Na zabawnym lewicowym portalu nacjonalista.pl pojawił się jakiś czas temu artykuł niejakiego Bogdana Kozieła pt "Powrót Umarłych". Polecam zapoznać się z tym przydługim stekiem płaczliwych bredni, gdyż doskonale obrazuje on umysł osobnika oszalałego z nienawiści do siebie samego. Mamy tu do czynienia z pełną mistycyzmu i irracjonalnego zacietrzewienia tyradą przeciwko, właściwie nie wiadomo czemu. Antyamerykanizm z perspektywy zatroskanego o Europę arystokraty? Bynajmniej. Jako amerykańskie, atakowane jest tutaj wszystko, co ludzkie - a więc przedsiębiorczość, dążenie do zmiany swego położenia, sprzeciw wobec ucisku kastowego, racjonalność ekonomiczna i tak pogardzana przez lewicę wolność. Amerykańscy pionierzy nazywani są przez autora złodziejami i mordercami, widocznie zapomina on o całej zgrai europejskich książąt, baronów, hrabiów, biskupów i monarchów, którzy nikim więcej niż zwykłymi rzezimieszkami nie byli. Europa, dusząc się pod butem merkantylistycznej tyranii, była kloaką świata, którą co odważniejsi i mający najmniej do stracenia śmiałkowie opuszczali, by szukać nowego lepszego życia za oceanem. W Europie pozostała właśnie ta gorsza część - niewolnicy i ich oprawcy. I to tak bulwersuje Bogdana Kozieła, ponieważ sam podświadomie zdaje sobie sprawę z tego, że jest potomkiem pańszczyźnianego chłopa, którego życiową rolą jest przyjmować na swe plecy sążne ciosy batoga. Stąd nienawiść do kraju wolnych i dzielnych, do Stanów Zjednoczonych.
Te "profańskie", "masońskie" ideały, na których rzekomo 'złodzieje i mordercy' zbudowali Amerykę, to właśnie ideały kromianiońskich pionierów, którzy 30 000 lat temu zasiedlali Europę - samowystarczalność, odpowiedzialność, ciężka praca i heroiczne napięcie woli mocy, nieugiętej pod naporem przeciwności. Te same cechy przejawiał amerykański osadnik, amerykański rzemieślnik, wyzwolony z feudalno-cechowego systemu krępującego przedsiębiorczość w Europie, amerykański handlarz, który nie musiał opłacać ceł na każdej rogatce, amerykański biznesmen, któremu nikt nie przeszkadzał zaspokajać najpilniejszych potrzeb konsumentów. Człowiek mógł wreszcie realizować swoje faktyczne dziejowe posłannictwo - budować cywilizację wolnych ludzi. Bez kasty pasożytów, spijających życiową esencję, jak w Europie i reszcie pogrążonego w mroku niebytu świata.
Żadnego bełkotu o sakralnej geografii, powinnościach wobec Boga i Cesarza, przywilejach kastowych, namaszczonej pozycji króla, dziesięcinie, legitymizmie i całej reszcie spuścizny troglodyckich jaskiniowców, których wolni kromaniończycy do końca nie wytępili w paleolicie. Wolność, własność i prawo dążenia do szczęścia - tyle i tylko tyle potrzeba, by korona stworzenia - człowiek - mogła rozwinąć swój potencjał na Ziemi. Oczywiście Bogdan Kozieł, duchowy niewolnik Talmudu, określi to mianem satanizmu czy innej degeneracji, mimo iż taka postawa jest w pełni zgodna z prawdziwą nauką Kościoła Katolickiego - no, ale jak mówiłem, resentyment tego typu ma charakter lewicowo-talmudyczny, a nie wolnościowo-ludzki.
Faktem jest, że dzisiejsze USA nie mają nic wspólnego z wolnościową wizją Ojców Założycieli, właśnie dlatego, że zostały zainfekowane talmudyczno-lewicowym wirusem prosto z Europy, za sprawą czysto heglowskiego ukąszenia. Prusycyzacja elit amerykańskich, trwająca od połowy XIX w., najpierw zaowocowała amerykańskim imperializmem, kompletnie sprzecznym z doktryną Monroe'a i ideami pokojowego wolnego handlu z całym światem; potem, co opisuje Gabriel Kolko w "The Triumph of Conservatism", sojuszem Wielkiego Rządu z Wielkim Biznesem, a więc stworzeniem państwa korporacyjnego - faszystowskiego, i miało to miejsce zaraz przed wybuchem I WŚ. Potem już poszło z górki. Wtedy dopiero pojawił się amerykański tylko z nazwy, mesjanizm - czyli szerzenie demokracji za pomocą oręża. Demokracji, której w Ameryce miało nigdy nie być wg założeń Ojców Założycieli, gdyż widzieli we władzy ludu równie wielkie zagrożenie dla wolności, jak we władzy tyrana. Demokracja w Ameryce, to skutek europeizacji-prusycyzacji elit amerykańskich, przymusowej państwowej edukacji, która wychowała pokolenia uległych, wzorowych obywateli, już zindoktrynowanych na postrzeganie Ameryki nie jako kraju wolnych i dzielnych, lecz rodzinnego domu troskliwego wuja Sama, który wymaga lojalności, posłuszeństwa i poświęcenia, a w nagrodę nakarmi, pogłaszcze po główce i wręczy medal za szerzenie demokracji.
To przywleczony z Europy etatyzm, kult państwa, zniszczył amerykańską wolność i filozofię amerykańskiego modelu ograniczonego rządu - a nie 'masońskie' ideały Ojców Założycieli, o których późniejsze pokolenia zupełnie zapomniały.
Lewicowo-rewolucyjny portal nacjonalista.pl, przeżarty myślą talmudyczną i chronicznym odwróceniem wszelkich pojęć zrozumiałych dla człowieka Zachodu, tylko wpisuje się w ten trend niszczenia idei wolności człowieka i propagowania jedynej słusznej wizji niewolnika na kolanach przed ołtarzem Molocha - państwa.
piątek, 22 lipca 2011
sobota, 2 lipca 2011
Lekcja ekonomii dla prof. Kołodki
Dziś zajmiemy się postacią profesora Grzegorza Kołodki, i tym, co ostatnio napisał i zatytułował "Nowym planem gospodarczym dla Polski".
Przede wszystkim zacznijmy od właściwej introdukcji. Grzesiek, jesteś tępym keynesistowskim ćwokiem, a to, co piszesz, dyskwalifikuje cię zupełnie w oczach poważnego ekonomisty.
Po tym wprowadzeniu możemy przejść do treści artykułu tego zasrańca.
Grzesiek, ćwoku, powiedz mi, proszę, jakie to mechanizmy rynkowe nie są w stanie rozwiązać nierozwiązanych problemów? Kiedy to ostatni raz w ogóle władze pozwoliły mechanizmom rynkowym działać? 100 lat temu? Z roku na roku przybywa przepisów i prerogatyw państwa, ingerującego w gospodarkę całkowicie dowolnie i arbitralnie z pomocą swej armii biurokratów. Które to mechanizmy rynkowe miałyby w ogóle działać, by rozwiązać te 'nierozwiązane problemy'? Wiesz w ogóle o czym ty mówisz, keynesistowska spierdolino? Wiesz, czym się charakteryzuje rynek - nie żaden mechanizm, tylko proces, bo działanie rynku - to działanie ludzi, a nie martwej materii. Tylko, by ludzie działali, to trzeba im pozwolić, a nie pod przymusem siły zakłócać proces rynkowy.
Co ty tam jeszcze postulujesz? Dobrze skoordynowaną ingerencję państwa? To znaczy przyznajesz, że dotychczasowa, przesadna ingerencja państwa była źle skoordynowana? Chociaż tyle. Niestety, jako ekonomiczny dyletant, nie znasz najważniejszych pozycji z zakresu ekonomiki interwencjonizmu, a mianowicie książek "Interwencjonizm", "Biurokracja" oraz "Planowany chaos" Ludwiga von Misesa, największego ekonomisty XX w. Jak wiadomo, nie można nazywać się poważnym ekonomistą bez znajomości tych pozycji, więc dyplom komunistycznej uczelni, który posiadasz, kwalifikuje cię jedynie na stanowisko konserwatora powierzchni płaskich w prywatnej firmie.
Wracając do twojej wesołej twórczości, przypomnę ci więc, melepeto, że państwo - tak samo jak rynek - to nie jakiś mechanizm, tylko ludzie. Różnica między działaniem państwa, a rynku jest taka, że relacje na rynku są dobrowolne - a państwo stosuje przymus. Mamy więc do czynienia z zupełnie inną strukturą bodźców oddziałujących na członków aparatu państwa, jak i na ofiary państwowej przemocy, eufemistycznie zwanej ingerencją. Członek aparatu państwa, w odróżnieniu od uczestnika rynku posługującego się systemem cen, jest w stanie kompletnej niewiedzy na temat potencjalnych jak i faktycznych skutków i następstw swoich działań - nie potrzebuje jej, gdyż sukces bądź porażka jego działań tak naprawdę go nie obchodzi. Finansuje swoją działalność pod przymusem zdzierając podatki z sektora prywatnego, a nie zaspokajając żądania konsumentów - więc to, co się stanie po danej ingerencji, mało go obchodzi. Ważne jest dla niego tylko to, że jego bezpośredni przełożony z klucza politycznego jest zadowolony, a strumień zrabowanych obywatelom przychodów pozostaje niezakłócony.
W związku z tym jakakolwiek mowa o "dobrze skoordynowanej ingerencji państwa" to pobożne życzenia intelektualnego onanisty, ale nie poważne stanowisko naukowe. Kołodko o tym nie wie, ponieważ nie rozumie elementarza ekonomii. Istnienie sprzężenia zwrotnego między celem działania a działającym jest czymś oczywistym na rynku, dostarcza działającemu natychmiastowej bądź oczekiwanej w przyszłości odpowiedzi na skuteczność danego działania - czyli np. przedsiębiorca odnotowuje zyski lub straty i w oparciu o nie, czyli o kalkulację ekonomiczną, dopasowuje przyszłe działania do tych informacji otrzymanych z rynku, by rezultaty kolejnych działań bardziej go zadowalały. Urzędnik państwowy nie jest w stanie tego zrobić, ponieważ nie istnieje żaden mechanizm, ani proces koordynacji działań opartych na przymusie i przymusowym ich finansowaniu - poza jeszcze większym przymusem, przychodzącym z góry, od herszta, i od herszta wszystkich hersztów w danym politycznym układzie, dysponującego największą siłą przymusu.
Ale wystarczy popatrzeć, co Kołodko pisze dalej - "zawodzą bowiem zwykłe mechanizmy demokracji. Z punktu widzenia ekonomicznej racjonalności okazują się one mało skuteczne.". Bingo, w rzeczy samej, skurwysynu. Doskonale widzisz, że w demokracji ten instytucjonalny przymus, jako jedyny czynnik koordynujący działanie hordy biurokratycznej, jest za słaby i nie pozwala na takie naginanie rzeczywistości ekonomicznej, o jakiej sobie zamarzyłeś, faszystowski frustracie. Więc nawołujesz już całkiem świadomie do nowego lepszego faszyzmu, nowego planu gospodarczego dla Polski, gdzie archaiczne przesądy demoliberałów będą wyplenione. Czyż nie?
Kolejny fragment tej intelektualnej defekacji:
No nie ma bata, Polska powinna powrócić do szybkiego wzrostu i już! Też mi odkrycie. Popatrzcie jednak na te slogany: sprawiedliwy podział (oczywiście wg kryteriów Grzesia), korzystna integracja (cóż to za słowozlep? nie wiadomo), skuteczne państwo (czyli po prostu bardziej bezkarni urzędnicy).
No nie ma bata, po prostu musi doprowadzić, bo Grześ Kołodko tak mówi. Przypomnę ci więc, że w połowie następnej dekady dolar będzie wart tak mało, że spokojnie 35 tys. USD per capita przekroczymy, więc twój plan się ziści, choć może niekoniecznie w tej postaci, o jakiej śnisz mokre sny.
No tutaj już mamy srogi ejakulat pełen sloganów i nowomowy. Oczywiście ani słowa o przedsiębiorczości, wzroście udziału sektora prywatnego, zaspokajaniu potrzeb konsumentów. Wszystko podporządkowane faszystowskiej wizji proroka Grzegorza, ciskającego imperatywy!
Jak więc rozumieć ten bełkot?
Równowaga ekologiczna - niestety, tylko rynek jest w stanie zdecydować, kiedy przejść na technologie bardziej materiało- i energooszczędne, a więc kiedy konsumenci będą dysponować na tyle dużą siłą nabywczą, by bez obniżenia swojej użyteczności nabywali produkty wykonane w droższej technologii. Ingerencja państwa w tym zakresie oznacza z jednej strony zubożenie konsumentów, odebranie im możliwości decydowania, a z drugiej - zakłócenie rynkowego procesu wdrażania nowych technologii wg rachunku ekonomicznego. Oczywiście ktoś taki, jak Grzegorz Kołodko, który nigdy nie prowadził własnej firmy z prawdziwego zdarzenia, takie pojęcia jak 'rachunek ekonomiczny' traktuje jak jakieś burżuazyjne zabobony. Wszak liczy się tylko IMPERATYW! Niestety, jak działa państwowy imperatyw w kwestii wdrażania tzw. zielonych technologii, to widać - zapaść przemysłu, spadek poziomu życia, gigantyczny wzrost kosztów utrzymania dla najmniej zarabiających.
dalej...
Równowaga społeczna - ograniczenie zakresu wykluczenia będzie niestety niemożliwe, jeśli wprowadzi się imperatyw równowagi ekologicznej, ale spójność logiczna nigdy nie była mocną stroną nazistowskich wypierdków jak Kołodko. Nie mogę też pojąć obsesji tych zwierząt na punkcie mniejszego zróżnicowania w podziale dochodów, tak, jakby istnienie ludzi bardzo bogatych, obok bogatych, średniozamożnych i najmniej zarabiających, było jakimś groteskowym, ohydnym wynaturzeniem. Przypomnę, że ludzie nie są równi, i ci najbardziej pracowici, przemyślni i obdarzeni talentem przedsiębiorczym, najlepiej są w stanie zaspokoić żądania konsumentów - więc stają się bardzo bogaci, bo konsumenci ich wynagradzają hojniej, niż innych uczestników rynku. Istnienie bardzo bogatych jest więc oznaką zdrowia gospodarki. Jak więc Kołodko zamierza zredukować to zróżnicowanie w podziale dochodów? Można się tylko domyślać, iż chodzi o ulubioną przez keynesistów EUTANAZJĘ rentierów...
