Pokazywanie postów oznaczonych etykietą faszyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą faszyzm. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 października 2015

Uzasadnienie wyroku Sądu Okręgowego w sprawie Kelthuza, 2015 r.









czwartek, 13 listopada 2014

Pisemne uzasadnienie wyroku ws. Kelthuza
















piątek, 30 maja 2014

Rozprawa z 30 maja, treść wniosku o wyłączenie biegłego

Termin następnej rozprawy: 25 lipca, g. 11:00

Rozprawa była wyjątkowo krótka. Biegły Rafał Pankowski nie stawił się. Dotarło natomiast jego pismo do sądu, w którym wyraża zdziwienie, że Państwo nakłada na niego mandat za nieusprawiedliwione niestawienie się, mimo, iż napisał nieodpłatnie tak obszerną ekspertyzę dla prokuratury, będąc zapewnionym, że nie będzie potem ciągany po sądach. Niestety, nie istnieje podstawa prawna, na bazie której można było w ogóle obiecać coś takiego biegłemu w zamian za napisanie ekspertyzy. Pankowski tłumaczył również nieobecność tym, że nie ma czasu z powodu częstych wyjazdów zagranicznych, oraz tym, że oskarżony wypowiada się o nim w sposób negatywny...
Cóż, przedstawiamy tutaj treść wniosku o wyłączenie biegłego Rafała Pankowskiego z postępowania przygotowawczego, jaki oskarżony wysłał do prokuratury. Zawiera on wszystkie argumenty podważające obiektywność i rzeczowość biegłego w oparciu o analizę jego książki Rasizm a kultura popularna. Jeśli to jest "wypowiadanie się w sposób negatywny", to chyba trzeba życzyć Rafałowi Pankowskiemu, by wreszcie trochę spokorniał i spojrzał z perspektywy na siebie.





środa, 30 kwietnia 2014

Ujawniamy akta sprawy Kelthuza - opinię Pankowskiego!

Dziś ma miejsce kolejna rozprawa o wolność słowa z Kelthuzem. Ujawniamy treść opinii, jaką wydał w roli biegłego Rafał Pankowski w postępowaniu przygotowawczym. Jest wyjątkowo rzeczowa, obiektywna itd. [sarkazm]



















Dla porównania, przedstawiamy opinię biegłej dr Alicji Gałczyńskiej z poprzedniego postępowania, które zostało umorzone w wyniku wydanej opinii.

