdrowy fundament waluty.
Pomówmy o faktycznej rzeczywistości ekonomicznej. W tym momencie, wszystko, co robi rząd - i nie mam na myśli tylko USA, ale wszystkie rządy - jest nie tylko złe, ale w rzeczy samej odwrotne od tego, co powinno się robić. Ustanawiają więcej praw, podnoszą podatki, kreaują więcej pieniądza i zaciągają więcej długu. A powinni robić na odwrót. Nadal jesteśmy w oku cyklonu. Ich działania gwarantują, iż kiedy już ponownie znajdziemy się w huraganie - na samej krawędzi - będzie znacznie gorzej, i będzie to trwało znacznie dłużej, niż to, czego byliśmy świadkami między 2007 a 2009 rokiem. Wydaje mi się, iż tym razem prawdopodobnie towarzyszyć nam będzie wysoki poziom inflacji cen.
Daily Bell: Gdzie najlepiej przeczekać ten sztorm?
Doug Casey: Nie chcę znajdować się w kraju, w którym sztorm jest najsilniejszy. Wobec tego nie chcę być w Europie, nie chcę być w USA, nie chcę być w Chinach. Jestem fanem rozwijających się gospodarek - zawsze nim byłem - takich, które mają wysokie poziomy wzrostu z niskimi poziomami długu. Musimy pamiętać, iż posiadanie oszczędności oznacza, że produkowało się więcej, niż konsumowało. Dług jest czymś zgoła odwrotnym; dług oznacza, że konsumuje się więcej, niż produkuje, że żyje się ponad stan. Więc lubię miejsca, które posiadają stabilną wzrostową gospodarkę, wysokie poziomy oszczędności, niedużo długu - jak również minimalne opodatkowanie i regulacje. Nie jest o to łatwo, ponieważ nie ma kraju na świecie, który podążałby we właściwym kierunku, niestety. Ale jest kilka takich, które zdecydowanie są lepsze, niż reszta. Tak, jak mówiłem, zapomnijcie o Europie, USA i Chinach na ten moment.
Daily Bell: Ostatnim razem tłumaczył Pan, że Waszyngton wydaje półtora biliona dolarów więcej, niż wynoszą jego przychody. Kiedy to się skończy?
Doug Casey: Nie skończy się, ponieważ w tym momencie jest to problem całkowicie strukturalny; jeszcze się pogorszy. Jeśli popatrzy się na zestawienie wydatków rządu, robi się całkiem ciekawie, jak również straszno.
To, co widzimy, to podobnie jak w Grecji, czy w innych krajach UE na ten przykład, na wydatki rządu USA składają się głównie wydatki socjalne różnego typu - głównie Ubezpieczenie Społeczne (Social Security), Medicare, Medicaid (programy medyczne), tzw. Ubezpieczenie Dochodu (Income Security - zasiłki), oraz emerytury. Wszystkie te rzeczy są niemożliwe do ograniczenia z powodów politycznych; po prawdzie, to będą rosnąć. Reszta wydatków to głównie tzw. "obrona", która stanowi 25% budżetu. Ponieważ Amerykanie kochają swoje wojsko, nie obetną nań funduszy; właściwie, to Republikanie, banda niebywałych idiotów, chcą jeszcze powiększyć wydatki na wojsko. Pozostałe funkcje rządu - policja, wymiar sprawiedliwości i agencje kontrolne - pochłaniają zaledwie maleńką część budżetu.
Jakkolwiek, ten ostatni obszar ciąłbym jako pierwszy, ponieważ jest to najbardziej destruktywny element rządu. Jeśli obali się te wszystkie pretoriańskie agencje jak ATF, FBI, DEA, CIA, NSA i urzędy regulacyjne jak FDA, FCC, SEC, DOT, HEW, HUD, EPA, EEOC i wiele innych - lista nie ma końca - to samo to dałoby gospodarce kopa i umożliwiło pewną szansę na odbudowę, małą możliwość, że rząd nie będzie musiał zbankrutować. Ale to taka fantazja, mrzonka; na rozsądne reformy nie ma co liczyć. Mówimy tutaj o zupełnej abstrakcji.
Daily Bell: Kongres lubi afiszować się jako element rozwiązywania problemu, ale wydaje się sam być tegoż problemu częścią. Czy da się w sposób polityczny odpowiedzieć na niego? Co należy zrobić?
Doug Casey: Kongres nie tylko jest częścią problemu - jest głównym problemem. Jest jedna rzecz, którą zawsze lubiłem w Ronie Paulu - mawia, iż powinniśmy kierować się Konstytucją. Niestety, w niczym to dziś nie pomoże, gdyż zasadniczo Konstytucja stała się czymkolwiek Sąd Najwyższy zechce, by była. Innymi słowy, Konstytucja została zinterpretowana w niwecz. Wszystko, co rząd USA dziś robi, jest 'konstytucyjne'; wszystko zostało dopuszczone przez Sąd Najwyższy. Natomiast jeśli podejdzie się do interpretacji Konstytucji w sposób zdroworozsądkowy, i nie zacznie dzielić włosa na czworo niczym średniowieczny scholastyk czy znawca Talmudu, staje się oczywiste, iż cała Konstytucja to martwa litera - poza częściami odnoszącymi się do trywialnych procedur, typu kto sprawuje wiceprzewodnictwo Senatu, porządek głosowania, detale administracyjne i tym podobne rzeczy, które nie obchodzą nikogo poza Pasem Waszyngtońskim.
Jakkolwiek cenię rozwiązanie Rona co do stosowania się do Konstytucji - całej Konstytucji - jest to nierealne w tym totalnie skorumpowanym systemie politycznym, jaki mamy. Wszelka część Konstytucji, mówiąca o zachowaniu wolności dla jednostki przeciwko państwu - czyli ta najważniejsza jej część, która świadczy o jej unikalności - jest teraz bez znaczenia. W istocie, każdy, kto cytuje obecnie Konstytucję, ryzykuje wtrąceniem do więzienia w imię "bezpieczeństwa narodowego", jako wichrzyciel, niebezpieczny anty-rządowy radykał albo grozi mu zamknięcie w instytucji zdrowia psychicznego. Nie żartuję; zmiany, jakie nastąpiły w ciągu ostatnich dekad, są wyjątkowe.
Ale popuśćmy wodze fantazji i powiedzmy, że Ron Paul w jakiś sposób zostaje Prezydentem. Nawet, jeśli Sąd Najwyższy nie odrzuci wszystkiego, jako niekonstytucyjne, Ron napotka inną, znacznie większą przeszkodę - w Kongresie. Wystąpią o impeachment. W dodatku, zorientuje się, że ludzie, przeciętni Amerykanie, będą zajadle niezadowoleni z faktu odebrania im rządowej darmochy; będą chcieli go zlinczować.
Nawet jeśli, jakimś cudem, Sąd Najwyższy i Kongres, i protestujący motłoch, nie wykurzą go z urzędu, nadal będzie musiał zmierzyć się z armią 3 milionów rządowych oficjeli, zaczynając od ludzi kierujących agencjami pretoriańskimi - FBI, CIA, NSA, ATF, DEA i pozostałymi. Najprawdopodobniej otrzyma bardzo poważną i niepokojącą rozmowę. Rząd jako całość - absolutnie włączając w to Pentagon - co najmniej knułby przeciwko niemu.
Tak też obawiam się, że tak wygląda wyczerpująca odpowiedź na Pana pytanie. Tak naprawdę nie ma żadnych politycznych rozwiązań w tym momencie, nie w tym, w czym tkwimy teraz.
Jedynym możliwym "sposobem" na zmianę jest dyktatura. Prawdopodobnie doczekamy się dyktatury w USA, być może po najbliższym realnym lub wyimaginowanym ataku terrorystycznym. Albo jeśli USA zaangażuje się w prawdziwą wojnę, nie tylko w sportową rozgrywkę jak w Iranie i Afganistanie. Albo gdy gospodarka załamie się dokumentnie. A być może trafimy Trójkę i wszystkie te rzeczy przydarzą się naraz. Oczywiście dyktatura, choć pod inną nazwą, będzie najgorszą ewentualnością. Dyktatury nigdy nie są dobrym pomysłem nawet jeśli stoją za nimi dobre intencje. Ale tak to właśnie jest; ten sam schemat od starożytności, przez średniowiecze, po dzisiejsze czasy. Dlaczego w USA miałoby być inaczej?
Daily Bell: Czy rząd da się zmniejszyć?
Doug Casey: Nie, nie wydaje mi się, ponieważ ludzie stali się zbyt uzależnieni odeń. Amerykanie już nie są samowystarczalnymi pogranicznikami; to w większości uzależnieni, nieruchawi konsumenci z nadwagą. Nie słyszy się już o ludziach "producentach", lecz tylko o "konsumentach" - jakby to było coś dobrego. Rząd odgrywa główną rolę w ich życiu, i podoba im się to. Nie obetnie się wydatków na ubezpieczenie społeczne, ponieważ ogromna większość Amerykanów zeń żyje, a większość emerytów nie ma żadnego innego majątku ani źródła dochodu.
Dalej mamy Medicare i Medicaid, obydwa powinny zostać zlikwidowane; samo to zredukowałoby budżet o połowę - ale tylko o połowę - jak również skłoniło ludzi do stania się bardziej odpowiedzialnymi za swoje zdrowie. Zredukowałoby również radykalnie koszty opieki zdrowotnej i poprawiło jej jakość. Ale na to się nie zanosi; ludzie zaczną protestować jak rozbrykane prosięta. Domagają się więcej takich programów, nie mniej; pragną ObamaCare (państwowej służby zdrowia jak w Polsce). Nie można też obciąć emerytur, cywilnych jak i wojskowych; są to zobowiązania kontraktowe. Więc co pozostaje? Odsetki na długu publicznym, które, wynosząc ok. 250 miliardów USD, są niewielkim elementem. Ale to tylko dlatego, że stopy procentowe są najniższe w historii. Jednakże w przeciągu kilku następnych lat, stopy procentowe nieuchronnie wzrosną. Więc zamiast płacić 2% z 16 bilionów USD, powiedzmy, że rząd będzie zmuszony płacić 10% z 25 bilionów. Bez wątpienia Chińczycy z uśmiechem na ustach pożyczą rządowi USA dodatkowe 2,5 biliona rocznie...