Słowo-klucz - wykluczenie społeczne, w sumie nie wiadomo, o co chodzi. Wykluczony społecznie to był niewolnik w starożytnym Rzymie, parias w społeczeństwie kastowym, czy bezprizorny w sowieckiej Rosji - o więźniach Gułagów nie wspominając. We współczesnym kraju socjaldemokratycznym nikt nikogo społecznie nie wyklucza, wręcz przeciwnie - wszystkie państwowe instytucje wszak z tym mitycznym wykluczeniem walczą. Zwłaszcza przez dawanie nierobom pieniędzy, i tym podobne praktyki. Skutek jest właśnie taki, że zwiększa się liczba nierobów - a więc ilość gęb do wyżywienia, a produktywność gospodarki proporcjonalnie nie wzrasta, jak miałoby to miejsce w ustroju rynkowym, gdzie praca na rzecz konsumenta jest czymś normalnym. Reasumując, to państwo opiekuńcze wyklucza sporą część ludzi społecznie, przez dawanie zasiłków, co permanentnie wyrywa ich ze społecznego podziału pracy i integracji z życiem społeczności.
Znowuż jest to zagadnienie za trudne dla Kołodki, który woli opierać się na schematycznych hasłach, zamiast dogłębnie poznać zagadnienie.
Słuchaczom Radia Żelaza nie muszę też chyba tłumaczyć, że plaga bezrobocia to nieodłączny element państw opiekuńczych, w tym Polski, gdzie zasiłki dla bezrobotnych oraz wysokie pozapłacowe koszty pracy tworzą grupy ludzi, którym nie opłaca się pracować - oraz grupy przedsiębiorców, którym nie opłaca się nikogo zatrudnić. Abecadło ekonomii, poza intelektualnymi możliwościami profesora Kołodki.
Co mamy dalej?
Równowaga ekonomiczna - imperatyw kontrolowanego deficytu! Cóż za odkrycie, godne Nobla!! Ale dlaczegóż tylko kontrolowany deficyt, i przez kogo niby? Zakaz deficytu - zakaz zadłużania przyszłych pokoleń, to jest odpowiedź na problem długu publicznego, a nie jakieś półśrodki. No ale znowuż muszę się przyczepić do braków praktyki biznesowej Grzesia. Po prostu ten człowiek nie wie, że prywatna firma, której doradzałby "kontrolowany deficyt", po paru latach padłaby na pysk, ponieważ żaden inwestor nie finansowałby firmy tak finansowo niepłynnej. Ale że państwo może zdzierać z ludzi podatki przemocą, to dla Grzesia stan permanentnego zadłużenia jest czymś normalnym. Obywatel nie może sprzedać swych udziałów w tak źle zarządzanym państwie.
Cóż, w dalszej części artykułu Kołodko wreszcie napisał coś z sensem - a mianowicie, iż niezbędne jest [ekhm] 'względne zrównoważenie finansów publicznych' i redukcja wydatków. Niestety dodał, iż również zwiększenie dochodów poprzez podniesienie podatków. Ah, ci keynesiści, niewolnicy tegoż nieszczęsnego równania, nie rozumieją, że zasoby odciągane z gospodarki czy to poprzez podatki - czy poprzez wydatki rządu - to właśnie przyczyna gospodarczych niepowodzeń, niskiego realnego wzrostu, bezrobocia, małej konkurencyjności firm, załamania się eksportu itd. Im mniejszy budżet państwa, tym lepiej dla gospodarki, ponieważ wtedy może działać efektywnie prywatna przedsiębiorczość, zaspokajając żądania konsumentów. Ale jest chyba jasne, że dla Kołodki i reszty faszystów to nie konsument i jego szczęście są celem gospodarki, tylko IMPERATYWY wzięte kompletnie z powietrza, i mokrych snów o potędze proroka Grzegorza.
W dalszej części artykułu Kołodko wymienia 9 punktów granicznych planu dostosowania fiskalnego, ale to już pozostawiam słuchaczom do oceny i wyciągnięcia wniosków. Nie będzie to trudne.
Grzegorz Kołodko to typ człowieka, który w latach 30-stych tworzyłby jakże efektywne plany ożywienia gospodarki Niemiec przez jak najbardziej efektywną likwidację firm żydowskich i alokowanie uwolnionego w ten sposób kapitału, by minimalizować wykluczenie społeczne niemieckiej klasy robotniczej. Bo przecież mechanizmy rynkowe zawiodły, czyż nie?
On doskonale wie, że nie zawiodły - tylko nie pozwolono im działać. Nie pozwolono, by takie szuje jak on, na stanowiskach urzędniczych, mogły zabawiać się przestawianiem pionków na ekonomicznej szachownicy. Pogrobowiec Keynesa i Hitlera, Grzegorz Kołodko, to niebezpieczny szaleniec, nikczemny amoralny makiawelista, którego jedynym celem jest zniszczenie gospodarki rynkowej i oddanie władzy nad ludźmi biurokratycznej kaście Nadludzi, którym już nikt się nie sprzeciwi - a na tronie Naczelnego Planisty zasiądzie sam prorok Grzegorz.
Ty kurwo ty kurwo ty kurwo ty kurwo TY KURWO
Przede wszystkim zacznijmy od właściwej introdukcji. Grzesiek, jesteś tępym keynesistowskim ćwokiem, a to, co piszesz, dyskwalifikuje cię zupełnie w oczach poważnego ekonomisty.
Po tym wprowadzeniu możemy przejść do treści artykułu tego zasrańca.
Czas biegnie. Paradoksalne dla jednych jest to, że znowu nastał okres, kiedy piętrzą się nierozwiązane problemy, gdyż więcej ich przybywa, niż ubywa. Paradoksalne dla innych jest to, że teraz sami muszą przyznać, że mechanizmy rynkowe nie są w stanie ich rozwiązać.
Potrzebna jest dobrze skoordynowana ingerencja państwa. W obecnej sytuacji jej konwencjonalna forma jest już niewystarczająca. Potrzebne są specjalne działania wykraczające poza tradycyjne ramy, zawodzą bowiem zwykłe mechanizmy demokracji. Z punktu widzenia ekonomicznej racjonalności okazują się one mało skuteczne.
Grzesiek, ćwoku, powiedz mi, proszę, jakie to mechanizmy rynkowe nie są w stanie rozwiązać nierozwiązanych problemów? Kiedy to ostatni raz w ogóle władze pozwoliły mechanizmom rynkowym działać? 100 lat temu? Z roku na roku przybywa przepisów i prerogatyw państwa, ingerującego w gospodarkę całkowicie dowolnie i arbitralnie z pomocą swej armii biurokratów. Które to mechanizmy rynkowe miałyby w ogóle działać, by rozwiązać te 'nierozwiązane problemy'? Wiesz w ogóle o czym ty mówisz, keynesistowska spierdolino? Wiesz, czym się charakteryzuje rynek - nie żaden mechanizm, tylko proces, bo działanie rynku - to działanie ludzi, a nie martwej materii. Tylko, by ludzie działali, to trzeba im pozwolić, a nie pod przymusem siły zakłócać proces rynkowy.
Co ty tam jeszcze postulujesz? Dobrze skoordynowaną ingerencję państwa? To znaczy przyznajesz, że dotychczasowa, przesadna ingerencja państwa była źle skoordynowana? Chociaż tyle. Niestety, jako ekonomiczny dyletant, nie znasz najważniejszych pozycji z zakresu ekonomiki interwencjonizmu, a mianowicie książek "Interwencjonizm", "Biurokracja" oraz "Planowany chaos" Ludwiga von Misesa, największego ekonomisty XX w. Jak wiadomo, nie można nazywać się poważnym ekonomistą bez znajomości tych pozycji, więc dyplom komunistycznej uczelni, który posiadasz, kwalifikuje cię jedynie na stanowisko konserwatora powierzchni płaskich w prywatnej firmie.
Wracając do twojej wesołej twórczości, przypomnę ci więc, melepeto, że państwo - tak samo jak rynek - to nie jakiś mechanizm, tylko ludzie. Różnica między działaniem państwa, a rynku jest taka, że relacje na rynku są dobrowolne - a państwo stosuje przymus. Mamy więc do czynienia z zupełnie inną strukturą bodźców oddziałujących na członków aparatu państwa, jak i na ofiary państwowej przemocy, eufemistycznie zwanej ingerencją. Członek aparatu państwa, w odróżnieniu od uczestnika rynku posługującego się systemem cen, jest w stanie kompletnej niewiedzy na temat potencjalnych jak i faktycznych skutków i następstw swoich działań - nie potrzebuje jej, gdyż sukces bądź porażka jego działań tak naprawdę go nie obchodzi. Finansuje swoją działalność pod przymusem zdzierając podatki z sektora prywatnego, a nie zaspokajając żądania konsumentów - więc to, co się stanie po danej ingerencji, mało go obchodzi. Ważne jest dla niego tylko to, że jego bezpośredni przełożony z klucza politycznego jest zadowolony, a strumień zrabowanych obywatelom przychodów pozostaje niezakłócony.
W związku z tym jakakolwiek mowa o "dobrze skoordynowanej ingerencji państwa" to pobożne życzenia intelektualnego onanisty, ale nie poważne stanowisko naukowe. Kołodko o tym nie wie, ponieważ nie rozumie elementarza ekonomii. Istnienie sprzężenia zwrotnego między celem działania a działającym jest czymś oczywistym na rynku, dostarcza działającemu natychmiastowej bądź oczekiwanej w przyszłości odpowiedzi na skuteczność danego działania - czyli np. przedsiębiorca odnotowuje zyski lub straty i w oparciu o nie, czyli o kalkulację ekonomiczną, dopasowuje przyszłe działania do tych informacji otrzymanych z rynku, by rezultaty kolejnych działań bardziej go zadowalały. Urzędnik państwowy nie jest w stanie tego zrobić, ponieważ nie istnieje żaden mechanizm, ani proces koordynacji działań opartych na przymusie i przymusowym ich finansowaniu - poza jeszcze większym przymusem, przychodzącym z góry, od herszta, i od herszta wszystkich hersztów w danym politycznym układzie, dysponującego największą siłą przymusu.
Ale wystarczy popatrzeć, co Kołodko pisze dalej - "zawodzą bowiem zwykłe mechanizmy demokracji. Z punktu widzenia ekonomicznej racjonalności okazują się one mało skuteczne.". Bingo, w rzeczy samej, skurwysynu. Doskonale widzisz, że w demokracji ten instytucjonalny przymus, jako jedyny czynnik koordynujący działanie hordy biurokratycznej, jest za słaby i nie pozwala na takie naginanie rzeczywistości ekonomicznej, o jakiej sobie zamarzyłeś, faszystowski frustracie. Więc nawołujesz już całkiem świadomie do nowego lepszego faszyzmu, nowego planu gospodarczego dla Polski, gdzie archaiczne przesądy demoliberałów będą wyplenione. Czyż nie?
Kolejny fragment tej intelektualnej defekacji:
Polska, kontynuując dzieło transformacji, powinna powrócić na ścieżkę szybkiego wzrostu gospodarczego rzędu 5-7 proc. rocznie. Aby taka dynamika była długookresowa, rozwój społeczno-gospodarczy musi opierać się na czterech filarach: szybkim wzroście, sprawiedliwym podziale, korzystnej integracji i skutecznym państwie.
No nie ma bata, Polska powinna powrócić do szybkiego wzrostu i już! Też mi odkrycie. Popatrzcie jednak na te slogany: sprawiedliwy podział (oczywiście wg kryteriów Grzesia), korzystna integracja (cóż to za słowozlep? nie wiadomo), skuteczne państwo (czyli po prostu bardziej bezkarni urzędnicy).
Kroczenie taką ścieżką może doprowadzić do dochodu na mieszkańca ok. 35 tys. dol. (wg parytetu siły nabywczej) już w połowie następnej dekady.
No nie ma bata, po prostu musi doprowadzić, bo Grześ Kołodko tak mówi. Przypomnę ci więc, że w połowie następnej dekady dolar będzie wart tak mało, że spokojnie 35 tys. USD per capita przekroczymy, więc twój plan się ziści, choć może niekoniecznie w tej postaci, o jakiej śnisz mokre sny.
Wymaga to wszakże konsekwentnie realizowanej strategii zrównoważonego rozwoju, przy czym chodzi o równowagę w trzech fundamentalnych aspektach: równowaga ekologiczna (imperatyw przechodzenia na technologie materiało- i energooszczędne), równowaga społeczna (imperatyw mniejszego zróżnicowania w podziale dochodów i radykalnego ograniczenia zakresu wykluczenia społecznego, w tym bezrobocia), równowaga ekonomiczna (imperatyw kontrolowanego deficytu na rachunku obrotów bieżących oraz limitowany deficyt budżetu i zadłużenia publicznego).
No tutaj już mamy srogi ejakulat pełen sloganów i nowomowy. Oczywiście ani słowa o przedsiębiorczości, wzroście udziału sektora prywatnego, zaspokajaniu potrzeb konsumentów. Wszystko podporządkowane faszystowskiej wizji proroka Grzegorza, ciskającego imperatywy!
Jak więc rozumieć ten bełkot?
Równowaga ekologiczna - niestety, tylko rynek jest w stanie zdecydować, kiedy przejść na technologie bardziej materiało- i energooszczędne, a więc kiedy konsumenci będą dysponować na tyle dużą siłą nabywczą, by bez obniżenia swojej użyteczności nabywali produkty wykonane w droższej technologii. Ingerencja państwa w tym zakresie oznacza z jednej strony zubożenie konsumentów, odebranie im możliwości decydowania, a z drugiej - zakłócenie rynkowego procesu wdrażania nowych technologii wg rachunku ekonomicznego. Oczywiście ktoś taki, jak Grzegorz Kołodko, który nigdy nie prowadził własnej firmy z prawdziwego zdarzenia, takie pojęcia jak 'rachunek ekonomiczny' traktuje jak jakieś burżuazyjne zabobony. Wszak liczy się tylko IMPERATYW! Niestety, jak działa państwowy imperatyw w kwestii wdrażania tzw. zielonych technologii, to widać - zapaść przemysłu, spadek poziomu życia, gigantyczny wzrost kosztów utrzymania dla najmniej zarabiających.
dalej...