wtorek, 29 marca 2011

Antyfaszyzm = faszyzm = antykapitalizm


Nawiązując do audycji kolegi Cokemana o nihilistach, dziś poruszę temat największych nihilistów naszych czasów, formacji opartej wyłącznie o negację istnienia, o nienawiść wobec filarów naszej cywilizacji. Ostatnie zamieszki w Londynie tylko potwierdzają, z kim faktycznie mamy do czynienia.
Nazywają się ruchem antyfaszystowskim, ale wystarczy popatrzeć na ich logo.
Ich główny motyw, to ANTYKAPITALIZM. Kieruje nimi czysta nienawiść wobec tych, co mają, którzy do czegoś doszli własną pracą i przemysłem, którzy zajmują się handlem i produkcją - a więc zaspokajają żądania konsumentów. Po co antykapitalistyczny bandyta miałby demolować salon Porsche, supermarket, placówkę banku itd? Ponieważ on nienawidzi naszej cywilizacji - opartej na dobrowolnej wymianie owoców pracy między ludźmi, do tego z pomocą pieniądza. O tak, pieniędzy te czerwone pijawki nienawidzą szczególnie. Co prawda my, libertarianie, papierowego pieniądza też nie darzymy szczególną sympatią, ale cofnięcie się do barteru byłoby cywilizacyjną katastrofą. I tego właśnie antyfaszysta pragnie. Ci jaskiniowcy chcą widzieć ludzkość na kolanach, przymierającą głodem, a gospodarkę na poziomie przedindustrialnym. O tak, wtedy nagle oni staną się ważni, staną się fajni - do nich ludzie zwrócą się o pomoc. Albowiem im chodzi tylko o kult przemocy - za sloganem 'antyfaszyzm' nie stoi humanitarna troska o byt i rozwój człowieka, ponieważ będąc antykapitalistą, antyfaszysta od razu określa siebie jako wroga człowieka. Te slogany są tylko pretekstem do tego, co antyfaszyści robią najlepiej - do rozpierdolu i demolki. Czysto jaskiniowy kult przemocy, to jest właśnie to, co definiuje antyfaszyzm. Czy coś wam to przypomina? Mnie to przypomina faszyzm czystej wody. Ponieważ antyfaszyzm, to tak naprawdę faszyzm, tyle że anty. Skoro już ustaliliśmy, że antyfaszyści to w rzeczywistości faszyści, i z włoskimi oraz niemieckimi protoplastami łączy ich nienawiść do kapitalizmu, liberalizmu i człowieka, kontynuujmy naszą analizę. Faszysta, którego motywuje jedynie przemoc, zawsze szuka wodza, lub sam pragnie być wodzem. I stąd ich próby rozsadzenia cywilizacji, ponieważ gdy cywilizacja upada, a odradza się barbarzyństwo - to najsilniejsi i najbardziej brutalni dochodzą do władzy jako watażkowie. Slogany pokoju i braterstwa nagle ustepują nagiej przemocy. Twój faszystowski kolega w dredach i pacyfce, co niedawno jeszcze kradł coca-colę z osiedlowego sklepu, teraz uzyskuje status siepacza, mającego za zadanie utrzymać antyfaszystowski porządek - rezultatem są masowe mordy np. za używanie pieniądza, czy niechęć do podzielenia się jedzeniem. Prawo maczugi gwałci prawo naturalne. Dobrowolność jest odgórnie zakazana, wszystko musi być zgodne z wolą ludu, a więc z wolą antyfaszystowskiego guru i jego siepaczy, pragnących jedynie kraść i żyć kosztem niewolniczej pracy ludzi.

Tego typu jaskiniowe resentymenty rzecz jasna nie ograniczają się jedynie do zdeklarowanych antifowców i reszty faszystowskiego ścierwa, ale wyznaje je w mniejszym lub większym stopniu każdy pracownik sektora publicznego, co protestuje przeciwko cięciom budżetowym czy to w Londynie, w Grecji czy w Wisconsin. On żyje z tego, że okrada i rabuje podatnika, a więc produktywnego przedstawiciela społeczeństwa. On jest przeświadczony, podobnie jak czerwony faszysta, że mu się należy, ot tak, po prostu, i inni mają niewolniczo mu służyć. Bo inaczej w ryj - a więc protesty i demolka prywatnej własności. Nawet zwierzęta się w ten sposób nie zachowują. Jest to mentalność wirusa, który niszczy organizm żywiciela, mnożąc się w tempie astronomicznym, a po śmierci gospodarza, czeka w uśpieniu aż znajdzie się kolejny naiwniak, który dostarczy świeżej krwi.
Nienawidzący istnienia mają za cel tylko niszczyć, oczywiście wycierając sobie gębę nośnymi hasłami, jak walka z wyzyskiem, ochrona matki ziemi, Rage Against Kapitalism i podobne bełkoty - ale cel jest jeden. Gospodarka przemysłowa w ruinie, ludzkość masowo głodująca i na kolanach. Wtedy faszyści mogą wprowadzić bezkarnie czerwony terror, jak w Hiszpanii w latach 30tych, i realizować swój jaskiniowy ideał społeczeństwa na łasce wodza z maczugą.