Zwyczajnie nie ma nadziei na żadną zmianę bez totalnie drakońskich metod. Oczywiście, drakońskie metody nastaną, ale będą użyte akurat w złych, a nie dobrych celach.
Daily Bell: A co z FED (Rezerwą Federalną)? Czy Bernanke (Ben Bernanke, szef FED) powinien podnieść stopy procentowe? Czy jest w stanie?
Doug Casey: Cóż, muszę przyznać, iż jest to źle postawione pytanie. W ogóle nie powinno być kwestii, co FED miałby robić - FED nie powinien istnieć. Nie uznaję kontroli cen żadnego rodzaju, a ustalanie stóp procentowych przez FED, poza mechanizmem rynkowym, to właśnie kontrola cen. FED powinien zostać zlikwidowany, nie spełnia zupełnie żadnej pożytecznej roli. Nigdy takiej nie spełniał. Jest zbędny. A swoimi obecnymi działaniami wywołuje ogromne zniekształcenia na rynkach, w sposobach w jaki ludzie produkują i konsumują. Im dłużej FED zaniża stopy procentowe w daremnej próbie podtrzymywania niemożliwej do utrzymania sytuacji gospodarczej, tym straszliwszy będzie upadek. Niskie stopy zniechęcają do oszczędzania, natomiast zachęcają do zadłużania się i konsumpcji.
Daily Bell: Czy jest to wina społeczeństwa? Czy nie powinno powiedzieć obibokom "NIE" przy urnach?
Doug Casey: Cóż, jeśli wypędzi się jednych obiboków przy urnie, po prostu zafunduje się kolejnych. Jacy ludzie pragną być politykami Pana zdaniem? Najczęściej socjopaci. Wybory to groteskowa szarada, wystawiana co cztery lata. Ludziom się wydaje, że głosując na Iksińskiego, poprawi im się w stosunku do kadencji Igreka. Jest coraz mniejsza różnica między lewym skrzydłem Partii Republikratycznej, a prawym skrzydłem Demokrapublikanów; naprawdę są tym samym. Obydwie partie to filozoficzni etatyści i kolektywiści. Jedyna różnica, to w przypadku Republikanów udawana sympatia dla wolnego rynku, ale szczery jej brak dla wolności osobistych. Natomiast Demokraci udają, że popierają wolności osobiste, ale zdecydowanie nienawidzą wolności ekonomicznej. Cóż za wybór! Nie ma zasadniczych różnic między nimi; tylko różnice retoryczne.
Zdając sobie z tego sprawę i pomijając resztę, można woleć Republikanów od Demokratów ponieważ ci pierwsi żywią pewne atawistyczne przekonanie do wpół-wolnego rynku. Uważam prawe skrzydło Demopublikanów za partię głupoty, a lewe skrzydło za partię zła. Demokraci naprawdę mają złe intencje, natomiast Republikanie są po prostu hipokrytami.
Czy jest to wina społeczeństwa? Oczywiście. Wszyscy starają się żyć na koszt wszystkich dookoła, za sprawą państwa. Nie biorę udziału w wyborach, ponieważ nie mam zamiaru współuczestniczyć w tym skorumpowanym procesie. Proszę też innych by nie głosowali. Może Pan pamiętać, jak w czasie wojny wietnamskiej mawiało się "A jakby tak wypowiedzieli wojnę, a nikt się nie stawił?" Ja zwykłem mawiać "Załóżmy, że przyszły wybory i nikt nie zagłosował." Już pomijając fakt, że pojedynczy głos nic nie znaczy, nie interesuje mnie karmienie systemu jeszcze większą ilością władzy. Polityka, która jest z definicji procesem przymusowym, powinna zostać zdelegitymizowana przez brak uczestnictwa.
Daily Bell: Jak los czeka dolara amerykańskiego?
Doug Casey: Dollar jest wekslem opiewającym na "NIC" u zbankrutowanego rządu. Osiągnie swoją realną wartość, ponieważ 1,5 biliona deficytu budżetowego, który nam teraz zafundowali - a w istocie jest on o wiele większy, jeśli policzy się go korzystając z metody memoriałowej - może się tylko powiększyć. Zrównoważą deficyt przez kreację większej ilości dolarów. Rządy na całym świecie robią to samo, ale w przypadku zniszczenia dolara jest to o wiele poważniejsze, gdyż dolar jest funkcjonalnie walutą światową. Mam tu na myśli to, iż jest to waluta de jure w co najmniej 3 innych państwach, a de facto pozostaje walutą w około 50 innych. Co więcej, większość banków centralnych na świecie trzyma swoje aktywa w dolarach. Jeśli więc dolar zostanie zniszczony - a nie widzę sposobu, by tego uniknąć - będzie to katastrofa globalna, a nie wyłącznie narodowa. Jest to więc znacznie poważniejsze, niż wydaje się większości ludzi.
Daily Bell: Skomentuje pan przegraną Rona Paula?
Doug Casey: Wydaje mi się, że Ron zrobił więcej dobrego w polityce, poprzez edukację, niż ktokolwiek inny. Jestem również bardzo zadowolony z tego, że większość poparcia mu udzielonego pochodzi od młodego pokolenia - studentów, nastolatków i dwudziestoparolatków. To napawa nadzieją na przyszłość. Ale fakt, że został dostrzeżony przez główny nurt w USA pokazuje, jak skrajnie zdeprawowane i apatyczne jest społeczeństwo tego kraju. Trend naszych czasów - ludzie chcą więcej państwa; jest to fakt. Ale musimy kontynuować drogę naszej filozofii, nie dlatego, że w końcu nam się uda - lecz dlatego, że jest słuszna. Nie spodziewam się przekonać, ani nawet zmienić sposobu myślenia kogokolwiek. Ale w tym samym czasie, nie zamierzam nakryć się ogonem jak zbity pies i się posikać; nie mam zamiaru skoczyć z urwiska razem ze stadem lemingów. Zamierzam promować wolność, ponieważ jest to słuszna sprawa.
Ale pozwoli Pan, że rozszerzę moją wcześniejszą wypowiedź dotyczącą scenariusza, gdyby Ron Paul jednak został prezydentem. Jasne, być może zdołałby przeprowadzić parę dobrych rzeczy; z pewnością starałby się - bez powodzenia, jak sądzę - odwrócić deewolucję USA w kierunku państwa policyjnego. Ale ktokolwiek wygra tegoroczne wybory, stanie twarzą w twarz z Większym Kryzysem i będzie zań obwiniany. Wobec tego pragnę ujrzeć Rona lub kogoś mu podobnego, w kampanii 2016 roku. Jeśli ktoś taki jak Ron Paul zostałby prezydentem zawczasu, w roku 1980, zamiast Reagana, udałoby mu się zrobić, co należy. Ale od tamtej pory nastroje narodu obniżyły się znacząco. To miejsce to już nie Ameryka; teraz to Stany Zjednoczone - po prostu kolejne państwo narodowe.
Daily Bell: Mitt Romney - czy zwycięży? Barack Obama?
Doug Casey: Nie uważam się za dobrego typującego w polityce, ponieważ zazwyczaj jestem zbytnim optymistą. Jedyną osobą, którą trafnie wytypowałem jako przyszłego prezydenta, był Obama, ostatnim razem. Nie łudzę się, iż odgaduję emocje przeciętnego wyborcy - kimkolwiek by nie był - by celnie przewidzieć wynik. Ale podejrzewam, że jeśli gospodarka nie zacznie się nagle zwijać między dzisiejszym dniem a listopadem, ludzie zagłosują na Obamę, ponieważ życie powierzchownie poprawiło się w stosunku do dna kryzysu sprzed 4 lat. I, co przyznać należy ze wstydem, łykają jego retorykę przesiąkniętą zawiścią i wojną klasową. Co więcej, Romney prezentuje się nieautentycznie, jako wielkie nic w garniturze; jest oczywistym, iż nie posiada on żadnych przekonań filozoficznych. Obama przynajmniej w coś wierzy, nawet jeśli jest to nikczemne. Fakt, że jedyne, na co Republikanów stać, to Romney jest dowodem ich zupełnego moralnego bankructwa - i to pamiętając McCaina, który był lekko oszołomskim, nienawistnym staruchem. Republikanie naprawdę są partią głupków, a demokraci partią zła.
Co do zręcznej populistycznej kampanii Obamy, przeciętny Amerykanin - który nie ma prawie żadnych aktywów, którego dom tonie w hipotece, który nie ma majątku - będzie łatwym celem. Nie zagłosuje na multimilionera. Niepokoi mnie fakt, że wszystkie slogany wyborcze Obamy atakują Romneya nie za jego faktyczne wady, czy brak filozoficznych przekonań - ale skupiają się na fakcie, że Romney jest bogaty - co jest jedyną dobrą w nim rzeczą ... to naprawdę okropne, wstydu godne.
Daily Bell: Nazwał Pan ostatnim razem Bena Bernanke głupcem. Zmienił Pan może zdanie?
Doug Casey: Nie, w żadnym razie. Trudno wyobrazić sobie gorszą osobę piastującą prezesurę centralnego banku USA, może za wyjątkiem Gideona Gono, prezesa banku centralnego Zimbabwe sprzed paru lat. Bernanke naprawdę zasługuje na to, by go powiesić głową w dół na najbliższej latarni, chociaż za to, że to, co robi, niszczy bardziej amerykańską gospodarkę, niż Mussolini zrobił we Włoszech. Ponieważ uważam, że Rezerwa Federalna powinna zostać zlikwidowana, zmuszony jestem uznać każdego, kto próbuje wzmacniać czy ratować tę instytucję za szalbierza bądź głupka, bądź obu na raz. Ale, patrząc optymistycznie, być może Bernanke przez swoje działania sprawi, iż Keynesizm zostanie całkowicie zdyskredytowany w przyszłości.