Równowaga społeczna - ograniczenie zakresu wykluczenia będzie niestety niemożliwe, jeśli wprowadzi się imperatyw równowagi ekologicznej, ale spójność logiczna nigdy nie była mocną stroną nazistowskich wypierdków jak Kołodko. Nie mogę też pojąć obsesji tych zwierząt na punkcie mniejszego zróżnicowania w podziale dochodów, tak, jakby istnienie ludzi bardzo bogatych, obok bogatych, średniozamożnych i najmniej zarabiających, było jakimś groteskowym, ohydnym wynaturzeniem. Przypomnę, że ludzie nie są równi, i ci najbardziej pracowici, przemyślni i obdarzeni talentem przedsiębiorczym, najlepiej są w stanie zaspokoić żądania konsumentów - więc stają się bardzo bogaci, bo konsumenci ich wynagradzają hojniej, niż innych uczestników rynku. Istnienie bardzo bogatych jest więc oznaką zdrowia gospodarki. Jak więc Kołodko zamierza zredukować to zróżnicowanie w podziale dochodów? Można się tylko domyślać, iż chodzi o ulubioną przez keynesistów EUTANAZJĘ rentierów...
Słowo-klucz - wykluczenie społeczne, w sumie nie wiadomo, o co chodzi. Wykluczony społecznie to był niewolnik w starożytnym Rzymie, parias w społeczeństwie kastowym, czy bezprizorny w sowieckiej Rosji - o więźniach Gułagów nie wspominając. We współczesnym kraju socjaldemokratycznym nikt nikogo społecznie nie wyklucza, wręcz przeciwnie - wszystkie państwowe instytucje wszak z tym mitycznym wykluczeniem walczą. Zwłaszcza przez dawanie nierobom pieniędzy, i tym podobne praktyki. Skutek jest właśnie taki, że zwiększa się liczba nierobów - a więc ilość gęb do wyżywienia, a produktywność gospodarki proporcjonalnie nie wzrasta, jak miałoby to miejsce w ustroju rynkowym, gdzie praca na rzecz konsumenta jest czymś normalnym. Reasumując, to państwo opiekuńcze wyklucza sporą część ludzi społecznie, przez dawanie zasiłków, co permanentnie wyrywa ich ze społecznego podziału pracy i integracji z życiem społeczności.
Znowuż jest to zagadnienie za trudne dla Kołodki, który woli opierać się na schematycznych hasłach, zamiast dogłębnie poznać zagadnienie.
Słuchaczom Radia Żelaza nie muszę też chyba tłumaczyć, że plaga bezrobocia to nieodłączny element państw opiekuńczych, w tym Polski, gdzie zasiłki dla bezrobotnych oraz wysokie pozapłacowe koszty pracy tworzą grupy ludzi, którym nie opłaca się pracować - oraz grupy przedsiębiorców, którym nie opłaca się nikogo zatrudnić. Abecadło ekonomii, poza intelektualnymi możliwościami profesora Kołodki.
Co mamy dalej?
Równowaga ekonomiczna - imperatyw kontrolowanego deficytu! Cóż za odkrycie, godne Nobla!! Ale dlaczegóż tylko kontrolowany deficyt, i przez kogo niby? Zakaz deficytu - zakaz zadłużania przyszłych pokoleń, to jest odpowiedź na problem długu publicznego, a nie jakieś półśrodki. No ale znowuż muszę się przyczepić do braków praktyki biznesowej Grzesia. Po prostu ten człowiek nie wie, że prywatna firma, której doradzałby "kontrolowany deficyt", po paru latach padłaby na pysk, ponieważ żaden inwestor nie finansowałby firmy tak finansowo niepłynnej. Ale że państwo może zdzierać z ludzi podatki przemocą, to dla Grzesia stan permanentnego zadłużenia jest czymś normalnym. Obywatel nie może sprzedać swych udziałów w tak źle zarządzanym państwie.
Cóż, w dalszej części artykułu Kołodko wreszcie napisał coś z sensem - a mianowicie, iż niezbędne jest [ekhm] 'względne zrównoważenie finansów publicznych' i redukcja wydatków. Niestety dodał, iż również zwiększenie dochodów poprzez podniesienie podatków. Ah, ci keynesiści, niewolnicy tegoż nieszczęsnego równania, nie rozumieją, że zasoby odciągane z gospodarki czy to poprzez podatki - czy poprzez wydatki rządu - to właśnie przyczyna gospodarczych niepowodzeń, niskiego realnego wzrostu, bezrobocia, małej konkurencyjności firm, załamania się eksportu itd. Im mniejszy budżet państwa, tym lepiej dla gospodarki, ponieważ wtedy może działać efektywnie prywatna przedsiębiorczość, zaspokajając żądania konsumentów. Ale jest chyba jasne, że dla Kołodki i reszty faszystów to nie konsument i jego szczęście są celem gospodarki, tylko IMPERATYWY wzięte kompletnie z powietrza, i mokrych snów o potędze proroka Grzegorza.
W dalszej części artykułu Kołodko wymienia 9 punktów granicznych planu dostosowania fiskalnego, ale to już pozostawiam słuchaczom do oceny i wyciągnięcia wniosków. Nie będzie to trudne.
Grzegorz Kołodko to typ człowieka, który w latach 30-stych tworzyłby jakże efektywne plany ożywienia gospodarki Niemiec przez jak najbardziej efektywną likwidację firm żydowskich i alokowanie uwolnionego w ten sposób kapitału, by minimalizować wykluczenie społeczne niemieckiej klasy robotniczej. Bo przecież mechanizmy rynkowe zawiodły, czyż nie?
On doskonale wie, że nie zawiodły - tylko nie pozwolono im działać. Nie pozwolono, by takie szuje jak on, na stanowiskach urzędniczych, mogły zabawiać się przestawianiem pionków na ekonomicznej szachownicy. Pogrobowiec Keynesa i Hitlera, Grzegorz Kołodko, to niebezpieczny szaleniec, nikczemny amoralny makiawelista, którego jedynym celem jest zniszczenie gospodarki rynkowej i oddanie władzy nad ludźmi biurokratycznej kaście Nadludzi, którym już nikt się nie sprzeciwi - a na tronie Naczelnego Planisty zasiądzie sam prorok Grzegorz.
Ty kurwo ty kurwo ty kurwo ty kurwo TY KURWO
piątek, 3 czerwca 2011
Banki z rezerwą cząstkową, łopatologicznie...
Spróbuję łopatologicznie...
Mam 10 uncji złota. Zanoszę je do oddziału Banku Amsterdamskiego z prostego powodu. Noszenie ze sobą na zakupy 10 uncji złota jest uciążliwe i niebezpieczne, poza tym musiałbym je dzielić na drobne części przy użyciu nożyc i kowadełka.
Dostaję w zamian z Banku certyfikat-banknot opiewający na 10 uncji złota. I teraz mogę iść na zakupy, używając banknotu jak mojego złota, ale nie będąc obciążonym złotem, i nie obawiając się że zgubię :lol: Kupuję coś za jedną uncję, to dostaję resztę w banknotach Banku Amsterdamskiego 5 oz i 2 po 2 oz. Handel kwitnie, złoto tkwi w skarbcach Banku, a my wymieniamy się jedynie tytułami własności do tego złota. Na koniec roku uiszczam roczną opłatę za korzystanie z tych udogodnień w usługach depozytowo-rozliczeniowych.
A teraz załóżmy, że mam te same 10 uncji złota, ale wszystkie banki działają w rezerwie cząstkowej.
Idę do takiego banku, dostaję certyfikat na 10 uncji złota. Ok, wszystko jak dawniej.
Ale bank, korzystając z tego, że nie wrócę po moje złoto, tylko będę używał jego banknotów (tytułów własności), natychmiast pożycza 90% mojego złota (9 uncji) Ziutkowi, również poprzez emisję swoich banknotów (tytułów własności) na 9 uncji (powiedzmy, jeden banknot 5 oz, 2 po 2 oz.). Ziutek idzie na zakupy, i ja idę na zakupy. Ja mam 10 uncji do dyspozycji, Ziutek ma 9 uncji. A skąd on ma 9 uncji? ano jego siła nabywcza powstała z powietrza, wskutek operacji kredytodawczej banku z pomocą mojego złota - którego tytuł własności mam też JA. Czyli Ziutek ma tytuł własności do 9 uncji mojego złota - i ja mam ten tytuł, w tym samym czasie! IMPOSYBYLIZM PRAWNY!
A jednak, takie są konsekwencje przywileju rezerwy cząstkowej.
Wydane banknoty - tytuły własności, niczym się nie różnią od siebie. Mój uprawniony banknot na 10 uncji, i banknoty Ziutka na nieistniejące złoto.
Wydaję 10 uncji na samochód, sprzedawca bierze moje 10 uncji. Ziutek wydaje swoje fiducjarne 9 uncji na wzmacniacz lampowy. Sprzedawca bierze jego banknot - tytuł własności do mojego złota. Siła nabywcza Ziutka, stworzona ex nihilo, wytworzyła popyt na dobro bez uprzedniego wytworzenia podaży innych dóbr. Zdarza się to oczywiście przy udzielaniu kredytu, tylko że wtedy oszczędzający powstrzymuje się od konsumpcji bieżącej - więc podaż nie jest obniżona przez to, co skonsumuje - starcza więc dla kredytobiorcy. W naszym przypadku ja nie powstrzymałem się od konsumpcji - wydałem moje 10 uncji złota za pośrednictwem banknotu, na samochód. Ziutek wydał z kolei 9 uncji MOJEGO złota za pośrednictwem swojego banknotu. Coś się nie bilansuje! W dodatku wywołuje to natychmiastową inflację - cena wzmacniaczy lampowych rośnie, natomiast nie spada cena innych dóbr, ponieważ nic nowego nie zostało wyprodukowane, ani ja nie powstrzymałem się od konsumpcji.
Teraz sprzedawca wzmacniaczy idzie do banku z banknotami Ziutka, odebrać swoje 9 uncji złota, bo nie ufa takim ścierwom jak Ziutek. Bankowi zostaje 1 uncja onegdaj mojego złota, które teraz prawnie należy się sprzedawcy samochodu, który kupiłem. On jednak nadal ufa mnie i mojemu banknotowi na 10 uncji. Funduje zań nową kuchnię żonie, płacąc fachowcom, a ci płacą podwykonawcom, i tak dalej - tym samym 10 uncji złota jest w obiegu, mimo iż w banku pozostała 1 uncja mojego dawnego złota, resztę wziął sprzedawca wzmacniacza Ziutka. W pewnym momencie oczywiście ktoś tę uncję zabierze, KTO PIERWSZY TEN LEPSZY, bo dla innych nie starczy i zostaną z bezwartościowymi banknotami - mimo iż pierwszy banknot, jaki został mnie wydany, był w 100% pokryty moim złotem.
I tak bank upada.
Ewidentnie oszustwo pojawia się już w momencie udzielenia Ziutkowi kredytu konsumpcyjnego.
Oczywiście to samo dzieje się przy kredytach inwestycyjnych, tam następuje inflacja cen czynników produkcji, ORAZ dóbr konsumpcyjnych - ponieważ deponenci nadal kupują dobra konsumpcyjne, myśląc, że ich złoto tkwi w skarbcu.
Stąd bzdurą jest konstatacja że podpisujący umowy depozytu-który-jest-pożyczką mają świadomość, iż udzielają tak naprawdę pożyczki, skoro wydają banknoty (albo płacą przelewem) na dobra konsumpcyjne, tym samym powodując niedobór realnych oszczędności na sfinansowanie projektów inwestycyjnych - fundowanych z kredytu pochodzącego z tych samych pieniędzy, które oni wydali na telewizory, kurwy, hamburgery i wakacje w tropikach.
Im bardziej skomplikowana, zaawansowana gospodarka - tym trudniej i wolniej tego typu oszustwa, a więc i zniekształcenia w strukturze produkcji, wychodzą na jaw - ale w końcu wychodzą, bo rynek jest nieomylny, i kryzysy są wówczas bardzo bolesne.
Przy optymistycznym założeniu, że w systemie wolnej bankowości z rezerwą cząstkową, tego typu oszustwa byłyby skutecznie kontrowane wzajemnymi rozliczeniami między bankami i odpływem złota z banków nadmiernie ekspandujących, nie wyeliminowałoby jednak w ogóle cykli koniunkturalnych, i kryzysy przychodziłyby z regularnością miesiączki - a pewna grupa ludzi nadal traciłaby część oszczędności, podczas gdy bankierzy i ci, co byli 'pierwsi więc lepsi', bogaciliby się kosztem latecomerów.
Ten ewidentnie nieefektywny system bankowy, prowadzący do redystrybucji (na mniejszą, niż dziś, ale zawsze istniejącą, skalę), należy zastąpić systemem stabilnym, ze 100% pokryciem depozytów na żądanie.
I żadne kruczki prawne, czy semantyczne, nie zmienią postaci rzeczy - dwóch ludzi z tytułami własności do tego samego złota, to nie jest normalna rzecz.
"Przyzwolenie na podwójną penetrację tej samej bladzi nie oznacza, że tak samo można dać się wyruchać przez bank!"
Mam 10 uncji złota. Zanoszę je do oddziału Banku Amsterdamskiego z prostego powodu. Noszenie ze sobą na zakupy 10 uncji złota jest uciążliwe i niebezpieczne, poza tym musiałbym je dzielić na drobne części przy użyciu nożyc i kowadełka.
Dostaję w zamian z Banku certyfikat-banknot opiewający na 10 uncji złota. I teraz mogę iść na zakupy, używając banknotu jak mojego złota, ale nie będąc obciążonym złotem, i nie obawiając się że zgubię :lol: Kupuję coś za jedną uncję, to dostaję resztę w banknotach Banku Amsterdamskiego 5 oz i 2 po 2 oz. Handel kwitnie, złoto tkwi w skarbcach Banku, a my wymieniamy się jedynie tytułami własności do tego złota. Na koniec roku uiszczam roczną opłatę za korzystanie z tych udogodnień w usługach depozytowo-rozliczeniowych.
A teraz załóżmy, że mam te same 10 uncji złota, ale wszystkie banki działają w rezerwie cząstkowej.
Idę do takiego banku, dostaję certyfikat na 10 uncji złota. Ok, wszystko jak dawniej.