sobota, 5 marca 2011

Własność prywatna, wolny rynek a regulacje urzędasów. Słowo o TPSA

Podstawą wolności i wolnościowego porządku jest własność prywatna, nienaruszalna i święta. Tym samym, wolny rynek może istnieć tylko wtedy, gdy prawo własności prywatnej jest przestrzegane, a wszelka agresja przeciw niemu zwalczana i eliminowana. Skąd więc biorą się takie głosy, jak ten w artykule niejakiego Marcina Domagały "Wolny rynek vs. kapitalizm", gdzie autor kreśli zupełnie fałszywy obraz kapitalizmu, oraz stawia przeciw niemu pojęcie 'wolnego rynku'? Przypatrując się, jak autor definiuje wolny rynek, nie można wyjść z podziwu dla imaginacji autora.
Otóż wg Marcina Domagały, wolny rynek to ustrój wszechwładzy urzędników, którzy dla dobra rynku, go regulują. To ustrój, gdzie urzędnik w imię arbitralnych zasad, ingeruje we własność prywatną i wolność gospodarczą, by osiągnąć jakieś absurdalne cele "wysokiej konkurencyjności", tudzież ukrócić "nieograniczoną akumulację kapitału", mającą rzekomo zakłócać działanie rynku... Litości!
Wolny rynek może działać tylko wtedy, gdy wyeliminowana jest inicjacja agresji wobec własności prywatnej. Pojawienie się urzędnika, to już złamanie zasady nieagresji - to przyzwolenie na niszczenie rynku poprzez urzędnicze decyzje. Ba, samo opłacanie urzędnika jest już agresją wobec własności prywatnej - przecież trzeba siłą odebrać producentom część dochodu, by urzędnikowi dać pensję. Domagała kompletnie nie rozumie, czym jest rynek, ponieważ jest ekonomicznym dyletantem, gwałcicielem logiki, i najwidoczniej nie zna szkoły austriackiej w ekonomii, skoro otwarcie pisze, że anarchokapitalizm (ustrój, gdzie inicjacja przemocy jest nielegalna) to ekonomiczny faszyzm.
Wolny rynek doskonale sobie radzi z konkurencją, i koncentracją kapitału bez pomocy urzędników, i doskonałym na to przykładem były Stany Zjednoczone w XIX w., gdzie ceny dóbr i usług przez cały czas spadały, jakość rosła, mimo iż nie czuwał nad tym żaden urzędnik. Fortuny jednych potrafiły przepaść w ciągu dnia, podczas gdy inni dorabiali się równie szybko. Kapitał, nieograniczony decyzjami urzędników i nieuszczuplany przez podatki, krążył i docierał do sektorów najpilniej zaspokajających żądania konsumentów. Konkurencja oraz strach przed wejściem konkurencji, trzymał w ryzach wszelkich pretendentów do zmów monopolowych. Były one niemożliwe właśnie dlatego, że rynek był wolny, a nie regulowany przez urzędnicze ścierwa.
To wszystko zmieniło się dopiero, gdy wprowadzono ustawę antytrustową pod koniec XIX w., czyli oddano gospodarkę i przemysł de facto pod dyktaturę urzędników, którzy od tej pory mogli decydować o 'być czy nie być' całego zaawansowanego przemysłu amerykańskiego - to aż się prosiło o pojawienie się gigantycznego łapownictwa, by tylko przylać konkurentowi. Innym elementem, który wyeliminował wolny rynek, przekształcając kapitalizm amerykański w korporacjonizm, był podatek dochodowy, wprowadzony w 1913 r., oraz związane z nim całe prawo podatkowe, którego rosnące skomplikowanie uderzyło w sektor małych i średnich przedsiębiorstw, których nie stać na drogą obsługę prawną. Eliminuje to zagrożenie ze strony nowej konkurencji, i umacnia pozycję dużych, zasiedziałych korporacji, które nie mają żadnych bodźców, by lepiej zaspokajać żądania konsumenta.
Przykład amerykański doskonale pokazuje jałowość tego typu biurokratycznych, antyrynkowych rozwiązań, i autor tego debilnego artykułu powinien na kolanach błagać o przebaczenie za swoją niekompetencję.