Daily Bell: Pana przewidywania co do QE3 (luzowanie ilościowe część 3 - program zwiększania bazy monetarnej dolara przez FED w celu stymulowania gospodarki) ? Mówił Pan, że to już ma miejsce, tyle że w ukryciu. Nadal?
Doug Casey: Tak, oczywiście. Nie mają alternatywy tylko dlatego, że rząd wydaje 1,5 biliona więcej, niż ma przychodów, i bardzo mało cudzoziemców - właściwie, to już nikt - nie chce nabywać rządowych papierów dłużnych po bliskim zeru oprocentowaniu, stąd też FED będzie kontynuował skupywanie papierów dłużnych z rynku. I tak naprawdę kreaował super pieniądz; skupienie długu przez FED jest głównym powodem inflacji, najefektywniejszym. Stąd też ta praktyka nie tylko będzie kontynuowana, ale też przyspieszy.
Daily Bell: Co dzieje się obecnie w Libii? W Mali? W Syrii?
Doug Casey: Rząd USA wsadza swój nos obecnie wszędzie. Są to wszystko kretyńskie i szkodliwe awanturnictwa. Po pierwsze, żadne z tych państw nie jest prawdziwym państwem; są to wszystko sztuczne konstrukty, arbitralnie nakreślone w sztabowniach Europy. Ich granice lądowe nie mają nic wspólnego z plemiennymi, etnicznymi, religijnymi czy językowymi różnicami pomiędzy ludami je zamieszkującymi. Z tego powodu na zawsze pozostaną niestabilne. Tyczy się to prawie wszystkich krajów Azji, Afryki, i wielu w Ameryce Południowej. Z tego samego powodu jest to prawdą i w Europie. Państwa narodowe są z definicji niestabilne. Rządy wszędzie - ale głównie w krajach rozwijających się - są zasadniczo organami rabunku. Kierowanie rządem to dotychczas najłatwiejszy sposób na wzbogacenie się, jak również na wymierzanie kary osobom lub grupom, których się nie lubi.
Nie ma żadnego sposobu na to, by USA rozwiązało problemy tych sztucznych państw tak długo, jak istnieją w swoich obecnych formach. Interweniując, tylko pogarszamy sytuację i tworzymy więcej wrogów dla siebie. Te ludy, tubylcy, nie lubią patrzeć na nastolatków z obcej kultury, rozbijających się po ich kraju, strzelających do wszystkiego i wyłamywujących drzwi w środku nocy. Kontrproduktywnie wywołujemy problemy w tych krajach, a nie rozwiązujemy je.
Dairy Bell: Wojna z Iranem jako kolejna pozycja menu?
Doug Casey: Biją w tarabany, czyż nie? Wygląda na to, że Romney jest jeszcze większym podżegaczem wojennym, niż Obama, niż Bush - w co trudno uwierzyć. Ale wojna jest witalna dla państwa. Kiedykolwiek państwo ma wewnętrzne problemy, klasa polityczna naturalnie skłania się do obwiniania za nie obcych. Iran wydaje się być ku temu najlepszym kandydatem. Z pewnością wojna z Iranem jest możliwa; i myślę, że będzie to absolutna katastrofa, ponieważ, w przeciwieństwie do zadupia w typie Iraku czy Afganistanu, Iran to wielki zwierz i możemy naprawdę się sparzyć. To jeden z powodów, dla których obstawiam notowania ropy naftowej, nawet powyżej 90$...
Daily Bell: A co z Rosją i Chinami?
Doug Casey: Co do Rosji, nie wydaje mi się, by kraj, który nie produkuje niczego, co chciałby świat, poza ropą, garstką minerałów, i bronią, miał zbyt dobrą przyszłość. Dodajmy do tego zapaść demograficzną, epidemię alkoholizmu, mnóstwo niespokojnych mniejszości etnicznych, fakt iż Putin pozostaje dyktatorem, i że większość kraju jest własnością setki oligarchów.
Chiny mają zupełnie inny problem. Przeciętny Chińczyk haruje ostro i oszczędza 20-30% swojego dochodu. Ale co robi z oszczędnościami? Albo umieszcza na rachunku bankowym, albo lokuje w nieruchomościach. Niestety, wyrosła bańka nieruchomości, zasilana pożyczkami bankowymi. Banki chińskie zostaną pogrzebane pod stosem złych pożyczek, dodatkowo tych udzielonych z powodów politycznych. Rząd chiński stosował własny program luzowania ilościowego, kreując biliony juanów, w większym stopniu, niż USA. Będą zmuszeni wykreować jeszcze więcej, by wesprzeć banki - inaczej pani Han nie będzie miała dostępu do swoich oszczędności życia. Ale nie uda im się odratować rynku nieruchomości. Nastąpi więc srogie odsianie i sporo ludzi stanie się niezadowolonych z powodu strat, jakie poniosą. Chiny mogą z łatwością się rozpaść, przynajmniej na pewien czas. Jakkolwiek, ten wiek i tak należy do Chin.
Clou z tymi krajami polega na tym, że rząd USA powinien je zostawić w spokoju. Zamknąłbym, z tego powodu, Departament Stanu. Ingerowanie w jakikolwiek sposób w jakimkolwiek kraju na świecie nie czyni niczego dobrego, a jedynie tworzy wrogów i przyczynia się do bankructwa USA. Stąd też wszelkie działanie USA w tych krajach nie przynosi korzyści. Stosunki międzynarodowe winny być domeną turystów i przedsiębiorców.
Daily Bell: Dlaczego USA staje się takie agresywne? Co jest tego przyczyną?
Doug Casey: Co jest tego przyczyną? To dobre pytanie. Moje przypuszczenie jest następujące - każdy rząd, gdy staje się coraz większy, w sposób naturalny przyciąga nieodpowiednich ludzi - ludzi, których interesuje tylko władza i chcących używać przemocy. Im więcej ich trafia do rządu, tym więcej wygryzają normalnych, przyzwoitych ludzi, którzy tam wcześniej pracowali. To jeden z powodów dlaczego wielkie państwa zawsze obumierają i upadają. Inna przyczyna agresywności to to, iż rządy lubią zwalać problemy, które same stworzyły, na obcokrajowców. Nie tylko mogą zrzucić winę z siebie, ale wojna również mobilizuje jedność narodu pod rządami jego przywódców. Otóż dlaczego to wojna staje się konsekwencją okresu złej koniunktury gospodarczej; klasycznym przykładem jest II Wojna Światowa, jako wynikowa Wielkiego Kryzysu. Być może również, jak zauważa Christopher Hedges, wojna jest siłą, która daje sens życiu - jakkolwiek zdeprawowanie by to nie zabrzmiało.
Obawiam się, że nie można nic zrobić, by odwrócić tendencję do kolejnej wojny. Najlepszym wyjściem jest ulokowanie się jak najdalej od głównych uczestników. A USA będą na pewno głównym uczestnikiem...
Daily Bell: Ostanio Pana o to pytaliśmy: Czy nowa niezależna komisja do zbadania okoliczności ataku 11 września powinna zostać ustanowiona, by raz na zawsze wyjaśnić, co się naprawdę wydarzyło tego dnia?
Doug Casey: Oczywiście, że powinna. Mamy tu do czynienia z jedną z największych scen zbrodni, być może największą, w historii Ameryki, a mimo to budynki zrównano z ziemią buldożerami w przeciągu tygodnia, jak tylko ugaszono pożary. W ten sposób nie traktuje się miejsca zbrodni. Miejsce najzwyklejszego morderstwa bywa odgrodzone na lata. Istnieje masa pytań, które nie doczekały się odpowiedzi. Na ten przykład, co przydarzyło się World Trade Center 7? Ten budynek zawalił się w wyniku kontrolowanego wyburzenia ok. 6 godzin po zawaleniu się wież 1 i 2. Jeśli zamierza się zniszczyć budynek, trzeba przeznaczyć na to kilka tygodni na założenie ładunków, przegląd struktury itd.; nigdy nie podano wyjaśnienia odnośnie dlaczego budynek nr 7 zawalił się jak stał. Z własnych badań wiem, że nigdy nie zdarzył się przypadek, by wieżowiec zawalił się z powodu ognia, zwłaszcza na wyższych piętrach.
Ta cała sprawa jest bardzo dziwna od samego początku do końca, i prawidłowe śledztwo powinno zostać przeprowadzone. Jest ok. setka elementów, które nie układają się w sensowną całość. Ale znowuż - jest tyle elementów w samym rządzie USA, które nie mają sensu, przynajmniej od momentu zabójstwa Kennedy'ego, w przypadku dziwnej śmierci Vince'a Fostera podczas rządów Clintona. Było ok. 50 spraw, wywoływały u mnie myśl, iż nie przytrafiły się tak, jak zostały opisane w mediach. Zniszczenie Murrah Building w Oklahoma City to jedna z nich; jest dosłownie niemożliwe, by amatorski materiał wybuchowy, nawóz z azotanu amonu w tym przypadku, mógł zniszczyć filary ze zbrojonego betonu w tej budowli, zwłaszcza z miejsca, gdzie stała furgonetka z ładunkiem.
Nie zadaję tych pytań jako zwolennik teorii spisków. Wręcz przeciwnie. Mimo, iż Adam Smith miał rację, mówiąc, iż każdy z każdym ciągle spiskuje, każdy kto próbował namówić kilku znajomych, by zgodzili się na jedną rzecz typu na jaki film iść do kina, wie, jakie to trudne. Zwyczajnie preferuję rozsądne, realistyczne wytłumaczenia, które można uzyskać wyłącznie w wyniku skrupulatnego, niezależnego śledztwa. Koncepcja, by rząd wyjaśniał swoje własne postępowanie, jest niedorzeczna.
Daily Bell: Proszę opowiedzieć o Hard Assets Alliance, w którą Pan jest zaangażowany.