Ale bank, korzystając z tego, że nie wrócę po moje złoto, tylko będę używał jego banknotów (tytułów własności), natychmiast pożycza 90% mojego złota (9 uncji) Ziutkowi, również poprzez emisję swoich banknotów (tytułów własności) na 9 uncji (powiedzmy, jeden banknot 5 oz, 2 po 2 oz.). Ziutek idzie na zakupy, i ja idę na zakupy. Ja mam 10 uncji do dyspozycji, Ziutek ma 9 uncji. A skąd on ma 9 uncji? ano jego siła nabywcza powstała z powietrza, wskutek operacji kredytodawczej banku z pomocą mojego złota - którego tytuł własności mam też JA. Czyli Ziutek ma tytuł własności do 9 uncji mojego złota - i ja mam ten tytuł, w tym samym czasie! IMPOSYBYLIZM PRAWNY!
A jednak, takie są konsekwencje przywileju rezerwy cząstkowej.
Wydane banknoty - tytuły własności, niczym się nie różnią od siebie. Mój uprawniony banknot na 10 uncji, i banknoty Ziutka na nieistniejące złoto.
Wydaję 10 uncji na samochód, sprzedawca bierze moje 10 uncji. Ziutek wydaje swoje fiducjarne 9 uncji na wzmacniacz lampowy. Sprzedawca bierze jego banknot - tytuł własności do mojego złota. Siła nabywcza Ziutka, stworzona ex nihilo, wytworzyła popyt na dobro bez uprzedniego wytworzenia podaży innych dóbr. Zdarza się to oczywiście przy udzielaniu kredytu, tylko że wtedy oszczędzający powstrzymuje się od konsumpcji bieżącej - więc podaż nie jest obniżona przez to, co skonsumuje - starcza więc dla kredytobiorcy. W naszym przypadku ja nie powstrzymałem się od konsumpcji - wydałem moje 10 uncji złota za pośrednictwem banknotu, na samochód. Ziutek wydał z kolei 9 uncji MOJEGO złota za pośrednictwem swojego banknotu. Coś się nie bilansuje! W dodatku wywołuje to natychmiastową inflację - cena wzmacniaczy lampowych rośnie, natomiast nie spada cena innych dóbr, ponieważ nic nowego nie zostało wyprodukowane, ani ja nie powstrzymałem się od konsumpcji.
Teraz sprzedawca wzmacniaczy idzie do banku z banknotami Ziutka, odebrać swoje 9 uncji złota, bo nie ufa takim ścierwom jak Ziutek. Bankowi zostaje 1 uncja onegdaj mojego złota, które teraz prawnie należy się sprzedawcy samochodu, który kupiłem. On jednak nadal ufa mnie i mojemu banknotowi na 10 uncji. Funduje zań nową kuchnię żonie, płacąc fachowcom, a ci płacą podwykonawcom, i tak dalej - tym samym 10 uncji złota jest w obiegu, mimo iż w banku pozostała 1 uncja mojego dawnego złota, resztę wziął sprzedawca wzmacniacza Ziutka. W pewnym momencie oczywiście ktoś tę uncję zabierze, KTO PIERWSZY TEN LEPSZY, bo dla innych nie starczy i zostaną z bezwartościowymi banknotami - mimo iż pierwszy banknot, jaki został mnie wydany, był w 100% pokryty moim złotem.
I tak bank upada.
Ewidentnie oszustwo pojawia się już w momencie udzielenia Ziutkowi kredytu konsumpcyjnego.
Oczywiście to samo dzieje się przy kredytach inwestycyjnych, tam następuje inflacja cen czynników produkcji, ORAZ dóbr konsumpcyjnych - ponieważ deponenci nadal kupują dobra konsumpcyjne, myśląc, że ich złoto tkwi w skarbcu.
Stąd bzdurą jest konstatacja że podpisujący umowy depozytu-który-jest-pożyczką mają świadomość, iż udzielają tak naprawdę pożyczki, skoro wydają banknoty (albo płacą przelewem) na dobra konsumpcyjne, tym samym powodując niedobór realnych oszczędności na sfinansowanie projektów inwestycyjnych - fundowanych z kredytu pochodzącego z tych samych pieniędzy, które oni wydali na telewizory, kurwy, hamburgery i wakacje w tropikach.
Im bardziej skomplikowana, zaawansowana gospodarka - tym trudniej i wolniej tego typu oszustwa, a więc i zniekształcenia w strukturze produkcji, wychodzą na jaw - ale w końcu wychodzą, bo rynek jest nieomylny, i kryzysy są wówczas bardzo bolesne.
Przy optymistycznym założeniu, że w systemie wolnej bankowości z rezerwą cząstkową, tego typu oszustwa byłyby skutecznie kontrowane wzajemnymi rozliczeniami między bankami i odpływem złota z banków nadmiernie ekspandujących, nie wyeliminowałoby jednak w ogóle cykli koniunkturalnych, i kryzysy przychodziłyby z regularnością miesiączki - a pewna grupa ludzi nadal traciłaby część oszczędności, podczas gdy bankierzy i ci, co byli 'pierwsi więc lepsi', bogaciliby się kosztem latecomerów.
Ten ewidentnie nieefektywny system bankowy, prowadzący do redystrybucji (na mniejszą, niż dziś, ale zawsze istniejącą, skalę), należy zastąpić systemem stabilnym, ze 100% pokryciem depozytów na żądanie.
I żadne kruczki prawne, czy semantyczne, nie zmienią postaci rzeczy - dwóch ludzi z tytułami własności do tego samego złota, to nie jest normalna rzecz.
"Przyzwolenie na podwójną penetrację tej samej bladzi nie oznacza, że tak samo można dać się wyruchać przez bank!"
wtorek, 31 maja 2011
System modalny w muzyce
Od lat próbuję ludzi nauczyć systemu modalnego, ale zazwyczaj nic nie kapują, i najczęściej słyszę właśnie coś takiego "ale przecież to wszystko to samo, bo te same dźwięki" itd.
Więc jeno parę spostrzeżeń:
1. Każda skala ma inny charakter brzmienia, który jest w stanie wychwycić nawet średnio wprawne ucho. Jeśli nie słyszysz różnicy między A eolską a A dorycką - przestań grać.
2. Skala, w której pisana jest melodia, determinuje użyte akordy - których zadaniem jest podkreślanie pewnych charakterystycznych elementów skali, lub robienie voicingów - dodatków uzupełniających melodię. Wszystko zależy od rodzaju muzyki - w jazzie voicingi typu bsus2, #11, b13 to norma. Natomiast kwestią fundamentalną jest sposób konstrukcji utworu. Jeśli jest to utwór pisany akordami, a tak było przez dużą część historii muzyki, i jest to sposób który w sumie dominuje w muzyce zachodniej - to melodia będzie wówczas podlegała akordom, i basista też powinien przyjąć rolę służebną wobec akordów i melodii, i co najwyżej podkreślać charakterystyczne dźwięki - już zdeterminowane przez kompozytora. Solista podczas solo ma więcej swobody, ale też jeśli sekcja trzyma się rygoru akordów, to w pewnym momencie już zacznie się gonienie w piętkę...
dlatego wymyślono podejście modalne!
3. W podejściu modalnym to skala dominuje i wyznacza reguły. Pod skalę pisane są akordy utworu, i to solista narzuca charakter harmoniczny, a nie sekcja. Jeśli utwór jest np. w D doryckiej - to jest, i sekcja ma grać takie voicingi, by uzupełniać solistę na D doryckiej, ale obie grupy mają znacznie więcej swobody.
To podejście, wymyślone najpierw w jazzie, rozpowszechniło się na całą muzykę, gdzie istnieje improwizacja, i daje znacznie ciekawsze efekty.
4. Czyli, pisząc utwór, piszemy skalami, akordy jedynie spełniają funkcję wspierającą, a nie strukturalną. Wówczas nie mamy następstw akordów, a "następstwa skal" (Satriani to tłumaczył w jednej lekcji), które sobie dobieramy w zależności od potrzeby. Znając charakter brzmienia danej skali, piszemy sobie np. że 2 takty w E frygijskiej, 1 takt w A pentatonice bluesowej, 1 takt w E pentatonice bluesowej. Mamy 4-taktowe solo na prostym schemacie I-I-IV-I, ale każdy takt ma przypisaną inną funkcję determinowaną użytą skalą. To oczywiście jeśli chodzi o solówkowanie. Sekcja wówczas ma wspierać i uzupełniać solistę, podkreślając charakter danej skali. Czyli na E frygijskiej dominuje akord e-moll, z dodaną septymą małą, i umiarkowanie dawkowaną sekundą małą dla podkreślenia frygijskości skali. Standardowego ruchu akordów tutaj nie ma, można co najwyżej w sekcji grać riff podkreślający przede wszystkim dźwięki E, D i F. I analogicznie na pozostałych skalach. Jeśli chcemy zachować specyficzne właściwości brzmieniowe każdej ze skal, to staramy się nie przedobrzać w sekcji, i trzymać się kluczowych dźwięków, więc przy pentatonikach nie wrzucamy z dupy nagle sekund czy sekst - szanujmy intencje kompozytora ;)
5. Co do komponowania piosenek w oparciu o skale, to jest trudniej, niż solówki, ponieważ jakoś ludzkie ucho jest bardziej przyzwyczajone do standardowego następstwa akordów w 2 popularnych gamach dur-moll. Ale zdarzają się popowe utwory, gdzie charakter skalarny (modalny) kompozycji jest ewidentny, zamierzony, i inteligentnie przemyślany. Np. "Fortress Around Your Heart" Stinga http://www.youtube.com/watch?v=Ct4C3B9kqkI
Zwrotka jest napisana z 3 zmianami skal, które jednocześnie zmieniają centra toniczne (choć nie jest to obowiązkowe - ale wprowadza mniej chaosu do uszu słuchacza). Najpierw mamy skalę dorycką G na akordzie Gm7/9sus4, ale tercja tej skali jest niesłyszalna - melodia zaczyna się na sekundzie (nonie), idzie przez kwartę do septymy - stąd akord jest narzucony taki, jaki jest - jest on grany bez tercji (seksta też jest pominięta z melodii btw). Potem następuje zmiana skali na Eb miksolidyjską, gdzie akord ma voicingi z tercją dużą-septymą małą oraz kwartą-sekstą dużą (no i kwintą), następującymi po sobie (typowe dla modalnych kompozycji). Podkreśla to durowy charakter akordu, ale i jego dominantowy (septyma mała) charakter. W melodii brakuje sekundy - czyli skala, pomimo ewidentnie miksolidyjskiego charakteru (średniowieczno-folkowe pobrzmienie), nie jest tak definitywnie określona - podstępny muzyk w sekcji mógłby pokusić się o dodanie sekundy małej na przykład, redefiniując skalę na charakter żydowski - choć byłoby to wbrew intencjom kompozytora raczej.
Kolejna zmiana na F# dorycką, akord F#m7/9sus4. Skąd wiem, że to dorycka? Ano teraz melodia zaczyna się od kwinty, leci przez septymę i SEKSTĘ, ewidentnie wskazując na dorycki charakter. Zahacza też w pewnym momencie o tercję małą (G#), więc wiem że to skala dorycka a nie miksolidyjska (które różnią się właśnie tylko tym, że dorycka ma tercję małą, więc bardziej smutny wydźwięk). Ktoś spyta - skąd wiedziałem, że pierwszy takt był w doryckiej, skoro tam tercja i seksta były pominięte. Seksta faktycznie była niezdefiniowana, ale tercję sprytnie podkreślał bas, grając riff na dźwiękach G,A#,F - tak więc widzicie, bas jest niezastąpiony w takich sytuacjach, gdy gitary/klawisze grają otwarte astralne akordy z noną i kwartą, gdzie tercja by się gryzła - wówczas bas akcentuje tercję, definiując molowość akordu i skali. Bez tej roli faktycznie bylibyśmy w kropce trochę. Ale pamiętać też należy o intencji kompozytora - akurat w tym utworze słychać, że przeplatają się skale dorycka z miksolidyjską - skale krewniacze, różniące się tylko tym, że pierwsza jest molowa, a druga durowa - ale obie będące średniowieczno-folkowymi skalami z perfekcyjną kwartą, o charakterystycznym brzmieniu. Utwór ma średniowieczny charakter, tekst też nawiązuje do symboliki średniowiecza - wszystko jest logiczne tutaj. Dlatego nawet, jakby bas nie grał tercji w pierwszym takcie w tonacji G - to możnaby przyjąć, że mamy do czynienia ze skalą dorycką, gdyby saksofonista czy trębacz chcieli zapodać jakiś wtręt.
No i ostatnia zmiana przed refrenem, na H miksolidyjską, voicingi znów tercja-septyma mała, kwarta-seksta duża, i pominięcie sekundy w linii melodycznej. Bas w tych zmianach gra kwinty i septymy głównie.
Refren to już typowy popowy refren z sekwencją akordów równie dominującą, co melodia (napisana w e-moll), więc nie jest to już podejście modalne, choć miksolidyjski charakter brzmienia nadal jest akcentowany w akordach wieńczących sekwencję (D-dur, a więc funkcyjnie będący fundamentem skali D miksolidyjskiej). Na uwagę jedynie zwraca nawet fajna modulacja na końcu refrenu, z C-dur na c-moll i rozwiązująca się w tonice g-moll głównego riffu/początku zwrotki, ale to nie jest temat naszej rozprawki.
Tak więc, reasumując, system modalny nie jest czymś bardzo skomplikowanym, ale też nie należy się przejmować, że nic się z niego nie kapuje ;). Jeśli ktoś nie jest kompozytorem, to i tak nie ogarnie całości w krótkim czasie, a jako basistę interesować go powinny tylko elementy istotne - czyli kiedy zagrać tercję, kiedy ją pominąć, analogicznie - sekundę, itd.
A więc kiedy grany jest riff w jednej tonacji, bez typowej sekwencji akordów, to mamy podejście modalne. Basista szybciochem rozkminia czy to skala molowa, czy durowa - i dopasowuje swoją partię. Bezpiecznie jest wówczas grać kwintę, septymę małą (rzadko modalne pochody pod solo są na skalach z dźwiękiem prowadzącym), a tercję to już zależy - w bluesie klasycznie mamy w tej materii niedopowiedzenie. Jeśli solista sobie zmienia skale, czyniąc niemałe spustoszenie w umyśle słuchaczy, to albo sobie z nim ustalimy, jakie skale gra faktycznie - i wtryniamy odpowiednie voicingi w odpowiednich momentach - albo nie przejmujemy się i gramy prymę, kwintę i septymę do usranej śmierci.