Z polskiego podwórka warto przywołać casus Telekomunikacji Polskiej. Słuchacze radia KonteStacja z pewnością są świadomi, jak jeden z prowadzących, niejaki Marcin Hugo Kosiński jest mocno cięty na TPSĘ i nazywa tę firmę z odrazą MONOPOLISTĄ.
Wytłumaczę, dlaczego jest to okaz sporej ekonomicznej dyletancji i niezrozumienia szkodliwości państwowych regulacji w sektorze telekomunikacyjnym. Otóż przypominam, że TPSA została sprywatyzowana w 1998 r., wchodząc na giełdę, i nie jest tu istotne, że większościowym udziałowcem zostało France Telecom (francuska państwowa spółka), nad czym tak Kosiński ubolewa. Nie jest też racjonalnym zarzucanie TPSIe, że posiada większość linii w Polsce, i to czyni z niej obrzydliwego monopolistę, gniotącego konkurencję. Nic bardziej błędnego. Jako spółka giełdowa, TPSA od 1998 funkcjonuje jak normalny rynkowy podmiot, biorący kredyty, płacący amortyzację, kalkulujący zyski i straty, dokonujący racjonalnych decyzji biznesowych. Jedyne, co nie jest
normalne, to ogrom regulacji i nakazów, nakładanych przez rząd, a konkretnie Urząd Komunikacji Elektronicznej, jak również Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta, które to zbrodnicze instytucje zajmują się agresją wobec prywatnej własności takich firm, jak TPSA, i w czysto faszystowskim geście nakładają na nią takie zobowiązania jak np. status "dominującego operatora". W myśl tego statusu, TPSA jest np. zobowiązana podłączyć każdemu telefon, mimo, iż może to być sprzeczne z jej rachunkiem ekonomicznym. Czyli oznacza to, że klienci TPSY z dużych miast dotują
założenie i utrzymanie telefonu babci z Koziej Wólki. Nie muszę dodawać, jak astronomicznie rosną z tego tytułu koszty, które potem w cenie usługi muszą pokrywać klienci. Ot, to jeden z powodów, dlaczego rachunki za telefon w Polsce są takie wysokie, i bynajmniej nie jest to wina rzekomego monopolu TPSY, tylko właśnie ustawowego rozkazu i nałożenia obowiązku bycia tym monopolistą - czyli dominującym operatorem, który MUSI podłączyć każdemu linię.
TPSA ma też obowiązek np. udostępniać swoje łącza tzw. operatorom alternatywnym, czyli pasożytom, które bez żadnych nakładów inwestycyjnych, dzięki decyzji Urzędu Komunikacji Elektronicznej, mogą zabierać TPSIE klientów, dzierżawiąc łącza TPSY po sztucznie zaniżonych urzędowych cenach, oferując klientowi indywidualnemu ceny znacznie niższe niż TPSA. W ten sposób, pod pretekstem walki o mityczną konkurencyjność, urzędnik dokonał agresji wobec własności prywatnej TPSY (nie wyskakuj mi jeden z drugim, że łącza to własność publiczna!), ustalił faszystowskie zasady, eliminując tym samym dobrowolność współpracy między operatorami, i umożliwił nieuczciwą konkurencję firmom-pasożytom. I jest to kolejny powód, dlaczego TPSA nie może obniżyć cen dla swoich klientów - koszta związane z obsługą żądań pasożytów, udostępniania im łącz itd., oraz sztywne regulacje dot. polityki cenowej TPSY ze strony UKE, uniemożliwiają dynamiczne reagowanie na potrzeby konsumentów. I nie jest to spowodowane tym, że TPSA jest molochem, czy że jest firmą która nie dba o konsumenta. Po prostu terror zbrodniczego reżymu regulacyjnego jej na to nie pozwala.
Nie trzeba być nawet specjalnie bystrym, by zauważyć, że w takim środowisku aż się prosi o korupcję, i tzw. operatorzy alternatywni, zwłaszcza ci najbardziej wiodący w usługach telefon-internet, bardzo wiele zyskali z takich regulacji Urzędu Komunikacji Elektronicznej, który im niemalże za bezcen udostępnił prywatną własność konkurencyjnej firmy z milionami klientów do podebrania. Smarowało się rączki pani Streżyńskiej, oj smarowało!
Tak więc, panie Kosiński, sam widzisz, jak twoje utyskiwanie na TPSĘ powinno być de facto utyskiwaniem na UKE, na reżym regulowania i reglamentowania rynku, na sztuczne tworzenie tzw. konkurencji poprzez niszczenie własności prywatnej. Do książek, knypie!