Doug Casey: To, co staramy się osiągnąć z HAA, to ułatwienie ludziom z całego świata posiadania złota, a zwłaszcza specyficznej, określonej ilości złota, w konkretnej lokalizacji, w kilku miejscach na świecie. Jestem również udziałowcem w goldmoney.com i wielkim zwolennikiem jego wspaniałego programu, ale świat potrzebuje więcej alternatywnych rozwiązań. Hard Assets Alliance to doskonałe uzupełnienie tego, co robi goldmoney.com. Uważam, iż każdy powinien mieć u nas konto. Pierwszego tygodnia od otwarcia, założyliśmy ich 1500; ludzie są naprawdę zainteresowani.
Daily Bell: To jaka przyszłość kroi się dla złota i srebra?
Doug Casey: Ważne, by pamiętać, iż na samym początku tego byczego rynku, w 2001 r., kurs złota wynosił 350$ za uncję, a srebra - nieco ponad 4$. Ale w realnych wartościach, oba metale - zwłaszcza srebro - były tak naprawdę tańsze niż w 1971, zanim Nixon zdewaluował walutę. Teraz, przy kursie odpowiednio 1600$ i 28$, metale nie mają już cen rodem z wyprzedaży. Ale w tym samym czasie, nie ma powodu przypuszczać, że nie osiągną wyższych kursów - nie tylko nominalnie, ale i realnie.
Nie polecam, by ludzie kupowali je w celach spekulacyjnych. Powinni je kupować, ponieważ jest to jedyny rodzaj aktywów, który nie jest w tym samym czasie zobowiązaniem kogoś innego. Nie powinno się ich kupować, mając na celu zyski kapitałowe - ale by zachować kapitał, majątek który się ma. Należy je kupować w celu bezpieczeństwa finansowego, a nie zysków kapitałowych. Osobiście nadal kupuję złoto. Zaprzestałem kupować srebro, ponieważ nawet po kursie 28$ za uncję potrzeba dużych jego ilości, by było warte poważne pieniądze; naprawdę srebro bywa kłopotliwe w magazynowaniu. Z drugiej strony, nie grozi mu stanie się politycznym "gorącym ziemniakiem" (kłopotliwym aktywem z powodów politycznych) - jak grozi to złotu... ale nadal kupuję złoto.
Daily Bell: A co z przemysłem wydobywczym? Odkrywcy kontra producenci... W którym miejscu cyklu koniunkturalnego znajdujemy się?
Doug Casey: Rzeczą, o której musimy pamiętać w przemyśle wydobywczym jest to, iż jest to właściwie mało atrakcyjny biznes, z każdego z grubsza punktu widzenia. Wymagane są gigantyczne nakłady kapitałowe, często miliardy dolarów na początek, by zbudować kopalnię - i to po tym, jak już wyda się setki milionów na zlokalizowanie złoża. Nawet wówczas nie ma gwarancji, że kopalnia będzie przynosić zyski. A nawet jeśli będzie, nie da się jej przenieść, i stanowi łatwy cel dla urzędów podatkowych, regulacji, natarczywości organizacji pozarządowych i jeszcze gorszych rzeczy. To dlatego Warren Buffet i jego mentor, Benjamin Graham, nigdy nie inwestowali w kopalnie. Istnieje zbyt duże ryzyko w cenach surowców, i za duże ryzyko polityczne.
Co więcej, większość niskowiszących owoców świata kopalin została już zerwana. Prawie wszystkie bogate złoża w stabilnych, łatwo dostępnych miejscach zostały wyeksploatowane. Więc w tym momencie wszystko, co pozostało to złoża ubogie w niestabilnych i niedostępnych miejscach, bez infrastruktury. To fatalne przedsięwzięcie.
Po tym, co powiedziałem, górnictwo jest cyklicznie fantastycznym miejscem do spekulacji. W górnictwie, jak we wszystkim zresztą, kupię cokolwiek jeśli cena jest odpowiednia, i w tym momencie akcje spółek wydobywczych wszelkiego autoramentu, zarówno producenci jak i odkrywcy, są tak mocno zbite, że stanowią doskonałą okazję do spekulacji. Rządy na całym świecie kreują tryliony nowych jednostek waluty; to gwarantuje wystąpienie nowych baniek, nowych szaleństw spekulacyjnych. Jest to idealne z punktu widzenia spekulanta. Jestem przekonany, że jedna z baniek wystąpi w metalach szlachetnych, a super-bańka - w akcjach spółek wydobywczych. To fatalne przedsięwzięcia, ale bywają najlepsze do spekulacji. Gdzie jeszcze można znaleźć cyklicznie występujące okazje na akcjach, dające wzrost 10:1, 100:1, i więcej, w kilka lat? Ceny są teraz tak niskie, że jest to właściwy moment na skupywanie ich. Obecnie stanowią niskie ryzyko - i, jak większość ludzi tego nie rozumie, dobra spekulacja to małoryzykowna spekulacja.
Mój sposób to zasadniczo zakumulowanie dobrej jakości akcji w spółkach, które przetrwają; to bardzo ważne, ponieważ w długim okresie większość wydobywców nie jest w stanie przetrwać. Dlatego też wypracowaliśmy nasze podejście "8 P", by wybrać odpowiednie akcje. Jest ich tysiące, i nie chcemy przegapić okazji, ani zrobić większych błędów. Podkreślę to jeszcze raz: osiągnęliśmy, bądź osiągamy najniższe notowania. Czas załadować ciężarówkę.
Dairy Bell: Czy istnieją potężne rodziny bankierów centralnych, chcące zapanować nad światem? Czy internet je spowalnia? Czy zamierzają przejąć internet?
Doug Casey: Internet jest absolutnie najlepszą rzeczą, jaka przytrafiła się ludzkości od momentu powstania prasy drukarskiej Gutenberga. Stanowi jedną z głównych sił liberalizacji jednostki i zapewnienia indywidualnej wolności, jakie zna historia. To dobre wieści. Z drugiej strony, oto dlaczego rządy i siły ciemności chcą zasadniczo ograniczyć internet. Nie znam tożsamości tych ludzi. Jak mówiłem, nie zajmuję się teoriami spisku żadnego rodzaju, ale myślę, że to oczywiste, iż ludzie nienawidzący wolności chcieliby zniszczyć dostępność internetu.
Daily Bell: Nadal jest Pan fanem Ameryki Południowej, nawet po paru przejęciach w Argentynie?
Doug Casey: Cóż, rząd argentyński to jeden z najbardziej ekonomicznie niedouczonych i politycznie destruktywnych rządów na świecie. Ale to nie jest nic nowego w Argentynie, i ma miejsce przez większość okresu od czasu Perona, czyli ostatnich 60 lat. Dobre wieści to takie, że rządy przychodzą i odchodzą.
Miłą rzeczą w Argentynie jest to, że rządzący są głównie zainteresowani napychaniem sobie kabzy; nie obchodzą ich cudzoziemcy, którzy mogą wziąść i wyjechać w każdej chwili. Nie jest to obecnie dobre miejsce na posiadanie kopalni, szybu naftowego, czy firmy. Ale pozostaje świetnym miejscem do życia. Tytuły własności są święte, nawet bardziej niż w USA czy Europie. Nadal jest tak dużo plusów przebywania w Argentynie, że przeważają nad minusami związanymi z obecnym rządem, a rząd ten będzie historią za 3 lata. Nie przeszkadzają nam; jest parę niedogodności, ale tak jest wszędzie, niestety.
Przez to, co teraz robią z walutą, Argentyna stała się jednym z najtańszych, jeśli nie najtańszym, miejscem na Ziemi, ponieważ oficjalny kurs wymiany między peso a dolarem wynosi 4,5:1. Na czarnym rynku, jednakże, kupuje się peso po kursie 7:1, co oznacza, że koszty życia spadły w Argentynie. Uwielbiam przebywać tam. Nasz projekt to bez wątpienia najlepsze osiedle wypoczynkowe na świecie, po każdej cenie, gdziekolwiek. Lubię moich sąsiadów.
Wie Pan, nie ma obecnie miejsca na świecie, gdzie rząd nie byłby problemem; po prostu nie ma. Nie wiem jak Pan, natomiast ja doszedłem do tego, iż należy zdywersyfikować się politycznie. Największe ryzyko dziś jest polityczne. Wiem, że Argentyna nie jest ideałem, ale to wspaniałe miejsce do życia. Wybrałem je w procesie eliminacji z ponad 175 krajów, w których byłem. Polecam pańskim czytelnikom odwiedzić naszą stronę, lec.com.ar. Albo jeszcze lepiej, proszę nas odwiedzić na naszym kolejnym wydarzeniu tam wczesnym listopadem.
Daily Bell: Jakieś przemyślenia na sam koniec?
Doug Casey: Pracuję obecnie z kilkoma rządami na całym świecie, może Pan wierzyć lub nie, by spróbować ustanowić oficjalnie oparte na złocie waluty i system bankowy ze 100% rezerwą pokrycia w złocie. Udaje mi się osiągnąć bardzo interesujące rezultaty. Jest to moim hobby od 30 lat, i nie zaprzestałem tej działalności.
Daily Bell: Dziękuję Panu za rozmowę, Doug.
Doug Casey: Było mi bardzo miło. Trzymajcie się.
Oryginał
Daily Bell: Witaj, Doug. Daj nam najnowsze informacje odnośnie tego, co nazywasz "Większym Kryzysem" (Greater Depression).
Doug Casey: Kryzys to taki okres czasu, gdy standard życia większości ludzi znacząco spada. Myślę, że możemy się zgodzić, że ten obecny zaczął się w 2008 r. W ciągu ostatnich paru lat, poprzez dodrukowanie bilionów jednostek waluty, rządy - dotychczas z powodzeniem - zatuszowały sprawę. Zamiast umożliwić rynkom likwidację, drukowanie pieniędzy sprawiło, iż nadal ludzie mogą pozwolić sobie na życie ponad stan. Jest tylko kwestią czasu, kiedy sprawy zaczną naprawdę się sypać, ale niemożliwym jest określić dokładnie, kiedy to nastapi. Mnie się wydaje, opierawszy się na wydarzeniach w Europie i tym, co moim zdaniem wydarzy się w Chinach, iż wrócimy do sztormu za parę miesięcy. Jak zapewne Pan wie, nie jest dobrym pomysłem przewidywać na raz wydarzenie i jego termin. Ale jestem ekonomistą - to znaczy, kimś, kto stara się opisać sposób funkcjonowania świata - a nie wróżką. Tak też podejmuję się tego ryzyka...