Dobra, jeszcze odniosę się do tej nieszczęsnej progresji akordów z pierwszego postu.
Wszystko zależy od faktycznego charakteru utworu. Jeśli ta progresja jest dość szybka, to traktujemy to jako utwór z toniką w C dur o danej sekwencji akordów (którą zresztą, jako basiści, możemy nagiąć pod nasze dyktando - czyli grając zamiast C,D,E,F... C, G, A, D - zmieniając tym samym akordy w C-dur, G7, Am7/9, Dm7/9, itp). To, co grają koledzy w sekcji, wpływa na ilość swobody, której możemy się dopuścić - ale harmonika utworu jest w zasadzie z góry ustalona.
Ale jeśli progresja jest raczej wolna (jedna zmiana akordu na takt powiedzmy), to możemy to zinterpretować, jako UTWÓR MODALNY, i każdy akord potraktować jako centrum modalne, a więc zmieniając skalę i tonację (jak w Fortress Around Your Heart), po kolei C jońska, D dorycka, E frygijska - ALBO dowolna inna skala o danym charakterze dur-moll - czyli zamiast jońskiej, lidyjska; zamiast doryckiej - melodyczna mollowa, itp. Zależy to oczywiście od tego, co gra sekcja, bo jeśli narzuca septymy, to pozamiatane, i jedziemy standardowo - a wtedy zabawa mniej ciekawa. Dotyczy to solisty. Basista, cóż, prymka-kwinta-tercja jest najbezpieczniej, chyba że od razu usłyszy, że np. na akordzie D solista pojechał w D całotonowej, to kwinta odpada ;)
No, ale mniejsza z tym. To führer zespołu powinien decydować o ostatecznym kształcie harmonicznym, a więc o tym, czy sekcji wolno grać tylko proste akordy, czyli improwizować z voicingami jak chcą pod solistę, czy raczej solista ma improwizować pod konkretne voicingi już ustalone.
Wtedy basista na końcu decyduje, co faktycznie ma grać, i gdzie pozostawiono mu trochę swobody, by dorzucić jakąś podstępną sekstę, co wywróci modalny porządek co nieco :>
Właściwie to niech lepiej nikt tego nie czyta.
Więc jeno parę spostrzeżeń:
1. Każda skala ma inny charakter brzmienia, który jest w stanie wychwycić nawet średnio wprawne ucho. Jeśli nie słyszysz różnicy między A eolską a A dorycką - przestań grać.
2. Skala, w której pisana jest melodia, determinuje użyte akordy - których zadaniem jest podkreślanie pewnych charakterystycznych elementów skali, lub robienie voicingów - dodatków uzupełniających melodię. Wszystko zależy od rodzaju muzyki - w jazzie voicingi typu bsus2, #11, b13 to norma. Natomiast kwestią fundamentalną jest sposób konstrukcji utworu. Jeśli jest to utwór pisany akordami, a tak było przez dużą część historii muzyki, i jest to sposób który w sumie dominuje w muzyce zachodniej - to melodia będzie wówczas podlegała akordom, i basista też powinien przyjąć rolę służebną wobec akordów i melodii, i co najwyżej podkreślać charakterystyczne dźwięki - już zdeterminowane przez kompozytora. Solista podczas solo ma więcej swobody, ale też jeśli sekcja trzyma się rygoru akordów, to w pewnym momencie już zacznie się gonienie w piętkę...
dlatego wymyślono podejście modalne!
3. W podejściu modalnym to skala dominuje i wyznacza reguły. Pod skalę pisane są akordy utworu, i to solista narzuca charakter harmoniczny, a nie sekcja. Jeśli utwór jest np. w D doryckiej - to jest, i sekcja ma grać takie voicingi, by uzupełniać solistę na D doryckiej, ale obie grupy mają znacznie więcej swobody.
To podejście, wymyślone najpierw w jazzie, rozpowszechniło się na całą muzykę, gdzie istnieje improwizacja, i daje znacznie ciekawsze efekty.
4. Czyli, pisząc utwór, piszemy skalami, akordy jedynie spełniają funkcję wspierającą, a nie strukturalną. Wówczas nie mamy następstw akordów, a "następstwa skal" (Satriani to tłumaczył w jednej lekcji), które sobie dobieramy w zależności od potrzeby. Znając charakter brzmienia danej skali, piszemy sobie np. że 2 takty w E frygijskiej, 1 takt w A pentatonice bluesowej, 1 takt w E pentatonice bluesowej. Mamy 4-taktowe solo na prostym schemacie I-I-IV-I, ale każdy takt ma przypisaną inną funkcję determinowaną użytą skalą. To oczywiście jeśli chodzi o solówkowanie. Sekcja wówczas ma wspierać i uzupełniać solistę, podkreślając charakter danej skali. Czyli na E frygijskiej dominuje akord e-moll, z dodaną septymą małą, i umiarkowanie dawkowaną sekundą małą dla podkreślenia frygijskości skali. Standardowego ruchu akordów tutaj nie ma, można co najwyżej w sekcji grać riff podkreślający przede wszystkim dźwięki E, D i F. I analogicznie na pozostałych skalach. Jeśli chcemy zachować specyficzne właściwości brzmieniowe każdej ze skal, to staramy się nie przedobrzać w sekcji, i trzymać się kluczowych dźwięków, więc przy pentatonikach nie wrzucamy z dupy nagle sekund czy sekst - szanujmy intencje kompozytora ;)
5. Co do komponowania piosenek w oparciu o skale, to jest trudniej, niż solówki, ponieważ jakoś ludzkie ucho jest bardziej przyzwyczajone do standardowego następstwa akordów w 2 popularnych gamach dur-moll. Ale zdarzają się popowe utwory, gdzie charakter skalarny (modalny) kompozycji jest ewidentny, zamierzony, i inteligentnie przemyślany. Np. "Fortress Around Your Heart" Stinga http://www.youtube.com/watch?v=Ct4C3B9kqkI
Zwrotka jest napisana z 3 zmianami skal, które jednocześnie zmieniają centra toniczne (choć nie jest to obowiązkowe - ale wprowadza mniej chaosu do uszu słuchacza). Najpierw mamy skalę dorycką G na akordzie Gm7/9sus4, ale tercja tej skali jest niesłyszalna - melodia zaczyna się na sekundzie (nonie), idzie przez kwartę do septymy - stąd akord jest narzucony taki, jaki jest - jest on grany bez tercji (seksta też jest pominięta z melodii btw). Potem następuje zmiana skali na Eb miksolidyjską, gdzie akord ma voicingi z tercją dużą-septymą małą oraz kwartą-sekstą dużą (no i kwintą), następującymi po sobie (typowe dla modalnych kompozycji). Podkreśla to durowy charakter akordu, ale i jego dominantowy (septyma mała) charakter. W melodii brakuje sekundy - czyli skala, pomimo ewidentnie miksolidyjskiego charakteru (średniowieczno-folkowe pobrzmienie), nie jest tak definitywnie określona - podstępny muzyk w sekcji mógłby pokusić się o dodanie sekundy małej na przykład, redefiniując skalę na charakter żydowski - choć byłoby to wbrew intencjom kompozytora raczej.
Kolejna zmiana na F# dorycką, akord F#m7/9sus4. Skąd wiem, że to dorycka? Ano teraz melodia zaczyna się od kwinty, leci przez septymę i SEKSTĘ, ewidentnie wskazując na dorycki charakter. Zahacza też w pewnym momencie o tercję małą (G#), więc wiem że to skala dorycka a nie miksolidyjska (które różnią się właśnie tylko tym, że dorycka ma tercję małą, więc bardziej smutny wydźwięk). Ktoś spyta - skąd wiedziałem, że pierwszy takt był w doryckiej, skoro tam tercja i seksta były pominięte. Seksta faktycznie była niezdefiniowana, ale tercję sprytnie podkreślał bas, grając riff na dźwiękach G,A#,F - tak więc widzicie, bas jest niezastąpiony w takich sytuacjach, gdy gitary/klawisze grają otwarte astralne akordy z noną i kwartą, gdzie tercja by się gryzła - wówczas bas akcentuje tercję, definiując molowość akordu i skali. Bez tej roli faktycznie bylibyśmy w kropce trochę. Ale pamiętać też należy o intencji kompozytora - akurat w tym utworze słychać, że przeplatają się skale dorycka z miksolidyjską - skale krewniacze, różniące się tylko tym, że pierwsza jest molowa, a druga durowa - ale obie będące średniowieczno-folkowymi skalami z perfekcyjną kwartą, o charakterystycznym brzmieniu. Utwór ma średniowieczny charakter, tekst też nawiązuje do symboliki średniowiecza - wszystko jest logiczne tutaj. Dlatego nawet, jakby bas nie grał tercji w pierwszym takcie w tonacji G - to możnaby przyjąć, że mamy do czynienia ze skalą dorycką, gdyby saksofonista czy trębacz chcieli zapodać jakiś wtręt.
No i ostatnia zmiana przed refrenem, na H miksolidyjską, voicingi znów tercja-septyma mała, kwarta-seksta duża, i pominięcie sekundy w linii melodycznej. Bas w tych zmianach gra kwinty i septymy głównie.
Refren to już typowy popowy refren z sekwencją akordów równie dominującą, co melodia (napisana w e-moll), więc nie jest to już podejście modalne, choć miksolidyjski charakter brzmienia nadal jest akcentowany w akordach wieńczących sekwencję (D-dur, a więc funkcyjnie będący fundamentem skali D miksolidyjskiej). Na uwagę jedynie zwraca nawet fajna modulacja na końcu refrenu, z C-dur na c-moll i rozwiązująca się w tonice g-moll głównego riffu/początku zwrotki, ale to nie jest temat naszej rozprawki.
Tak więc, reasumując, system modalny nie jest czymś bardzo skomplikowanym, ale też nie należy się przejmować, że nic się z niego nie kapuje ;). Jeśli ktoś nie jest kompozytorem, to i tak nie ogarnie całości w krótkim czasie, a jako basistę interesować go powinny tylko elementy istotne - czyli kiedy zagrać tercję, kiedy ją pominąć, analogicznie - sekundę, itd.
A więc kiedy grany jest riff w jednej tonacji, bez typowej sekwencji akordów, to mamy podejście modalne. Basista szybciochem rozkminia czy to skala molowa, czy durowa - i dopasowuje swoją partię. Bezpiecznie jest wówczas grać kwintę, septymę małą (rzadko modalne pochody pod solo są na skalach z dźwiękiem prowadzącym), a tercję to już zależy - w bluesie klasycznie mamy w tej materii niedopowiedzenie. Jeśli solista sobie zmienia skale, czyniąc niemałe spustoszenie w umyśle słuchaczy, to albo sobie z nim ustalimy, jakie skale gra faktycznie - i wtryniamy odpowiednie voicingi w odpowiednich momentach - albo nie przejmujemy się i gramy prymę, kwintę i septymę do usranej śmierci.
Dobra, jeszcze odniosę się do tej nieszczęsnej progresji akordów z pierwszego postu.
Wszystko zależy od faktycznego charakteru utworu. Jeśli ta progresja jest dość szybka, to traktujemy to jako utwór z toniką w C dur o danej sekwencji akordów (którą zresztą, jako basiści, możemy nagiąć pod nasze dyktando - czyli grając zamiast C,D,E,F... C, G, A, D - zmieniając tym samym akordy w C-dur, G7, Am7/9, Dm7/9, itp). To, co grają koledzy w sekcji, wpływa na ilość swobody, której możemy się dopuścić - ale harmonika utworu jest w zasadzie z góry ustalona.
Ale jeśli progresja jest raczej wolna (jedna zmiana akordu na takt powiedzmy), to możemy to zinterpretować, jako UTWÓR MODALNY, i każdy akord potraktować jako centrum modalne, a więc zmieniając skalę i tonację (jak w Fortress Around Your Heart), po kolei C jońska, D dorycka, E frygijska - ALBO dowolna inna skala o danym charakterze dur-moll - czyli zamiast jońskiej, lidyjska; zamiast doryckiej - melodyczna mollowa, itp. Zależy to oczywiście od tego, co gra sekcja, bo jeśli narzuca septymy, to pozamiatane, i jedziemy standardowo - a wtedy zabawa mniej ciekawa. Dotyczy to solisty. Basista, cóż, prymka-kwinta-tercja jest najbezpieczniej, chyba że od razu usłyszy, że np. na akordzie D solista pojechał w D całotonowej, to kwinta odpada ;)
No, ale mniejsza z tym. To führer zespołu powinien decydować o ostatecznym kształcie harmonicznym, a więc o tym, czy sekcji wolno grać tylko proste akordy, czyli improwizować z voicingami jak chcą pod solistę, czy raczej solista ma improwizować pod konkretne voicingi już ustalone.
Wtedy basista na końcu decyduje, co faktycznie ma grać, i gdzie pozostawiono mu trochę swobody, by dorzucić jakąś podstępną sekstę, co wywróci modalny porządek co nieco :>
Właściwie to niech lepiej nikt tego nie czyta.
środa, 25 maja 2011
KELTHUZ - Jedyny i Jego Stalmoc [2011]
卐 Daj Nam Iść, Swantewit
卐 Pieśń Ojców
卐 Golden Brown (The Stranglers)
卐 Pieśń Żerców
卐 Ostatni Poganin (inspirowane filmem Ostatni Mohikanin)
卐 Marsz Słowian
卐 Tajemna Wyprawa
卐 Poganie My!
卐 Powrócisz, Masławie!
卐 Siewca Wojny
卐 Dumni Synowie Gromu
Wszystko w aranżacji na bas, wokal i chóry. Rustykalno-pogański klimat, powinien spodobać się stirnerystom jak i poststrukturalistom, acz epicki kult wylewa się również z każdym dźwiękiem.
Album jest maksymalnie libertariański - brak narzuconej odgórnie tracklisty! Można słuchać w dowolnej kolejności!
LINK do płyty na rapidshare:
KLIK
Sława! o/o/o/
Promujący płytę singiel DAJ NAM IŚĆ, SWANTEWIT!
_____________________
Recenzja pana Igorolecha:
Łoł, powiem szczerze - wg mnie to jest najlepszy album Kelthuza.
Po pierwsze - słychać, że Kelthuz w końcu nauczył się porządnie śpiewać - i piszę to bez złośliwości.