środa, 10 listopada 2010

Od @kapitalisty do @komunisty... Czyli krótka droga od libertarianizmu do faszyzmu


Interesująca jest historia Krzysztofa Sz. Pamiętam go jeszcze, jako modalnego libertarianina, nieźle oczytanego w standardowej literaturze (Mises, Hayek, Rothbard), o otwartym umyśle i zdroworozsądkowych poglądach bez uprzedzeń. Jedyne, co mogło wywoływać niepokój wśród osób natrafiających na Krzysztofa w internecie, były jego narkoopowieści. Krzyś eksperymentował właściwie ze wszystkim, co dało się zdobyć na czarnym rynku i bujnie opisywał doznania po zażyciu. Cóż, dla mnie to było obojętne, w końcu każdy ma prawo dążyć do własnego szczęścia, i państwo nie może mu w tym przeszkadzać. Pod wpływem, czy nie - razem oraliśmy wszelkiej maści etatystów, socjalistów, faszystów, lewaków i demokratów, stosując typowy arsenał w rzeczowej libertariańskiej batalii - czyli austriacką szkołę w ekonomii i prawonaturalizm. Wydawało się, że takie pojęcia, jak wolny rynek, kapitalizm, libertarianizm, czy nawet konserwatywny-liberalizm, rozumiemy identycznie i utożsamiamy się z nimi. Krzysztof nawet był współzałożycielem toruńskiego Stowarzyszenia Młodzi Libertarianie, co się ceni, pomimo braku wyraźnych sukcesów tejże organizacji w trakcie jej działalności.
Mój kontakt z narkotykowym Krzysiem (jak i z narkotykami) jednakże w pewnym momencie osłabł. Krzysztof zaczął pracować w firmie ojca, i ostatnie, co zapamiętałem, było "Jedyną nadzieją jest agoryzm...". Cóż, dobre i to, pomyślałem, i zająłem się własnymi sprawami.
Jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku latach doniesiono mi, iż radykalny anarchokapitalista Krzysztof Sz. deklaruje się teraz mianem anarchokomunisty, "społecznego anarchisty", radykalnego lewicowca i antykapitalisty! Czytając jego przesiąknięte marksistowskim polilogizmem komentarze na portalu liberalis.pl, wprost nie mogłem uwierzyć, iż to się dzieje naprawdę! Prawdziwy dyskordianizm! Co więcej, Krzyś, jak na prawdziwego lewicowca przystało, faktycznie uwierzył w spisek Wielkiej Hordy Skrajnie Prawicowej Patologii, która czyha, by tylko zniewolić ludzkość w kleszczach libertariańskiego-faszystowskiego terroru. O tak, skrajna prawica (zło, jak wiadomo) to sojusz libertarian, kapitalistów, etatystów, nazistów i Korwina przeciwko ludziom pracy, nikczemnie alienowanym od produktu swej pracy, i wyzyskiwanym psychicznie przez kapitał. Nawet jeśli ludzie pracy zarabiają więcej, niż występni kapitaliści, to i tak są wyzyskiwani - co do tego Krzysztof nie ma wątpliwości. Jedynym rozwiązaniem jest: a) formowanie sportowych bojówek antyfaszystowskich; b) kooperatywy.
Ta pierwsza propozycja wynika rzecz jasna z aksjomatu nieagresji, opacznie rozumianego przez radykalnie anarchokomunistycznych ex-libertarian, jako przyzwolenie na bicie smutnych, ubranych na czarno chłopaczków, lubiących sobie pomaszerować czasem przy dyskotekowych rytmach zespołu Von Krasnal. Wielkie zagrożenie, jakie rzekomo niesie wolność zgromadzeń i manifestacji jednostronnie klasyfikowanych jako "faszystowskie", musi zostać zażegnane inicjacją agresji przez bojówki walczących z faszyzmem "sportowców". Oczywiście, wg logiki Krzysztofa et consortes, faszyzm = kapitalizm = libertarianizm, więc konsekwentnie kolejnym krokiem będzie napadanie na ulicach na panów podejrzewanych o sprzyjanie bożkom kapitału, bądź na młodych działaczy UPR (starsi noszą broń palną, więc lepiej nie ryzykować). Przecież w końcu faszyzm - no pasaran.