Daily Bell: Ostatnim razem pytaliśmy Pana jak długo potrwa zanim dolar straci wszelkie zaufanie.
Doug Casey: Niestety, zaufanie to krytyczny element w tym przypadku, gdyż dolar - jak zresztą wszystkie waluty świata - opiera się głównie na zaufaniu. Zaufanie to kwestia psychologii, a psychologia zmienia się bardzo szybko. Zaufanie może zniknąć szybciej, niż sterta piór w trakcie huraganu; to nie jest zdrowy fundament waluty.
Pomówmy o faktycznej rzeczywistości ekonomicznej. W tym momencie, wszystko, co robi rząd - i nie mam na myśli tylko USA, ale wszystkie rządy - jest nie tylko złe, ale w rzeczy samej odwrotne od tego, co powinno się robić. Ustanawiają więcej praw, podnoszą podatki, kreaują więcej pieniądza i zaciągają więcej długu. A powinni robić na odwrót. Nadal jesteśmy w oku cyklonu. Ich działania gwarantują, iż kiedy już ponownie znajdziemy się w huraganie - na samej krawędzi - będzie znacznie gorzej, i będzie to trwało znacznie dłużej, niż to, czego byliśmy świadkami między 2007 a 2009 rokiem. Wydaje mi się, iż tym razem prawdopodobnie towarzyszyć nam będzie wysoki poziom inflacji cen.
Daily Bell: Gdzie najlepiej przeczekać ten sztorm?
Doug Casey: Nie chcę znajdować się w kraju, w którym sztorm jest najsilniejszy. Wobec tego nie chcę być w Europie, nie chcę być w USA, nie chcę być w Chinach. Jestem fanem rozwijających się gospodarek - zawsze nim byłem - takich, które mają wysokie poziomy wzrostu z niskimi poziomami długu. Musimy pamiętać, iż posiadanie oszczędności oznacza, że produkowało się więcej, niż konsumowało. Dług jest czymś zgoła odwrotnym; dług oznacza, że konsumuje się więcej, niż produkuje, że żyje się ponad stan. Więc lubię miejsca, które posiadają stabilną wzrostową gospodarkę, wysokie poziomy oszczędności, niedużo długu - jak również minimalne opodatkowanie i regulacje. Nie jest o to łatwo, ponieważ nie ma kraju na świecie, który podążałby we właściwym kierunku, niestety. Ale jest kilka takich, które zdecydowanie są lepsze, niż reszta. Tak, jak mówiłem, zapomnijcie o Europie, USA i Chinach na ten moment.
Daily Bell: Ostatnim razem tłumaczył Pan, że Waszyngton wydaje półtora biliona dolarów więcej, niż wynoszą jego przychody. Kiedy to się skończy?
Doug Casey: Nie skończy się, ponieważ w tym momencie jest to problem całkowicie strukturalny; jeszcze się pogorszy. Jeśli popatrzy się na zestawienie wydatków rządu, robi się całkiem ciekawie, jak również straszno.
To, co widzimy, to podobnie jak w Grecji, czy w innych krajach UE na ten przykład, na wydatki rządu USA składają się głównie wydatki socjalne różnego typu - głównie Ubezpieczenie Społeczne (Social Security), Medicare, Medicaid (programy medyczne), tzw. Ubezpieczenie Dochodu (Income Security - zasiłki), oraz emerytury. Wszystkie te rzeczy są niemożliwe do ograniczenia z powodów politycznych; po prawdzie, to będą rosnąć. Reszta wydatków to głównie tzw. "obrona", która stanowi 25% budżetu. Ponieważ Amerykanie kochają swoje wojsko, nie obetną nań funduszy; właściwie, to Republikanie, banda niebywałych idiotów, chcą jeszcze powiększyć wydatki na wojsko. Pozostałe funkcje rządu - policja, wymiar sprawiedliwości i agencje kontrolne - pochłaniają zaledwie maleńką część budżetu.
Jakkolwiek, ten ostatni obszar ciąłbym jako pierwszy, ponieważ jest to najbardziej destruktywny element rządu. Jeśli obali się te wszystkie pretoriańskie agencje jak ATF, FBI, DEA, CIA, NSA i urzędy regulacyjne jak FDA, FCC, SEC, DOT, HEW, HUD, EPA, EEOC i wiele innych - lista nie ma końca - to samo to dałoby gospodarce kopa i umożliwiło pewną szansę na odbudowę, małą możliwość, że rząd nie będzie musiał zbankrutować. Ale to taka fantazja, mrzonka; na rozsądne reformy nie ma co liczyć. Mówimy tutaj o zupełnej abstrakcji.
Daily Bell: Kongres lubi afiszować się jako element rozwiązywania problemu, ale wydaje się sam być tegoż problemu częścią. Czy da się w sposób polityczny odpowiedzieć na niego? Co należy zrobić?
Doug Casey: Kongres nie tylko jest częścią problemu - jest głównym problemem. Jest jedna rzecz, którą zawsze lubiłem w Ronie Paulu - mawia, iż powinniśmy kierować się Konstytucją. Niestety, w niczym to dziś nie pomoże, gdyż zasadniczo Konstytucja stała się czymkolwiek Sąd Najwyższy zechce, by była. Innymi słowy, Konstytucja została zinterpretowana w niwecz. Wszystko, co rząd USA dziś robi, jest 'konstytucyjne'; wszystko zostało dopuszczone przez Sąd Najwyższy. Natomiast jeśli podejdzie się do interpretacji Konstytucji w sposób zdroworozsądkowy, i nie zacznie dzielić włosa na czworo niczym średniowieczny scholastyk czy znawca Talmudu, staje się oczywiste, iż cała Konstytucja to martwa litera - poza częściami odnoszącymi się do trywialnych procedur, typu kto sprawuje wiceprzewodnictwo Senatu, porządek głosowania, detale administracyjne i tym podobne rzeczy, które nie obchodzą nikogo poza Pasem Waszyngtońskim.
Jakkolwiek cenię rozwiązanie Rona co do stosowania się do Konstytucji - całej Konstytucji - jest to nierealne w tym totalnie skorumpowanym systemie politycznym, jaki mamy. Wszelka część Konstytucji, mówiąca o zachowaniu wolności dla jednostki przeciwko państwu - czyli ta najważniejsza jej część, która świadczy o jej unikalności - jest teraz bez znaczenia. W istocie, każdy, kto cytuje obecnie Konstytucję, ryzykuje wtrąceniem do więzienia w imię "bezpieczeństwa narodowego", jako wichrzyciel, niebezpieczny anty-rządowy radykał albo grozi mu zamknięcie w instytucji zdrowia psychicznego. Nie żartuję; zmiany, jakie nastąpiły w ciągu ostatnich dekad, są wyjątkowe.
Ale popuśćmy wodze fantazji i powiedzmy, że Ron Paul w jakiś sposób zostaje Prezydentem. Nawet, jeśli Sąd Najwyższy nie odrzuci wszystkiego, jako niekonstytucyjne, Ron napotka inną, znacznie większą przeszkodę - w Kongresie. Wystąpią o impeachment. W dodatku, zorientuje się, że ludzie, przeciętni Amerykanie, będą zajadle niezadowoleni z faktu odebrania im rządowej darmochy; będą chcieli go zlinczować.
Nawet jeśli, jakimś cudem, Sąd Najwyższy i Kongres, i protestujący motłoch, nie wykurzą go z urzędu, nadal będzie musiał zmierzyć się z armią 3 milionów rządowych oficjeli, zaczynając od ludzi kierujących agencjami pretoriańskimi - FBI, CIA, NSA, ATF, DEA i pozostałymi. Najprawdopodobniej otrzyma bardzo poważną i niepokojącą rozmowę. Rząd jako całość - absolutnie włączając w to Pentagon - co najmniej knułby przeciwko niemu.
Tak też obawiam się, że tak wygląda wyczerpująca odpowiedź na Pana pytanie. Tak naprawdę nie ma żadnych politycznych rozwiązań w tym momencie, nie w tym, w czym tkwimy teraz.
Jedynym możliwym "sposobem" na zmianę jest dyktatura. Prawdopodobnie doczekamy się dyktatury w USA, być może po najbliższym realnym lub wyimaginowanym ataku terrorystycznym. Albo jeśli USA zaangażuje się w prawdziwą wojnę, nie tylko w sportową rozgrywkę jak w Iranie i Afganistanie. Albo gdy gospodarka załamie się dokumentnie. A być może trafimy Trójkę i wszystkie te rzeczy przydarzą się naraz. Oczywiście dyktatura, choć pod inną nazwą, będzie najgorszą ewentualnością. Dyktatury nigdy nie są dobrym pomysłem nawet jeśli stoją za nimi dobre intencje. Ale tak to właśnie jest; ten sam schemat od starożytności, przez średniowiecze, po dzisiejsze czasy. Dlaczego w USA miałoby być inaczej?
Daily Bell: Czy rząd da się zmniejszyć?
Doug Casey: Nie, nie wydaje mi się, ponieważ ludzie stali się zbyt uzależnieni odeń. Amerykanie już nie są samowystarczalnymi pogranicznikami; to w większości uzależnieni, nieruchawi konsumenci z nadwagą. Nie słyszy się już o ludziach "producentach", lecz tylko o "konsumentach" - jakby to było coś dobrego. Rząd odgrywa główną rolę w ich życiu, i podoba im się to. Nie obetnie się wydatków na ubezpieczenie społeczne, ponieważ ogromna większość Amerykanów zeń żyje, a większość emerytów nie ma żadnego innego majątku ani źródła dochodu.