Po drugie - są nowe wersje starych utworów, jak Pieśń Żerców i Dumni Synowie Gromu, które są bardziej rozbudowane i, po prostu, lepsze. Pieśni Żerców, o ile dobrze pamiętam, to już chyba piąta wersja (było słynne demo, którego nigdzie nie można już znaleźć, wersja weselna, wersja bluegrass i standardowa) i ta wersja jest na razie wg mnie najlepsza, ale chętnie bym jeszcze usłyszał coś takiego jak wersja pierwsza - szybki bas i dynamiczne przejścia. Chyba Powrócisz, Masławie kiedyś było, ale nie porównam ze starą, bo po prostu już nawet nie pamiętam jak brzmiała.
Po trzecie - nowe kawałki są bardzo dobre, a cover Golden Brown jest jednym z niewielu dowodów na to, że cover może być dobry.
Instrumentalna Tajemna Wyprawa jest bardzo dobra, polecam. Jedyne, co mi się nie podoba w tej piosence to tytuł.
Ale jak wiadomo, nie ma ideałów. Mam do płyty dwa zastrzeżenia: pierwsze to echo basu - nie wiem czy to delay, który był planowany czy jakieś niedopatrzenie, ale mi akurat się nie podoba, chociaż to rzeczywiście trochę czepianie się bo aż tak nie psuje to ogólnego wrażenia. Druga sprawa, to chętnie usłyszałbym ze dwa-trzy szybsze kawałki, wszystkie piosenki na płycie to hymny - bardzo dobre, ale jakaś siekiera też by się przydała.
Jedyny i jego stalmoc to świetna płyta, nie tylko dobrze wkręca w klimaty słowiańskie i pogańskie, ale jest bardzo dobra w ogóle. Na pewno nie powinno jej zabraknąć na dobrym ognisku, sesji RPG czy w samochodzie na trasie Wrocław-Warszawa o 2-giej w nocy. Ja oceniam płytę na 5 z minusem w skali szkolnej.
środa, 11 maja 2011
Głosować na KELTHUZZAR!
Poproszę o zagłosowanie SMSem na KELTHUZZARA w konkursie na najlepszego kieleckiego wykonawcę hardrock/metal poprzez wysłanie smsa treści HARDROCK.4 na numer 71466
piątek, 6 maja 2011
Radio IRON special edition #4 (ENG) - Libertarianism as voluntary coexistence
Radio Iron, special edition. Radical Polish libertarian radio.
Hello. This is Kelthuz speaking, and this is the first edition of Radio Iron entirely in English, for the broad libertarian international audience.
Yes, I am a libertarian. That is, a lover of liberty, a defender of liberty, the one who lives free and dies free.
The reason for this particular edition of my show, is the image of us, libertarians, among the enemies of freedom. There is a user on YouTube, called VampiressOnDaProwlq, and she seems to be some antilibertarian troll, leading a pack of trolls, set for total harrying down of liberty lovers on the internet. Her main point against us, is that (I'm not making this up) libertarians are passive-aggressive sociopaths, who need to learn, that they have obligations and duties to our society, and cannot and may not be left alone by the coercive apparatus of the total state, I mean - society.
Well, if it doesn't sound like a Hitler speech, then it surely sounds like a Stalin speech.
Let me then assure you all, who are worried about our psyche, that lovers of liberty are definitely not passive-aggressive sociopaths. We, on the contrary, do not invoke aggression against our neighbours; we do not wish them to be forcefully associated with us against their will; we consider it immoral to take away people's money, to fund bureaucratic machine of forceful socialization of population; we are a peaceful bunch. We rely on voluntary association and voluntary contracts; we do not seek refuge from the society; far from that - under libertarian order, society is blooming, as people are not prodded around by bureaucrats and politicians forcing their government projects on them, but they act according to their own wills, desires and dreams. You are not wiser, you are not gods, you cannot plan our life for us. We need liberty and secure private property, so that we can follow our own paths. This is the civilized way. this is the way of a rational and progressive society. Not the law of the gun, the law of force. Force never works, it can never bring prosperity and progress. Only unfettered human action, driven by profit, a rational self-interest, can enhance every individual life. Every one of us has a different set of values, and no government bureaucrat can quantize them to fit into some rigid bureaucratic pattern or form. So there is no possible way for a forceful intervention to increase welfare of everyone. Only through the market process can each individual follow his own set of values to reach them, through the coordinating environment of market signals, prices, and cooperation with other participants. It is the invisible hand - but the results are visible to everyone. It is the crux of human action - we act only if we consider our current state unsatisfactory, and we want to change it for the better. To do it, we need the freedom to act, and the market environment to coordinate our action with other people, through the informative signals produced by the market - profits, losses, prices, namely: economic account. The enemies of freedom usually say, that this is filthy materialistic reasoning, and we need to think in other terms than money. But let me assure you - if we drop the monetary accounting, drop economic thinking altogether, then there is no way that an advanced economy would make it possible for every individual to follow his values. Why? Precisely because his values are subjective and cannot be articulated to other human being without the help of the market process. The only thing left is: either good will of the others, or sheer force. Good will has limits, and two people unknown to each other cannot be forced to be benevolent towards each other, especially when there are high stakes involved. How can you insure a contract, based only on good will? So the only alternative would be force - setting one group of people against the other, so the vanquished ones would do the bidding of a new master race. A return to barbarism. And this would be the result of non-materialistic, non-economic, non-monetary way of approaching human civilization. The way of the barbarian - is the way of the socialist. Never forget that.
And by socialism, I mean every form of collectivism, and every form of government based on aggression, that is - contradiction of libertarian, non-aggression principle. Taxes, regulations, democratic form of forcing laws upon the individual, draft, wars, tariffs, etc. - it is all aggression against the sovereign individual. This has to stop, unless we value our civilization no longer. Then there would be nothing else to do, than to KILL OURSELVES!
sobota, 23 kwietnia 2011
Ideologia młodego lewaka
@Arjozof Spytam jeszcze raz, czy Ty czytasz to co piszesz? Misesa i Hayeka nikt dziś nie bierze na poważnie człowieku, poza sektami w postaci kurwinistów. Obaj nie sięgają do pięt Keynesowi, którego idee były wcielone w życie i sprawdzały się świetnie. Oczywiście tylko do pewnego czasu, bo "kapitalizm z ludzką twarzą" to był twór tymczasowy, mający zneutralizować klasę robotniczą. Gdy tylko się udało, wrócono do rozwiązań liberalnych, które po 30 latach poniosły totalną klęskę.
autorem jest ten jegomość:
PROFIL NA YOUTUBE
Myślę, że wszelki komentarz jest zbędny. Wiecie, co macie robić :>
wtorek, 5 kwietnia 2011
Akapowe przemyślenia...
Fragment listu, który napisałem w odpowiedzi jednemu użytkownikowi YT na kwestie związane z anarchokapitalizmem:
To prawda, że wizja wolnorynkowego anarchizmu jest utopijna, i na tym polega utopia - że mamy jasno zdefiniowany cel, do którego dążymy, wybierając najlepsze rozwiązania, ale nie idąc na kompromisy, które zawracają nas z tej drogi. Czyli np. popieramy obniżki podatków, ale już nie obniżkę jednego, a podniesienie drugiego.
Państwo minimalne - a więc takie, którego jedynym zadaniem jest ochrona praw własności i nietykalności osobistej, wg teoretyków libertariańskiego anarchizmu, właśnie jest znacznie bardziej utopijne, niż pełna anarchia - głównie z tego względu, o jakim piszesz - chęć władzy. Były w historii wielokrotnie próby ustanowienia "moralnego" państwa minimum, nawet ograniczano je bardzo racjonalną, wolnościową konstytucją (jak przy założeniu USA) - a efekty długofalowe widzimy na własne oczy. Państwo się rozrosło do gigantycznych rozmiarów, i obecnie Konstytucja USA jest bezczelnie lekceważona. Tak też ten eksperyment po prostu nie wypalił. Póki istnieje monopol państwa na opodatkowywanie ludzi i stosowanie przymusu siłowego - póty wolność zawsze będzie zagrożona, w myśl zasady "Władza korumpuje - a władza absolutna korumpuje absolutnie".
Stąd też obawy, że w porządku anarchicznym bogaci uzyskają zbyt duży dostęp do władzy, jest tak naprawdę obawą przed państwem minimum - i to uzasadnioną, gdyż demontowanie wolności w USA zaczęło się właśnie od tego, że bogaci finansiści MOGLI przekupić państwowych urzędników i ustawodawców, by pisali prawo pod ich dyktando. W porządku anarchicznym takich instytucji możliwych do skorumpowania nie będzie. Policentryzm prawny spowoduje, że nawet przekupienie jednego sędziego nie spowoduje zepsucia prawa, gdyż gdy przekupstwo wyjdzie na jaw - natychmiast straci on reputację i współpracujące z nim agencje rozstrzygania sporów stracą klientów, którzy przeniosą się do konkurencji. Spróbuj skorzystać z konkurencji teraz ;) Kontrola ze strony konsumenta zawsze jest najskuteczniejsza, gdyż to JEGO pieniądze i JEGO interes jest położony na szali.
Co do opieki zdrowotnej, to chyba zgodzimy się, że nie chcielibyśmy, by biedni umierali na ulicach, prawda? Ludzie, zwłaszcza gdy są wolni, i nie rabuje im się przymusowo pieniędzy, stają się znacznie bardziej empatyczni i łaskawsi - wobec tego nie brakowałoby pieniędzy na charytatywne fundacje, zajmujące się pomocą najuboższym - zresztą historycznie robił to zawsze kościół, i robił to skutecznie, o ile ustrój polityczny nie wywracał do góry nogami struktury bodźców w społeczeństwie - czyli nie narzucał idei państwa opiekuńczego, które miałoby zastąpić dobrowolne, prywatne miłosierdzie. Stąd też nie martwię się zupełnie o opiekę zdrowotną, zwłaszcza, że w pełni wolnorynkowym systemie ceny usług medycznych będą znacznie niższe, a ciągłe nakłady inwestycyjne w tym sektorze będą prowadzić do jeszcze lepszej jakości. Obecnie się to nie dzieje, gdyż cała opieka medyczna jest właściwie państwowa, więc nie istnieją żadne bodźce by w nią inwestować. Prywatny właściciel natomiast, motywowany chęcią zysku i istnieniem konkurencji, będzie starał się najbardziej optymalnie zarządzać szpitalem, kliniką, itd.
Co do średniowiecza, to istnieje wiele mitów związanych z tym okresem. Ale nawet w Polsce ten mityczny "ucisk" chłopów zaczął się nie w średniowieczu, lecz w epoce nowożytnej - gdy średniowieczny ład feudalnej decentralizacji został zastąpiony scentralizowaną władzą królewską. Średniowiecze było wręcz upstrzone niespotykanymi później wolnościami, natomiast jak tylko silne duże państwo się pojawiło, zaczął się terror, który Europę kosztował przynajmniej 200 lat rozwoju gospodarczego. Wyobraź sobie, że w późnym średniowieczu wolne miasta (było coś takiego, właśnie takie na poły anarchiczne enklawy wysokiego rozwoju cywilizacyjnego) były miejscami, gdzie narodził się nowoczesny kapitalizm, z rozwiniętym sektorem usług finansowych - który to mógł już finansować długookresowe inwestycje w całej Europie, a więc przemysł mogący wyciągnąć z nędzy miliony istnień. Nie byłoby przeszkód ku temu, gdyby właśnie nie tendencje do centralizacji władzy w rękach królów, kosztem wolnych miast czy książąt oraz Kościoła. Tyranom pomogła też reformacja - protestanckie nurty religijne były bardzo bałwochwalcze wobec osoby władcy, więc królowie, by scementować swoją władzę, przyjmowali luteranizm, stawali się głowami narodowych kościołów, i wówczas demonopolizacyjny wpływ, jaki miał na władzę świecką Kościół Rzymskokatolicki - znikał. Monarcha mógł robić wszystko, nie obawiając się ekskomuniki, czy sprzeciwu katolickich poddanych. To rozpoczęło nowożytną epokę wielkiego rządu i doktryny ekonomicznej, zwanej merkantylizmem - dziś nazwalibyśmy to mieszaniną socjalizmu, faszyzmu i korporacjonizmu. I wtedy zaczął się ucisk chłopów, odbieranie im ziemi (no wicie, "rozwój musi być"), łamanie praw własności, dawanie przywilejów wybranym grupom (kupcom, fabrykantom), granty ziemi, subsydia, dotacje, zaporowe cła - wszystko uderzało w zwykłych ludzi, konsumentów, którzy musieli pracować przez to dłużej i ciężej, by znieść wszelkie obciążenia podatkowe i parapodatkowe. Zyskiwały tylko faworyzowane grupy. I tak jest do tej pory, nietrudno zauważyć. Rewolucja amerykańska w 1776 r. była właśnie rewolucją przeciwko temu systemowi, wywołana sprzeciwem wobec nadmiernych podatków (nie wynoszących nawet 10% tego, co my teraz płacimy na tych skurczybyków).
Wracając jeszcze do tej zgubnej chęci władzy - gdy nie ma czym rządzić, i nie ma kto wykonywać rozkazów - to to rozwiązuje znaczną część tego problemu. W ustroju opartym wyłącznie o własność prywatną, gdzie jej naruszanie jest surowo i bezlitośnie karane; gdzie każdy ma broń lub możliwość siłowej obrony swojej własności; gdzie cała struktura społeczna oparta jest o sieć niezliczonych, dobrowolnych powiązań, kontraktów; gdzie niezakłócenie funkcjonuje rynek i jego instytucje - tam nawet gdy wrogie państwo podbije taki kraj, to niczego nie osiągnie, oprócz strat: bo nie ma kto zbierać podatków, bo nie ma administracji którą da się obsadzić, bo każdy jest wrogi i dysponuje śmiertelną siłą ognia, bo nie ma kogo skłócić. Okupant takiego kraju musiałby się wycofać, inaczej bardzo szybko zbankrutowałby.
To prawda, że wizja wolnorynkowego anarchizmu jest utopijna, i na tym polega utopia - że mamy jasno zdefiniowany cel, do którego dążymy, wybierając najlepsze rozwiązania, ale nie idąc na kompromisy, które zawracają nas z tej drogi. Czyli np. popieramy obniżki podatków, ale już nie obniżkę jednego, a podniesienie drugiego.