Wymarzonym światem dla tych idealistów, którzy onegdaj wierzyli w wolność jednostki i własność prywatną, jest rzecz jasna świat tychże cech pozbawiony. Słowo-klucz: KOOPERATYWA. Po polsku - spółdzielnia. W jaki sposób ta skompromitowana w PRLu forma własności staje się lekiem na całe zło kapitalistycznego świata wyzysku w umysłach "społecznych anarchistów"? Cóż, każdy, kto czytał Kevina Carsona wie, że ekonomista z niego żaden, i teorii austriackiej, pomimo wycierania nią sobie gęby, nie zrozumiał ani na jotę. W przypadku teoretyków kooperacjonizmu, jest jeszcze gorzej. Nie znają oni najwyraźniej pojęć "podział pracy", "przewaga komparatywna", "specjalizacja" czy "zdyskontowany krańcowy produkt pracy". W kooperacjonistycznej utopii każdy pracownik (vulgo: prol) jest jednocześnie kowłaścicielem, kokapitalistą i komenadżerem, kozarządzającym kofirmą, pardon, kooperatywą. Oczywiście wszelkie decyzje odnośnie zarządzania są podejmowane w sposób jedynie słuszny, niepodlegający debacie i w ogóle tylko podły człowiek może kwestionować wkład Lecha Wał...TO ZNACZY, w sposób demokratyczny. Równość, równość ponad wszystko. Ok, jak tam sobie chcecie. Niestety, problemem polilogicznych marksistów, do jakich niewątpliwie należą anarchokomunistyczni zwolennicy kooperatyw, jest to, iż nie zostawią nas w spokoju, zamykając się w spółdzielni. Nie - oni chcą ZMUSIĆ całą gospodarkę do funkcjonowania w oparciu o kooperatywy, oczywiście wyłącznie na ich własnych zasadach. Bo inaczej to będzie wyzysk, rabowanie wartości dodatkowej, alienacja i faszyzm. Dlatego też, obawiam się, Krzysztof na czele bojówki "sportowców" będzie pilnował, jak to w latach 30. w Hiszpanii gdzie ruch anarchistycznych kooperatyw osiągnął apogeum, by ludzie przypadkiem nie posiadali a to własnych pieniędzy (służą do wyzysku), a to środków produkcji (służą alienacji), tylko wszyscy jak jeden mąż kooperowali w przydzielonych im kooperatywach. Ot tak, w magiczny sposób.
Narzucanie innym swoich poglądów siłą można od biedy nazwać właśnie faszyzmem, i to zjawisko jaskrawo zachodzi przy próbie dyskusji z takim antykapitalistą, przerażonym praktyką pracy najemnej, prywatnej własności kapitału i inwestycji w akcje spółek. Nie dociera do niego, że w warunkach wolnorynkowych spółka akcyjna jest właśnie kooperatywą - tyle, że opartą o najbardziej optymalne i efektywne wykorzystanie czynników produkcji: różnorodnych ludzkich talentów i heterogenicznego kapitału. Większość ludzi nie ma predyspozycji, ani nie myśli nawet o interesowaniu się i angażowaniu w zarządzanie procesem produkcyjnym - woli używać swoich oczywistych talentów, zatrudnionych przez menadżerów w sposób najbardziej optymalny, uzyskując za to wynagrodzenie zwane płacą. Z kolei ci, którzy mają ambicje zarządzać i są w stanie zweryfikować swoje umiejętności na rynku, nie są w żaden magiczny sposób powstrzymywani przed wykorzystaniem swojego talentu w tym aspekcie przez sprzymierzone siły lichwy i kapitału - a raczej przez aparat państwowej represji, regulujący działalność gospodarczą i paraliżujący ją. Spółka akcyjna również pozwala na "głos ludu" - walne zgromadzenia akcjonariuszy przecież opierają się o głosowanie, tyle że waga głosu każdego współwłaściciela zależy od kwoty zainwestowanego kapitału (ilości posiadanych akcji), i nikt nie ma z definicji po równo. Nie ma darmowych głosów!