Dalej mamy Medicare i Medicaid, obydwa powinny zostać zlikwidowane; samo to zredukowałoby budżet o połowę - ale tylko o połowę - jak również skłoniło ludzi do stania się bardziej odpowiedzialnymi za swoje zdrowie. Zredukowałoby również radykalnie koszty opieki zdrowotnej i poprawiło jej jakość. Ale na to się nie zanosi; ludzie zaczną protestować jak rozbrykane prosięta. Domagają się więcej takich programów, nie mniej; pragną ObamaCare (państwowej służby zdrowia jak w Polsce). Nie można też obciąć emerytur, cywilnych jak i wojskowych; są to zobowiązania kontraktowe. Więc co pozostaje? Odsetki na długu publicznym, które, wynosząc ok. 250 miliardów USD, są niewielkim elementem. Ale to tylko dlatego, że stopy procentowe są najniższe w historii. Jednakże w przeciągu kilku następnych lat, stopy procentowe nieuchronnie wzrosną. Więc zamiast płacić 2% z 16 bilionów USD, powiedzmy, że rząd będzie zmuszony płacić 10% z 25 bilionów. Bez wątpienia Chińczycy z uśmiechem na ustach pożyczą rządowi USA dodatkowe 2,5 biliona rocznie...
Zwyczajnie nie ma nadziei na żadną zmianę bez totalnie drakońskich metod. Oczywiście, drakońskie metody nastaną, ale będą użyte akurat w złych, a nie dobrych celach.
Daily Bell: A co z FED (Rezerwą Federalną)? Czy Bernanke (Ben Bernanke, szef FED) powinien podnieść stopy procentowe? Czy jest w stanie?
Doug Casey: Cóż, muszę przyznać, iż jest to źle postawione pytanie. W ogóle nie powinno być kwestii, co FED miałby robić - FED nie powinien istnieć. Nie uznaję kontroli cen żadnego rodzaju, a ustalanie stóp procentowych przez FED, poza mechanizmem rynkowym, to właśnie kontrola cen. FED powinien zostać zlikwidowany, nie spełnia zupełnie żadnej pożytecznej roli. Nigdy takiej nie spełniał. Jest zbędny. A swoimi obecnymi działaniami wywołuje ogromne zniekształcenia na rynkach, w sposobach w jaki ludzie produkują i konsumują. Im dłużej FED zaniża stopy procentowe w daremnej próbie podtrzymywania niemożliwej do utrzymania sytuacji gospodarczej, tym straszliwszy będzie upadek. Niskie stopy zniechęcają do oszczędzania, natomiast zachęcają do zadłużania się i konsumpcji.
Daily Bell: Czy jest to wina społeczeństwa? Czy nie powinno powiedzieć obibokom "NIE" przy urnach?
Doug Casey: Cóż, jeśli wypędzi się jednych obiboków przy urnie, po prostu zafunduje się kolejnych. Jacy ludzie pragną być politykami Pana zdaniem? Najczęściej socjopaci. Wybory to groteskowa szarada, wystawiana co cztery lata. Ludziom się wydaje, że głosując na Iksińskiego, poprawi im się w stosunku do kadencji Igreka. Jest coraz mniejsza różnica między lewym skrzydłem Partii Republikratycznej, a prawym skrzydłem Demokrapublikanów; naprawdę są tym samym. Obydwie partie to filozoficzni etatyści i kolektywiści. Jedyna różnica, to w przypadku Republikanów udawana sympatia dla wolnego rynku, ale szczery jej brak dla wolności osobistych. Natomiast Demokraci udają, że popierają wolności osobiste, ale zdecydowanie nienawidzą wolności ekonomicznej. Cóż za wybór! Nie ma zasadniczych różnic między nimi; tylko różnice retoryczne.
Zdając sobie z tego sprawę i pomijając resztę, można woleć Republikanów od Demokratów ponieważ ci pierwsi żywią pewne atawistyczne przekonanie do wpół-wolnego rynku. Uważam prawe skrzydło Demopublikanów za partię głupoty, a lewe skrzydło za partię zła. Demokraci naprawdę mają złe intencje, natomiast Republikanie są po prostu hipokrytami.
Czy jest to wina społeczeństwa? Oczywiście. Wszyscy starają się żyć na koszt wszystkich dookoła, za sprawą państwa. Nie biorę udziału w wyborach, ponieważ nie mam zamiaru współuczestniczyć w tym skorumpowanym procesie. Proszę też innych by nie głosowali. Może Pan pamiętać, jak w czasie wojny wietnamskiej mawiało się "A jakby tak wypowiedzieli wojnę, a nikt się nie stawił?" Ja zwykłem mawiać "Załóżmy, że przyszły wybory i nikt nie zagłosował." Już pomijając fakt, że pojedynczy głos nic nie znaczy, nie interesuje mnie karmienie systemu jeszcze większą ilością władzy. Polityka, która jest z definicji procesem przymusowym, powinna zostać zdelegitymizowana przez brak uczestnictwa.
Daily Bell: Jak los czeka dolara amerykańskiego?
Doug Casey: Dollar jest wekslem opiewającym na "NIC" u zbankrutowanego rządu. Osiągnie swoją realną wartość, ponieważ 1,5 biliona deficytu budżetowego, który nam teraz zafundowali - a w istocie jest on o wiele większy, jeśli policzy się go korzystając z metody memoriałowej - może się tylko powiększyć. Zrównoważą deficyt przez kreację większej ilości dolarów. Rządy na całym świecie robią to samo, ale w przypadku zniszczenia dolara jest to o wiele poważniejsze, gdyż dolar jest funkcjonalnie walutą światową. Mam tu na myśli to, iż jest to waluta de jure w co najmniej 3 innych państwach, a de facto pozostaje walutą w około 50 innych. Co więcej, większość banków centralnych na świecie trzyma swoje aktywa w dolarach. Jeśli więc dolar zostanie zniszczony - a nie widzę sposobu, by tego uniknąć - będzie to katastrofa globalna, a nie wyłącznie narodowa. Jest to więc znacznie poważniejsze, niż wydaje się większości ludzi.
Daily Bell: Skomentuje pan przegraną Rona Paula?
Doug Casey: Wydaje mi się, że Ron zrobił więcej dobrego w polityce, poprzez edukację, niż ktokolwiek inny. Jestem również bardzo zadowolony z tego, że większość poparcia mu udzielonego pochodzi od młodego pokolenia - studentów, nastolatków i dwudziestoparolatków. To napawa nadzieją na przyszłość. Ale fakt, że został dostrzeżony przez główny nurt w USA pokazuje, jak skrajnie zdeprawowane i apatyczne jest społeczeństwo tego kraju. Trend naszych czasów - ludzie chcą więcej państwa; jest to fakt. Ale musimy kontynuować drogę naszej filozofii, nie dlatego, że w końcu nam się uda - lecz dlatego, że jest słuszna. Nie spodziewam się przekonać, ani nawet zmienić sposobu myślenia kogokolwiek. Ale w tym samym czasie, nie zamierzam nakryć się ogonem jak zbity pies i się posikać; nie mam zamiaru skoczyć z urwiska razem ze stadem lemingów. Zamierzam promować wolność, ponieważ jest to słuszna sprawa.
Ale pozwoli Pan, że rozszerzę moją wcześniejszą wypowiedź dotyczącą scenariusza, gdyby Ron Paul jednak został prezydentem. Jasne, być może zdołałby przeprowadzić parę dobrych rzeczy; z pewnością starałby się - bez powodzenia, jak sądzę - odwrócić deewolucję USA w kierunku państwa policyjnego. Ale ktokolwiek wygra tegoroczne wybory, stanie twarzą w twarz z Większym Kryzysem i będzie zań obwiniany. Wobec tego pragnę ujrzeć Rona lub kogoś mu podobnego, w kampanii 2016 roku. Jeśli ktoś taki jak Ron Paul zostałby prezydentem zawczasu, w roku 1980, zamiast Reagana, udałoby mu się zrobić, co należy. Ale od tamtej pory nastroje narodu obniżyły się znacząco. To miejsce to już nie Ameryka; teraz to Stany Zjednoczone - po prostu kolejne państwo narodowe.
Daily Bell: Mitt Romney - czy zwycięży? Barack Obama?
Doug Casey: Nie uważam się za dobrego typującego w polityce, ponieważ zazwyczaj jestem zbytnim optymistą. Jedyną osobą, którą trafnie wytypowałem jako przyszłego prezydenta, był Obama, ostatnim razem. Nie łudzę się, iż odgaduję emocje przeciętnego wyborcy - kimkolwiek by nie był - by celnie przewidzieć wynik. Ale podejrzewam, że jeśli gospodarka nie zacznie się nagle zwijać między dzisiejszym dniem a listopadem, ludzie zagłosują na Obamę, ponieważ życie powierzchownie poprawiło się w stosunku do dna kryzysu sprzed 4 lat. I, co przyznać należy ze wstydem, łykają jego retorykę przesiąkniętą zawiścią i wojną klasową. Co więcej, Romney prezentuje się nieautentycznie, jako wielkie nic w garniturze; jest oczywistym, iż nie posiada on żadnych przekonań filozoficznych. Obama przynajmniej w coś wierzy, nawet jeśli jest to nikczemne. Fakt, że jedyne, na co Republikanów stać, to Romney jest dowodem ich zupełnego moralnego bankructwa - i to pamiętając McCaina, który był lekko oszołomskim, nienawistnym staruchem. Republikanie naprawdę są partią głupków, a demokraci partią zła.
Co do zręcznej populistycznej kampanii Obamy, przeciętny Amerykanin - który nie ma prawie żadnych aktywów, którego dom tonie w hipotece, który nie ma majątku - będzie łatwym celem. Nie zagłosuje na multimilionera. Niepokoi mnie fakt, że wszystkie slogany wyborcze Obamy atakują Romneya nie za jego faktyczne wady, czy brak filozoficznych przekonań - ale skupiają się na fakcie, że Romney jest bogaty - co jest jedyną dobrą w nim rzeczą ... to naprawdę okropne, wstydu godne.
Daily Bell: Nazwał Pan ostatnim razem Bena Bernanke głupcem. Zmienił Pan może zdanie?