Państwo minimalne - a więc takie, którego jedynym zadaniem jest ochrona praw własności i nietykalności osobistej, wg teoretyków libertariańskiego anarchizmu, właśnie jest znacznie bardziej utopijne, niż pełna anarchia - głównie z tego względu, o jakim piszesz - chęć władzy. Były w historii wielokrotnie próby ustanowienia "moralnego" państwa minimum, nawet ograniczano je bardzo racjonalną, wolnościową konstytucją (jak przy założeniu USA) - a efekty długofalowe widzimy na własne oczy. Państwo się rozrosło do gigantycznych rozmiarów, i obecnie Konstytucja USA jest bezczelnie lekceważona. Tak też ten eksperyment po prostu nie wypalił. Póki istnieje monopol państwa na opodatkowywanie ludzi i stosowanie przymusu siłowego - póty wolność zawsze będzie zagrożona, w myśl zasady "Władza korumpuje - a władza absolutna korumpuje absolutnie".
Stąd też obawy, że w porządku anarchicznym bogaci uzyskają zbyt duży dostęp do władzy, jest tak naprawdę obawą przed państwem minimum - i to uzasadnioną, gdyż demontowanie wolności w USA zaczęło się właśnie od tego, że bogaci finansiści MOGLI przekupić państwowych urzędników i ustawodawców, by pisali prawo pod ich dyktando. W porządku anarchicznym takich instytucji możliwych do skorumpowania nie będzie. Policentryzm prawny spowoduje, że nawet przekupienie jednego sędziego nie spowoduje zepsucia prawa, gdyż gdy przekupstwo wyjdzie na jaw - natychmiast straci on reputację i współpracujące z nim agencje rozstrzygania sporów stracą klientów, którzy przeniosą się do konkurencji. Spróbuj skorzystać z konkurencji teraz ;) Kontrola ze strony konsumenta zawsze jest najskuteczniejsza, gdyż to JEGO pieniądze i JEGO interes jest położony na szali.
Co do opieki zdrowotnej, to chyba zgodzimy się, że nie chcielibyśmy, by biedni umierali na ulicach, prawda? Ludzie, zwłaszcza gdy są wolni, i nie rabuje im się przymusowo pieniędzy, stają się znacznie bardziej empatyczni i łaskawsi - wobec tego nie brakowałoby pieniędzy na charytatywne fundacje, zajmujące się pomocą najuboższym - zresztą historycznie robił to zawsze kościół, i robił to skutecznie, o ile ustrój polityczny nie wywracał do góry nogami struktury bodźców w społeczeństwie - czyli nie narzucał idei państwa opiekuńczego, które miałoby zastąpić dobrowolne, prywatne miłosierdzie. Stąd też nie martwię się zupełnie o opiekę zdrowotną, zwłaszcza, że w pełni wolnorynkowym systemie ceny usług medycznych będą znacznie niższe, a ciągłe nakłady inwestycyjne w tym sektorze będą prowadzić do jeszcze lepszej jakości. Obecnie się to nie dzieje, gdyż cała opieka medyczna jest właściwie państwowa, więc nie istnieją żadne bodźce by w nią inwestować. Prywatny właściciel natomiast, motywowany chęcią zysku i istnieniem konkurencji, będzie starał się najbardziej optymalnie zarządzać szpitalem, kliniką, itd.
Co do średniowiecza, to istnieje wiele mitów związanych z tym okresem. Ale nawet w Polsce ten mityczny "ucisk" chłopów zaczął się nie w średniowieczu, lecz w epoce nowożytnej - gdy średniowieczny ład feudalnej decentralizacji został zastąpiony scentralizowaną władzą królewską. Średniowiecze było wręcz upstrzone niespotykanymi później wolnościami, natomiast jak tylko silne duże państwo się pojawiło, zaczął się terror, który Europę kosztował przynajmniej 200 lat rozwoju gospodarczego. Wyobraź sobie, że w późnym średniowieczu wolne miasta (było coś takiego, właśnie takie na poły anarchiczne enklawy wysokiego rozwoju cywilizacyjnego) były miejscami, gdzie narodził się nowoczesny kapitalizm, z rozwiniętym sektorem usług finansowych - który to mógł już finansować długookresowe inwestycje w całej Europie, a więc przemysł mogący wyciągnąć z nędzy miliony istnień. Nie byłoby przeszkód ku temu, gdyby właśnie nie tendencje do centralizacji władzy w rękach królów, kosztem wolnych miast czy książąt oraz Kościoła. Tyranom pomogła też reformacja - protestanckie nurty religijne były bardzo bałwochwalcze wobec osoby władcy, więc królowie, by scementować swoją władzę, przyjmowali luteranizm, stawali się głowami narodowych kościołów, i wówczas demonopolizacyjny wpływ, jaki miał na władzę świecką Kościół Rzymskokatolicki - znikał. Monarcha mógł robić wszystko, nie obawiając się ekskomuniki, czy sprzeciwu katolickich poddanych. To rozpoczęło nowożytną epokę wielkiego rządu i doktryny ekonomicznej, zwanej merkantylizmem - dziś nazwalibyśmy to mieszaniną socjalizmu, faszyzmu i korporacjonizmu. I wtedy zaczął się ucisk chłopów, odbieranie im ziemi (no wicie, "rozwój musi być"), łamanie praw własności, dawanie przywilejów wybranym grupom (kupcom, fabrykantom), granty ziemi, subsydia, dotacje, zaporowe cła - wszystko uderzało w zwykłych ludzi, konsumentów, którzy musieli pracować przez to dłużej i ciężej, by znieść wszelkie obciążenia podatkowe i parapodatkowe. Zyskiwały tylko faworyzowane grupy. I tak jest do tej pory, nietrudno zauważyć. Rewolucja amerykańska w 1776 r. była właśnie rewolucją przeciwko temu systemowi, wywołana sprzeciwem wobec nadmiernych podatków (nie wynoszących nawet 10% tego, co my teraz płacimy na tych skurczybyków).
Wracając jeszcze do tej zgubnej chęci władzy - gdy nie ma czym rządzić, i nie ma kto wykonywać rozkazów - to to rozwiązuje znaczną część tego problemu. W ustroju opartym wyłącznie o własność prywatną, gdzie jej naruszanie jest surowo i bezlitośnie karane; gdzie każdy ma broń lub możliwość siłowej obrony swojej własności; gdzie cała struktura społeczna oparta jest o sieć niezliczonych, dobrowolnych powiązań, kontraktów; gdzie niezakłócenie funkcjonuje rynek i jego instytucje - tam nawet gdy wrogie państwo podbije taki kraj, to niczego nie osiągnie, oprócz strat: bo nie ma kto zbierać podatków, bo nie ma administracji którą da się obsadzić, bo każdy jest wrogi i dysponuje śmiertelną siłą ognia, bo nie ma kogo skłócić. Okupant takiego kraju musiałby się wycofać, inaczej bardzo szybko zbankrutowałby.
wtorek, 29 marca 2011
Antyfaszyzm = faszyzm = antykapitalizm

Nawiązując do audycji kolegi Cokemana o nihilistach, dziś poruszę temat największych nihilistów naszych czasów, formacji opartej wyłącznie o negację istnienia, o nienawiść wobec filarów naszej cywilizacji. Ostatnie zamieszki w Londynie tylko potwierdzają, z kim faktycznie mamy do czynienia.
Nazywają się ruchem antyfaszystowskim, ale wystarczy popatrzeć na ich logo.
Ich główny motyw, to ANTYKAPITALIZM. Kieruje nimi czysta nienawiść wobec tych, co mają, którzy do czegoś doszli własną pracą i przemysłem, którzy zajmują się handlem i produkcją - a więc zaspokajają żądania konsumentów. Po co antykapitalistyczny bandyta miałby demolować salon Porsche, supermarket, placówkę banku itd? Ponieważ on nienawidzi naszej cywilizacji - opartej na dobrowolnej wymianie owoców pracy między ludźmi, do tego z pomocą pieniądza. O tak, pieniędzy te czerwone pijawki nienawidzą szczególnie. Co prawda my, libertarianie, papierowego pieniądza też nie darzymy szczególną sympatią, ale cofnięcie się do barteru byłoby cywilizacyjną katastrofą. I tego właśnie antyfaszysta pragnie. Ci jaskiniowcy chcą widzieć ludzkość na kolanach, przymierającą głodem, a gospodarkę na poziomie przedindustrialnym. O tak, wtedy nagle oni staną się ważni, staną się fajni - do nich ludzie zwrócą się o pomoc. Albowiem im chodzi tylko o kult przemocy - za sloganem 'antyfaszyzm' nie stoi humanitarna troska o byt i rozwój człowieka, ponieważ będąc antykapitalistą, antyfaszysta od razu określa siebie jako wroga człowieka. Te slogany są tylko pretekstem do tego, co antyfaszyści robią najlepiej - do rozpierdolu i demolki. Czysto jaskiniowy kult przemocy, to jest właśnie to, co definiuje antyfaszyzm. Czy coś wam to przypomina? Mnie to przypomina faszyzm czystej wody. Ponieważ antyfaszyzm, to tak naprawdę faszyzm, tyle że anty. Skoro już ustaliliśmy, że antyfaszyści to w rzeczywistości faszyści, i z włoskimi oraz niemieckimi protoplastami łączy ich nienawiść do kapitalizmu, liberalizmu i człowieka, kontynuujmy naszą analizę. Faszysta, którego motywuje jedynie przemoc, zawsze szuka wodza, lub sam pragnie być wodzem. I stąd ich próby rozsadzenia cywilizacji, ponieważ gdy cywilizacja upada, a odradza się barbarzyństwo - to najsilniejsi i najbardziej brutalni dochodzą do władzy jako watażkowie. Slogany pokoju i braterstwa nagle ustepują nagiej przemocy. Twój faszystowski kolega w dredach i pacyfce, co niedawno jeszcze kradł coca-colę z osiedlowego sklepu, teraz uzyskuje status siepacza, mającego za zadanie utrzymać antyfaszystowski porządek - rezultatem są masowe mordy np. za używanie pieniądza, czy niechęć do podzielenia się jedzeniem. Prawo maczugi gwałci prawo naturalne. Dobrowolność jest odgórnie zakazana, wszystko musi być zgodne z wolą ludu, a więc z wolą antyfaszystowskiego guru i jego siepaczy, pragnących jedynie kraść i żyć kosztem niewolniczej pracy ludzi.

Tego typu jaskiniowe resentymenty rzecz jasna nie ograniczają się jedynie do zdeklarowanych antifowców i reszty faszystowskiego ścierwa, ale wyznaje je w mniejszym lub większym stopniu każdy pracownik sektora publicznego, co protestuje przeciwko cięciom budżetowym czy to w Londynie, w Grecji czy w Wisconsin. On żyje z tego, że okrada i rabuje podatnika, a więc produktywnego przedstawiciela społeczeństwa. On jest przeświadczony, podobnie jak czerwony faszysta, że mu się należy, ot tak, po prostu, i inni mają niewolniczo mu służyć. Bo inaczej w ryj - a więc protesty i demolka prywatnej własności. Nawet zwierzęta się w ten sposób nie zachowują. Jest to mentalność wirusa, który niszczy organizm żywiciela, mnożąc się w tempie astronomicznym, a po śmierci gospodarza, czeka w uśpieniu aż znajdzie się kolejny naiwniak, który dostarczy świeżej krwi.
Nienawidzący istnienia mają za cel tylko niszczyć, oczywiście wycierając sobie gębę nośnymi hasłami, jak walka z wyzyskiem, ochrona matki ziemi, Rage Against Kapitalism i podobne bełkoty - ale cel jest jeden. Gospodarka przemysłowa w ruinie, ludzkość masowo głodująca i na kolanach. Wtedy faszyści mogą wprowadzić bezkarnie czerwony terror, jak w Hiszpanii w latach 30tych, i realizować swój jaskiniowy ideał społeczeństwa na łasce wodza z maczugą.
sobota, 26 marca 2011
Klasyczny liberalizm, lewica a socjaliści. Kim są libertarianie?
My, libertarianie, jesteśmy spadkobiercami legendarnej idei klasycznego liberalizmu, którą stworzyli oświeceniowi myśliciele w XVIII w., i która zmieniła oblicze Ziemi w wieku XIX, przynosząc rewolucję przemysłową i koniec feudalizmu w większości krajów Europy, dając wolność każdej osobie i gwarantując prawo do jej prywatnej własności. Ingerencja państwa w gospodarkę i handel, a więc podstawa poprzedniej etatystycznej doktryny merkantylizmu, została ograniczona, a idea wolnego handlu z całym światem wcielona w życie.
Skutkiem była eksplozja przedsiębiorczości, produkcji, handlu i dzięki temu wzrost standardów życia każdej osoby, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie idea liberalnego państwa-minimum, wyłożona w Deklaracji Niepodległości, trzymała się bardzo mocno.
Innymi słowy, liberalizm skutkował postępem. Tak. To słowo znienawidzone przez konserwatystów, jak również darzone podejrzeniem wśród dzisiejszych prawicowców. Rozwój przemysłu i masowego transportu, jak koleje - powodował, że ludzie mogli przemierzać niskim kosztem wielkie przestrzenie, zaburzając dotychczas dość sztywną strukturę populacji. Tradycyjne rodziny wielopokoleniowe zaczęły tracić na znaczeniu - co tak mierzi konserwatystów i dziś. Liberalizm oznaczał postęp, i był na tamtejszej scenie politycznej ideologią LEWICOWĄ.
W parlamentach liberałowie - wolnorynkowcy, a więc tacy jak my, dzisiejsi libertarianie, zasiadali po lewej stronie izby. Po prawicy siedziała cała feudalna reakcja: merkantyliści, etatyści, zwolennicy wielkiego patriarchalnego państwa-szafarza dóbr i przywilejów. Kolektywiści.
Z tego też względu musimy sobie zdać sprawę, że dzisiaj to my, wolnorynkowcy, leseferyści, zwolennicy nie-ma-przeproś kapitalizmu, wolności i własności prywatnej, jesteśmy spadkobiercami prawdziwej LEWICY - a więc klasycznego liberalizmu. Postępu. Naszym wrogiem jest cała reakcja, a więc przeciwnicy wolnego handlu, wolnego rynku, własności prywatnej. Konserwatyści. Oraz... SOCJALIŚCI.