To chyba najbardziej boli tych lewaków od kooperatyw. Fiksacja na punkcie równości i "demokracji" nie pozwala im zrozumieć, iż to wolny rynek ze spółkami akcyjnymi, jak i firmami z jednym właścicielem, firmami rodzinnymi, firmami partnerskimi, a nawet spółdzielniami, jest najbardziej demokratycznym systemem, a że rzeczone spółdzielnie przegrywają konkurencję nie wynika ze spisku światowego kapitału, tylko z wrodzonej nieefektywności tej formy własności w SŁUŻENIU KONSUMENTOM. Niestety, ten element układanki zwanej gospodarką - zaspokajanie potrzeb konsumentów - to sól w oczy idealisty-"społecznego anarchisty". On po prostu nienawidzi bliźniego swego, który śmie coś od niego kupić! I do tego wybrzydza, że jakość słaba, a cena za wysoka, bo u pana Zenka za rogiem lepszy geszeft by zrobił. Widocznie pan Zenek angażuje się w wyzysk i jest w spisku z wielkim kapitałem, bo dostał niżej oprocentowany kredyt, i przez to wygryza uczciwie działającą kooperatywę, realizującą ideały kozarządzania, kowłasności, i wypłacającą godziwe kopensje bez wywoływania alienacji u kopracowników.
Wracając do osoby Krzysztofa, myślę, że przedstawiłem w miarę uczciwie stan psychiki tego człowieka, jako przedstawiciela "społecznego anarchizmu" i kooperatyzmu. Urojenia, fobie, uprzedzenia wobec społeczeństwa burżuazyjnego i kapitalistycznej organizacji produkcji, oparte na marksistowskim dialektycznym profetyzmie (czyt. bełkocie) - to podstawa rozumowania, jakie obecnie reprezentuje ten były libertarianin. Te same uprzedzenia i nienawiść żywili niemieccy narodowi-socjaliści, żywią ją współcześni działacze ekologiczni, oraz członkowie organizacji nacjonalistycznych pokroju Falangi - których nasz Krzysztof tak nienawidzi, obawia się i chce neutralizować fizycznie, mimo, iż metafizycznie bliżej mu do smutnych chłopców w czarnych koszulach, niż do jakiegokolwiek innego towarzystwa. Antyfaszyzm, to po prostu faszyzm, tyle że anty.
Czy przemiana z libertarianina w radykalnego lewaka, to skutek nadużywania przez Krzycha narkotyków? Trudno uwierzyć, iż uwiąd rozumu i rozwój paranoi antykapitalistycznej mógł nastąpić powodowany głębszą intelektualną refleksją. Sprawdza się także stara teoria, iż najbardziej idealistyczni radykałowie lewicowi wywodzą się z dobrych burżuazyjnych rodzin, by wspomnieć takie osobliwości, jak znany z "Młodzieży Kontra" Kacper Kutrzeba, czy pewien skrzypek-komunista z Warszawy. Ich idealizm najczęściej pada w starciu z rzeczywistością i pierwszym wytryskiem w ciele partnerki, ale gdy umysł jest przenicowany działaniem narkotyków, być może ta rzeczywistość z trudnością doń dociera. W każdym razie, w takim towarzystwie przyszło mi Krzysztofa umieścić, i powodem do dumy być to nie powinno.

spisał
Po kryjomu sprzyjający skrajnie prawicowej patologii...