Doug Casey: Nie, w żadnym razie. Trudno wyobrazić sobie gorszą osobę piastującą prezesurę centralnego banku USA, może za wyjątkiem Gideona Gono, prezesa banku centralnego Zimbabwe sprzed paru lat. Bernanke naprawdę zasługuje na to, by go powiesić głową w dół na najbliższej latarni, chociaż za to, że to, co robi, niszczy bardziej amerykańską gospodarkę, niż Mussolini zrobił we Włoszech. Ponieważ uważam, że Rezerwa Federalna powinna zostać zlikwidowana, zmuszony jestem uznać każdego, kto próbuje wzmacniać czy ratować tę instytucję za szalbierza bądź głupka, bądź obu na raz. Ale, patrząc optymistycznie, być może Bernanke przez swoje działania sprawi, iż Keynesizm zostanie całkowicie zdyskredytowany w przyszłości.
Daily Bell: Pana przewidywania co do QE3 (luzowanie ilościowe część 3 - program zwiększania bazy monetarnej dolara przez FED w celu stymulowania gospodarki) ? Mówił Pan, że to już ma miejsce, tyle że w ukryciu. Nadal?
Doug Casey: Tak, oczywiście. Nie mają alternatywy tylko dlatego, że rząd wydaje 1,5 biliona więcej, niż ma przychodów, i bardzo mało cudzoziemców - właściwie, to już nikt - nie chce nabywać rządowych papierów dłużnych po bliskim zeru oprocentowaniu, stąd też FED będzie kontynuował skupywanie papierów dłużnych z rynku. I tak naprawdę kreaował super pieniądz; skupienie długu przez FED jest głównym powodem inflacji, najefektywniejszym. Stąd też ta praktyka nie tylko będzie kontynuowana, ale też przyspieszy.
Daily Bell: Co dzieje się obecnie w Libii? W Mali? W Syrii?
Doug Casey: Rząd USA wsadza swój nos obecnie wszędzie. Są to wszystko kretyńskie i szkodliwe awanturnictwa. Po pierwsze, żadne z tych państw nie jest prawdziwym państwem; są to wszystko sztuczne konstrukty, arbitralnie nakreślone w sztabowniach Europy. Ich granice lądowe nie mają nic wspólnego z plemiennymi, etnicznymi, religijnymi czy językowymi różnicami pomiędzy ludami je zamieszkującymi. Z tego powodu na zawsze pozostaną niestabilne. Tyczy się to prawie wszystkich krajów Azji, Afryki, i wielu w Ameryce Południowej. Z tego samego powodu jest to prawdą i w Europie. Państwa narodowe są z definicji niestabilne. Rządy wszędzie - ale głównie w krajach rozwijających się - są zasadniczo organami rabunku. Kierowanie rządem to dotychczas najłatwiejszy sposób na wzbogacenie się, jak również na wymierzanie kary osobom lub grupom, których się nie lubi.
Nie ma żadnego sposobu na to, by USA rozwiązało problemy tych sztucznych państw tak długo, jak istnieją w swoich obecnych formach. Interweniując, tylko pogarszamy sytuację i tworzymy więcej wrogów dla siebie. Te ludy, tubylcy, nie lubią patrzeć na nastolatków z obcej kultury, rozbijających się po ich kraju, strzelających do wszystkiego i wyłamywujących drzwi w środku nocy. Kontrproduktywnie wywołujemy problemy w tych krajach, a nie rozwiązujemy je.
Dairy Bell: Wojna z Iranem jako kolejna pozycja menu?
Doug Casey: Biją w tarabany, czyż nie? Wygląda na to, że Romney jest jeszcze większym podżegaczem wojennym, niż Obama, niż Bush - w co trudno uwierzyć. Ale wojna jest witalna dla państwa. Kiedykolwiek państwo ma wewnętrzne problemy, klasa polityczna naturalnie skłania się do obwiniania za nie obcych. Iran wydaje się być ku temu najlepszym kandydatem. Z pewnością wojna z Iranem jest możliwa; i myślę, że będzie to absolutna katastrofa, ponieważ, w przeciwieństwie do zadupia w typie Iraku czy Afganistanu, Iran to wielki zwierz i możemy naprawdę się sparzyć. To jeden z powodów, dla których obstawiam notowania ropy naftowej, nawet powyżej 90$...
Daily Bell: A co z Rosją i Chinami?
Doug Casey: Co do Rosji, nie wydaje mi się, by kraj, który nie produkuje niczego, co chciałby świat, poza ropą, garstką minerałów, i bronią, miał zbyt dobrą przyszłość. Dodajmy do tego zapaść demograficzną, epidemię alkoholizmu, mnóstwo niespokojnych mniejszości etnicznych, fakt iż Putin pozostaje dyktatorem, i że większość kraju jest własnością setki oligarchów.
Chiny mają zupełnie inny problem. Przeciętny Chińczyk haruje ostro i oszczędza 20-30% swojego dochodu. Ale co robi z oszczędnościami? Albo umieszcza na rachunku bankowym, albo lokuje w nieruchomościach. Niestety, wyrosła bańka nieruchomości, zasilana pożyczkami bankowymi. Banki chińskie zostaną pogrzebane pod stosem złych pożyczek, dodatkowo tych udzielonych z powodów politycznych. Rząd chiński stosował własny program luzowania ilościowego, kreując biliony juanów, w większym stopniu, niż USA. Będą zmuszeni wykreować jeszcze więcej, by wesprzeć banki - inaczej pani Han nie będzie miała dostępu do swoich oszczędności życia. Ale nie uda im się odratować rynku nieruchomości. Nastąpi więc srogie odsianie i sporo ludzi stanie się niezadowolonych z powodu strat, jakie poniosą. Chiny mogą z łatwością się rozpaść, przynajmniej na pewien czas. Jakkolwiek, ten wiek i tak należy do Chin.
Clou z tymi krajami polega na tym, że rząd USA powinien je zostawić w spokoju. Zamknąłbym, z tego powodu, Departament Stanu. Ingerowanie w jakikolwiek sposób w jakimkolwiek kraju na świecie nie czyni niczego dobrego, a jedynie tworzy wrogów i przyczynia się do bankructwa USA. Stąd też wszelkie działanie USA w tych krajach nie przynosi korzyści. Stosunki międzynarodowe winny być domeną turystów i przedsiębiorców.
Daily Bell: Dlaczego USA staje się takie agresywne? Co jest tego przyczyną?
Doug Casey: Co jest tego przyczyną? To dobre pytanie. Moje przypuszczenie jest następujące - każdy rząd, gdy staje się coraz większy, w sposób naturalny przyciąga nieodpowiednich ludzi - ludzi, których interesuje tylko władza i chcących używać przemocy. Im więcej ich trafia do rządu, tym więcej wygryzają normalnych, przyzwoitych ludzi, którzy tam wcześniej pracowali. To jeden z powodów dlaczego wielkie państwa zawsze obumierają i upadają. Inna przyczyna agresywności to to, iż rządy lubią zwalać problemy, które same stworzyły, na obcokrajowców. Nie tylko mogą zrzucić winę z siebie, ale wojna również mobilizuje jedność narodu pod rządami jego przywódców. Otóż dlaczego to wojna staje się konsekwencją okresu złej koniunktury gospodarczej; klasycznym przykładem jest II Wojna Światowa, jako wynikowa Wielkiego Kryzysu. Być może również, jak zauważa Christopher Hedges, wojna jest siłą, która daje sens życiu - jakkolwiek zdeprawowanie by to nie zabrzmiało.
Obawiam się, że nie można nic zrobić, by odwrócić tendencję do kolejnej wojny. Najlepszym wyjściem jest ulokowanie się jak najdalej od głównych uczestników. A USA będą na pewno głównym uczestnikiem...
Daily Bell: Ostanio Pana o to pytaliśmy: Czy nowa niezależna komisja do zbadania okoliczności ataku 11 września powinna zostać ustanowiona, by raz na zawsze wyjaśnić, co się naprawdę wydarzyło tego dnia?
Doug Casey: Oczywiście, że powinna. Mamy tu do czynienia z jedną z największych scen zbrodni, być może największą, w historii Ameryki, a mimo to budynki zrównano z ziemią buldożerami w przeciągu tygodnia, jak tylko ugaszono pożary. W ten sposób nie traktuje się miejsca zbrodni. Miejsce najzwyklejszego morderstwa bywa odgrodzone na lata. Istnieje masa pytań, które nie doczekały się odpowiedzi. Na ten przykład, co przydarzyło się World Trade Center 7? Ten budynek zawalił się w wyniku kontrolowanego wyburzenia ok. 6 godzin po zawaleniu się wież 1 i 2. Jeśli zamierza się zniszczyć budynek, trzeba przeznaczyć na to kilka tygodni na założenie ładunków, przegląd struktury itd.; nigdy nie podano wyjaśnienia odnośnie dlaczego budynek nr 7 zawalił się jak stał. Z własnych badań wiem, że nigdy nie zdarzył się przypadek, by wieżowiec zawalił się z powodu ognia, zwłaszcza na wyższych piętrach.
Ta cała sprawa jest bardzo dziwna od samego początku do końca, i prawidłowe śledztwo powinno zostać przeprowadzone. Jest ok. setka elementów, które nie układają się w sensowną całość. Ale znowuż - jest tyle elementów w samym rządzie USA, które nie mają sensu, przynajmniej od momentu zabójstwa Kennedy'ego, w przypadku dziwnej śmierci Vince'a Fostera podczas rządów Clintona. Było ok. 50 spraw, wywoływały u mnie myśl, iż nie przytrafiły się tak, jak zostały opisane w mediach. Zniszczenie Murrah Building w Oklahoma City to jedna z nich; jest dosłownie niemożliwe, by amatorski materiał wybuchowy, nawóz z azotanu amonu w tym przypadku, mógł zniszczyć filary ze zbrojonego betonu w tej budowli, zwłaszcza z miejsca, gdzie stała furgonetka z ładunkiem.
Nie zadaję tych pytań jako zwolennik teorii spisków. Wręcz przeciwnie. Mimo, iż Adam Smith miał rację, mówiąc, iż każdy z każdym ciągle spiskuje, każdy kto próbował namówić kilku znajomych, by zgodzili się na jedną rzecz typu na jaki film iść do kina, wie, jakie to trudne. Zwyczajnie preferuję rozsądne, realistyczne wytłumaczenia, które można uzyskać wyłącznie w wyniku skrupulatnego, niezależnego śledztwa. Koncepcja, by rząd wyjaśniał swoje własne postępowanie, jest niedorzeczna.
Daily Bell: Proszę opowiedzieć o Hard Assets Alliance, w którą Pan jest zaangażowany.
Doug Casey: To, co staramy się osiągnąć z HAA, to ułatwienie ludziom z całego świata posiadania złota, a zwłaszcza specyficznej, określonej ilości złota, w konkretnej lokalizacji, w kilku miejscach na świecie. Jestem również udziałowcem w goldmoney.com i wielkim zwolennikiem jego wspaniałego programu, ale świat potrzebuje więcej alternatywnych rozwiązań. Hard Assets Alliance to doskonałe uzupełnienie tego, co robi goldmoney.com. Uważam, iż każdy powinien mieć u nas konto. Pierwszego tygodnia od otwarcia, założyliśmy ich 1500; ludzie są naprawdę zainteresowani.
Daily Bell: To jaka przyszłość kroi się dla złota i srebra?
Doug Casey: Ważne, by pamiętać, iż na samym początku tego byczego rynku, w 2001 r., kurs złota wynosił 350$ za uncję, a srebra - nieco ponad 4$. Ale w realnych wartościach, oba metale - zwłaszcza srebro - były tak naprawdę tańsze niż w 1971, zanim Nixon zdewaluował walutę. Teraz, przy kursie odpowiednio 1600$ i 28$, metale nie mają już cen rodem z wyprzedaży. Ale w tym samym czasie, nie ma powodu przypuszczać, że nie osiągną wyższych kursów - nie tylko nominalnie, ale i realnie.
Nie polecam, by ludzie kupowali je w celach spekulacyjnych. Powinni je kupować, ponieważ jest to jedyny rodzaj aktywów, który nie jest w tym samym czasie zobowiązaniem kogoś innego. Nie powinno się ich kupować, mając na celu zyski kapitałowe - ale by zachować kapitał, majątek który się ma. Należy je kupować w celu bezpieczeństwa finansowego, a nie zysków kapitałowych. Osobiście nadal kupuję złoto. Zaprzestałem kupować srebro, ponieważ nawet po kursie 28$ za uncję potrzeba dużych jego ilości, by było warte poważne pieniądze; naprawdę srebro bywa kłopotliwe w magazynowaniu. Z drugiej strony, nie grozi mu stanie się politycznym "gorącym ziemniakiem" (kłopotliwym aktywem z powodów politycznych) - jak grozi to złotu... ale nadal kupuję złoto.
Daily Bell: A co z przemysłem wydobywczym? Odkrywcy kontra producenci... W którym miejscu cyklu koniunkturalnego znajdujemy się?
Doug Casey: Rzeczą, o której musimy pamiętać w przemyśle wydobywczym jest to, iż jest to właściwie mało atrakcyjny biznes, z każdego z grubsza punktu widzenia. Wymagane są gigantyczne nakłady kapitałowe, często miliardy dolarów na początek, by zbudować kopalnię - i to po tym, jak już wyda się setki milionów na zlokalizowanie złoża. Nawet wówczas nie ma gwarancji, że kopalnia będzie przynosić zyski. A nawet jeśli będzie, nie da się jej przenieść, i stanowi łatwy cel dla urzędów podatkowych, regulacji, natarczywości organizacji pozarządowych i jeszcze gorszych rzeczy. To dlatego Warren Buffet i jego mentor, Benjamin Graham, nigdy nie inwestowali w kopalnie. Istnieje zbyt duże ryzyko w cenach surowców, i za duże ryzyko polityczne.
Co więcej, większość niskowiszących owoców świata kopalin została już zerwana. Prawie wszystkie bogate złoża w stabilnych, łatwo dostępnych miejscach zostały wyeksploatowane. Więc w tym momencie wszystko, co pozostało to złoża ubogie w niestabilnych i niedostępnych miejscach, bez infrastruktury. To fatalne przedsięwzięcie.
Po tym, co powiedziałem, górnictwo jest cyklicznie fantastycznym miejscem do spekulacji. W górnictwie, jak we wszystkim zresztą, kupię cokolwiek jeśli cena jest odpowiednia, i w tym momencie akcje spółek wydobywczych wszelkiego autoramentu, zarówno producenci jak i odkrywcy, są tak mocno zbite, że stanowią doskonałą okazję do spekulacji. Rządy na całym świecie kreują tryliony nowych jednostek waluty; to gwarantuje wystąpienie nowych baniek, nowych szaleństw spekulacyjnych. Jest to idealne z punktu widzenia spekulanta. Jestem przekonany, że jedna z baniek wystąpi w metalach szlachetnych, a super-bańka - w akcjach spółek wydobywczych. To fatalne przedsięwzięcia, ale bywają najlepsze do spekulacji. Gdzie jeszcze można znaleźć cyklicznie występujące okazje na akcjach, dające wzrost 10:1, 100:1, i więcej, w kilka lat? Ceny są teraz tak niskie, że jest to właściwy moment na skupywanie ich. Obecnie stanowią niskie ryzyko - i, jak większość ludzi tego nie rozumie, dobra spekulacja to małoryzykowna spekulacja.
Mój sposób to zasadniczo zakumulowanie dobrej jakości akcji w spółkach, które przetrwają; to bardzo ważne, ponieważ w długim okresie większość wydobywców nie jest w stanie przetrwać. Dlatego też wypracowaliśmy nasze podejście "8 P", by wybrać odpowiednie akcje. Jest ich tysiące, i nie chcemy przegapić okazji, ani zrobić większych błędów. Podkreślę to jeszcze raz: osiągnęliśmy, bądź osiągamy najniższe notowania. Czas załadować ciężarówkę.
Dairy Bell: Czy istnieją potężne rodziny bankierów centralnych, chcące zapanować nad światem? Czy internet je spowalnia? Czy zamierzają przejąć internet?
Doug Casey: Internet jest absolutnie najlepszą rzeczą, jaka przytrafiła się ludzkości od momentu powstania prasy drukarskiej Gutenberga. Stanowi jedną z głównych sił liberalizacji jednostki i zapewnienia indywidualnej wolności, jakie zna historia. To dobre wieści. Z drugiej strony, oto dlaczego rządy i siły ciemności chcą zasadniczo ograniczyć internet. Nie znam tożsamości tych ludzi. Jak mówiłem, nie zajmuję się teoriami spisku żadnego rodzaju, ale myślę, że to oczywiste, iż ludzie nienawidzący wolności chcieliby zniszczyć dostępność internetu.
Daily Bell: Nadal jest Pan fanem Ameryki Południowej, nawet po paru przejęciach w Argentynie?
Doug Casey: Cóż, rząd argentyński to jeden z najbardziej ekonomicznie niedouczonych i politycznie destruktywnych rządów na świecie. Ale to nie jest nic nowego w Argentynie, i ma miejsce przez większość okresu od czasu Perona, czyli ostatnich 60 lat. Dobre wieści to takie, że rządy przychodzą i odchodzą.
Miłą rzeczą w Argentynie jest to, że rządzący są głównie zainteresowani napychaniem sobie kabzy; nie obchodzą ich cudzoziemcy, którzy mogą wziąść i wyjechać w każdej chwili. Nie jest to obecnie dobre miejsce na posiadanie kopalni, szybu naftowego, czy firmy. Ale pozostaje świetnym miejscem do życia. Tytuły własności są święte, nawet bardziej niż w USA czy Europie. Nadal jest tak dużo plusów przebywania w Argentynie, że przeważają nad minusami związanymi z obecnym rządem, a rząd ten będzie historią za 3 lata. Nie przeszkadzają nam; jest parę niedogodności, ale tak jest wszędzie, niestety.
Przez to, co teraz robią z walutą, Argentyna stała się jednym z najtańszych, jeśli nie najtańszym, miejscem na Ziemi, ponieważ oficjalny kurs wymiany między peso a dolarem wynosi 4,5:1. Na czarnym rynku, jednakże, kupuje się peso po kursie 7:1, co oznacza, że koszty życia spadły w Argentynie. Uwielbiam przebywać tam. Nasz projekt to bez wątpienia najlepsze osiedle wypoczynkowe na świecie, po każdej cenie, gdziekolwiek. Lubię moich sąsiadów.
Wie Pan, nie ma obecnie miejsca na świecie, gdzie rząd nie byłby problemem; po prostu nie ma. Nie wiem jak Pan, natomiast ja doszedłem do tego, iż należy zdywersyfikować się politycznie. Największe ryzyko dziś jest polityczne. Wiem, że Argentyna nie jest ideałem, ale to wspaniałe miejsce do życia. Wybrałem je w procesie eliminacji z ponad 175 krajów, w których byłem. Polecam pańskim czytelnikom odwiedzić naszą stronę, lec.com.ar. Albo jeszcze lepiej, proszę nas odwiedzić na naszym kolejnym wydarzeniu tam wczesnym listopadem.
Daily Bell: Jakieś przemyślenia na sam koniec?
Doug Casey: Pracuję obecnie z kilkoma rządami na całym świecie, może Pan wierzyć lub nie, by spróbować ustanowić oficjalnie oparte na złocie waluty i system bankowy ze 100% rezerwą pokrycia w złocie. Udaje mi się osiągnąć bardzo interesujące rezultaty. Jest to moim hobby od 30 lat, i nie zaprzestałem tej działalności.
Daily Bell: Dziękuję Panu za rozmowę, Doug.
Doug Casey: Było mi bardzo miło. Trzymajcie się.
Etykiety:
anarchokapitalizm,
ben bernanke,
doug casey,
geopolityka,
inflacja,
inwestycje,
kryzys,
mises,
polityka,
rothbard,
złoto
Subskrybuj:
Posty (Atom)