Ruch socjalistyczny, początkowo też gardłujący za postępem technicznym i społecznym (emancypacja) przyjął jednak metody reakcyjne, konserwatywne, by wdrożyć swoje ideały - czyli zapragnął użyć państwowego aparatu przemocy, ucisku, przymusu. Zamiast wolności gospodarczej - ścisła reglamentacja i redystrybucja, by "pomóc biednym", "wyrównać szanse". Zamiast wolności handlu, ponownie system ceł i kwot importowych, by "wspierać rodzimy przemysł i byt robotników". Zamiast wolności osobistej - ścisłe państwowe nakazy, co każdy ma robić, by stworzyć robotniczy raj na Ziemi. Itd. I socjaliści właśnie taki system nazwali postępowym. Nie trzeba było długo czekać, by czerwone pijawki zawłaszczyły całą frazeologię klasycznego liberalizmu, odwracając ją jednakże w bardzo nikczemny acz pomysłowy sposób.
Gdy dla klasycznego liberała ważna była wolność OD: ucisku feudalnego, naruszania własności, nietykalności osobistej, od ucisku państwa - tak socjaliści stworzyli pojęcie wolności DO: godnych warunków pracy, do edukacji, do opieki zdrowotnej, do dobrobytu. Jest to oczywiście całkowite wypaczenie logiki. Taka wolność DO oznacza przyzwolenie na rabunek innych osób. Jest to cofnięcie się do epoki przedliberalnej, gdy merkantylistyczne państwo totalne gwałciło prawa własności. I takie też jest państwo socjalistyczne - organizacją przestępczą.
Tak samo pojęcie prawa w ujęciu klasycznym, liberalnym, oznaczało prawo do posiadania własności, prawo do samoposiadania, prawo nietykalności osobistej, podczas gdy socjaliści stworzyli całą gamę tzw. praw człowieka, czyli ŻĄDAŃ bandy motłochu wobec normalnych ludzi. Prawo do, podobnie jak wolności do, to nie jest żadne prawo, tylko bezprawne przyzwolenie na rabunek. I tym właśnie jest socjalizm - zinstytucjonalizowanym rabunkiem.
Socjaliści zawłaszczyli pojęcia klasycznego liberalizmu, prawdziwej lewicy, zawłaszczyli pojęcie postępu - który to postęp wdrażali przemocą i rozlewem krwi, i robią to do tej pory, z tym, że teraz już nie chodzi o nacjonalizację przemysłu i majątku, lecz o nacjonalizację dusz ludzkich, nacjonalizację rodziny, i nacjonalizację sumienia. Przymusowa, zadekretowana "postępowa" moralność - przyzwolenie na to, by państwo decydowało o wszystkim i wydawało przywileje wystarczająco licznym, bądź wystarczająco głośnym grupom-kolektywom, takim jak
lobby gejowskie, lobby feminazistowskie, lobby pedofilskie, zoofilskie, kobiet z małymi cyckami, cyganom, murzynom, wyznawcom Jedi itd. to przecież powrót do praktyki totalnego państwa merkantylistycznego, szafującego przywilejami kosztem normalnych ludzi. Niszczy to całą delikatną tkankę dobrowolnych ludzkich relacji w społeczeństwie, opartych na poszanowaniu własności prywatnej i związanej z nią wolności osobistej. Te terminy i pojęcia są jednakże za trudne dla przecietnego socjalisty z ludzką twarzą, który mieni się lewicowcem, a jest tak naprawdę reakcyjnym bandytą z jaskini, niczym nie różniącym się od najgorszych przedstawicieli ancien regimu.
Reasumując, każdy, kto dzisiaj twierdzi, że jest człowiekiem lewicy, a nie jest radykalnym leseferystą, wolnorynkowcem - to ścierwo, które trzeba wyeliminować. Bo do faszystów się strzela, wiedział o tym Generał Augusto Wielki i wskazał nam słuszną drogę.
Skutkiem była eksplozja przedsiębiorczości, produkcji, handlu i dzięki temu wzrost standardów życia każdej osoby, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie idea liberalnego państwa-minimum, wyłożona w Deklaracji Niepodległości, trzymała się bardzo mocno.
Innymi słowy, liberalizm skutkował postępem. Tak. To słowo znienawidzone przez konserwatystów, jak również darzone podejrzeniem wśród dzisiejszych prawicowców. Rozwój przemysłu i masowego transportu, jak koleje - powodował, że ludzie mogli przemierzać niskim kosztem wielkie przestrzenie, zaburzając dotychczas dość sztywną strukturę populacji. Tradycyjne rodziny wielopokoleniowe zaczęły tracić na znaczeniu - co tak mierzi konserwatystów i dziś. Liberalizm oznaczał postęp, i był na tamtejszej scenie politycznej ideologią LEWICOWĄ.
W parlamentach liberałowie - wolnorynkowcy, a więc tacy jak my, dzisiejsi libertarianie, zasiadali po lewej stronie izby. Po prawicy siedziała cała feudalna reakcja: merkantyliści, etatyści, zwolennicy wielkiego patriarchalnego państwa-szafarza dóbr i przywilejów. Kolektywiści.
Z tego też względu musimy sobie zdać sprawę, że dzisiaj to my, wolnorynkowcy, leseferyści, zwolennicy nie-ma-przeproś kapitalizmu, wolności i własności prywatnej, jesteśmy spadkobiercami prawdziwej LEWICY - a więc klasycznego liberalizmu. Postępu. Naszym wrogiem jest cała reakcja, a więc przeciwnicy wolnego handlu, wolnego rynku, własności prywatnej. Konserwatyści. Oraz... SOCJALIŚCI.
Ruch socjalistyczny, początkowo też gardłujący za postępem technicznym i społecznym (emancypacja) przyjął jednak metody reakcyjne, konserwatywne, by wdrożyć swoje ideały - czyli zapragnął użyć państwowego aparatu przemocy, ucisku, przymusu. Zamiast wolności gospodarczej - ścisła reglamentacja i redystrybucja, by "pomóc biednym", "wyrównać szanse". Zamiast wolności handlu, ponownie system ceł i kwot importowych, by "wspierać rodzimy przemysł i byt robotników". Zamiast wolności osobistej - ścisłe państwowe nakazy, co każdy ma robić, by stworzyć robotniczy raj na Ziemi. Itd. I socjaliści właśnie taki system nazwali postępowym. Nie trzeba było długo czekać, by czerwone pijawki zawłaszczyły całą frazeologię klasycznego liberalizmu, odwracając ją jednakże w bardzo nikczemny acz pomysłowy sposób.
Gdy dla klasycznego liberała ważna była wolność OD: ucisku feudalnego, naruszania własności, nietykalności osobistej, od ucisku państwa - tak socjaliści stworzyli pojęcie wolności DO: godnych warunków pracy, do edukacji, do opieki zdrowotnej, do dobrobytu. Jest to oczywiście całkowite wypaczenie logiki. Taka wolność DO oznacza przyzwolenie na rabunek innych osób. Jest to cofnięcie się do epoki przedliberalnej, gdy merkantylistyczne państwo totalne gwałciło prawa własności. I takie też jest państwo socjalistyczne - organizacją przestępczą.
Tak samo pojęcie prawa w ujęciu klasycznym, liberalnym, oznaczało prawo do posiadania własności, prawo do samoposiadania, prawo nietykalności osobistej, podczas gdy socjaliści stworzyli całą gamę tzw. praw człowieka, czyli ŻĄDAŃ bandy motłochu wobec normalnych ludzi. Prawo do, podobnie jak wolności do, to nie jest żadne prawo, tylko bezprawne przyzwolenie na rabunek. I tym właśnie jest socjalizm - zinstytucjonalizowanym rabunkiem.
Socjaliści zawłaszczyli pojęcia klasycznego liberalizmu, prawdziwej lewicy, zawłaszczyli pojęcie postępu - który to postęp wdrażali przemocą i rozlewem krwi, i robią to do tej pory, z tym, że teraz już nie chodzi o nacjonalizację przemysłu i majątku, lecz o nacjonalizację dusz ludzkich, nacjonalizację rodziny, i nacjonalizację sumienia. Przymusowa, zadekretowana "postępowa" moralność - przyzwolenie na to, by państwo decydowało o wszystkim i wydawało przywileje wystarczająco licznym, bądź wystarczająco głośnym grupom-kolektywom, takim jak
lobby gejowskie, lobby feminazistowskie, lobby pedofilskie, zoofilskie, kobiet z małymi cyckami, cyganom, murzynom, wyznawcom Jedi itd. to przecież powrót do praktyki totalnego państwa merkantylistycznego, szafującego przywilejami kosztem normalnych ludzi. Niszczy to całą delikatną tkankę dobrowolnych ludzkich relacji w społeczeństwie, opartych na poszanowaniu własności prywatnej i związanej z nią wolności osobistej. Te terminy i pojęcia są jednakże za trudne dla przecietnego socjalisty z ludzką twarzą, który mieni się lewicowcem, a jest tak naprawdę reakcyjnym bandytą z jaskini, niczym nie różniącym się od najgorszych przedstawicieli ancien regimu.
Reasumując, każdy, kto dzisiaj twierdzi, że jest człowiekiem lewicy, a nie jest radykalnym leseferystą, wolnorynkowcem - to ścierwo, które trzeba wyeliminować. Bo do faszystów się strzela, wiedział o tym Generał Augusto Wielki i wskazał nam słuszną drogę.
Etykiety:
kapitalizm,
klasyczny liberalizm,
konserwatyzm,
lewica,
libertarianizm,
prawica,
socjalizm
wtorek, 15 marca 2011
Obiektywizm a urojenia antyrozumowych knypów
SzelkiPana pisze:
Kelthuzz ma i nie ma racji jednocześnie. Wyłóż mi prawa tego "wielkiego obiektywizmu rzeczywistości".
zajmuje się tym nauka. chodziłeś na wagary na fizyce?
Dotąd nie wiemy jakie prawa kierują światem.
odkrywaniem tych praw zajmuje się nauka. chodziłeś na wagary na fizyce?
Niektóre teorie wykraczają poza logikę.
to nie teorie, tylko urojenia.
Fizyka kwantowa ora cały twój światopogląd.
A to A. Jeśli ktoś twierdzi, że A to B - to popełnił błąd na którymś odcinku rozumowania.
Zresztą Einstein nigdy fizyki kwantowej nie uznał, jest to czysto teoretyczny konstrukt niepoparty empirycznie. Fizyka współczesna jest na manowcach od prawie 100 lat. Podobnie jak filozofia - jedno z drugim jest bardzo mocno powiązane.
Jeśli wierzysz w super-obiektywną rzeczywistość, to zapewne i w skrajny determinizm
bezsensowny, alogiczny wniosek. Człowiek ma wolną wolę, wynika to z samej istoty rozumu.
, więc wszystko co pomyślisz jest sterowalne i niezależne od twojej wolnej woli
kto niby tym steruje?
rzeczywistość obiektywna jest niezależna od naszych humorów, życzeń, myślenia magicznego i innych zabobonów. Wpływać na nią możemy tylko za pośrednictwem naszych działań wedle obiektywnych praw tej rzeczywistości. CZEGO z tego nie rozumiesz?
, rozumu, czy innych abstraktów, które wnosisz do dyskusji, zatem sam z siebie nie jesteś sobą, dodatkowo nie wiesz co myślisz ty sam, a co pomyślałeś ze względu na jakiekolwiek wpływy, które do ciebie docierają...
bełkot, który mógł zrodzić tylko chory z nienawiści do siebie samego umysł.
Yarpen też poniekąd ma rację i jej nie ma... Bóg nie istnieje... Gówno prawda. NIE WIEMY TEGO!
nie wiemy też, czy wielki różowy potwór-spaghetti właśnie nie spuścił ci się na twarz hektolitrami turkusowej spermy.
Nauka nie zajmuje się rzeczami domniemanymi, tylko odkrywa prawa świata - jedynego świata, jaki jest - obiektywnej rzeczywistości. Nie ma dowodów na istnienie żadnej nadnaturalnej istoty w tej rzeczywistości. Innej nie ma, więc tworzenie bytów ponad miarę i umiejscawianie ich w tej "innej", "alternatywnej" rzeczywistości, której nie da się odkryć - to intelektualny afront wobec racjonalizmu. Słuszniej jest rzec - tych bytów po prostu nie ma.
Logika... Jeśli nie wiemy, to nie sądzimy bez dowodów, bo nie ma to sensu.
przepraszam bardzo, ale czy z wykładów z logiki też spierdalałeś na wagary i chlanie tanich win? wiedziałem.
Ciężar dowodów spoczywa na WAS - na każdym, kto twierdzi, że Bóg jest; lub też na każdym, kto twierdzi, że "nie wiemy czy go nie ma". Ja na przykład wiem, że go nie ma, gdyż jestem osobą racjonalną. Zdanie osób nieracjonalnych, które brak dowodów na istnienie Boga odwracają ogonem, i twierdzą, że to brak dowodów na nieistnienie Boga - to zdanie szaleńców nie rozumiejących logiki i procesu dowodzenia.
To samo sprawa kreowania świata myślą/wiarą/uczuciami. Nie wiemy tego, nikt nie potrafi temu w 100% zaprzeczyć - nie sądzimy bez dowodów
wiemy, że się tego nie da, i na to są dowody. Spekulowanie na odwrót jest oznaką głupoty/idiotyzmu/choroby psychicznej/nieznajomości logiki.
. Wszystko, co tyczy się rzeczywistości możemy stwierdzić tylko z jakimś tam prawdopodobieństwem...
jak cię wypierdolę przez okno wieżowca, to ze 100% prawdopodobieństwem mogę stwierdzić, że będziesz spadał na dół z przyspieszeniem ok. 9,81 m/s , i gdy osiągniesz poziom chodnika, zostanie z ciebie mokra plama. CZEGO z tego nie rozumiesz?
Prędkość światła w próżni na 100% wynosi c, stała grawitacyjna na 100% wynosi G, a przenikalność elektryczna próżni - ε0 , niezależnie od twojego widzimisię.
Rzeczywistość nie jest obiektywna... przynajmniej na razie... więc bredniami są słowa Kelthuzza, który jest święcie przekonany, że ma rację, jak i każdego innego, który jest czegokolwiek pewien.
jak wykazałem, rzeczywistość jest jak najbardziej obiektywna, i brednie mistyków, którzy nie rozumieją, czym jest nauka, metoda naukowa, i logika - nie zmienią tego żelaznego prawa.
Nadal nie wiemy nawet, czy nasza rzeczywistość istnieje, czy nie jest iluzją/wytworem kogoś innego/niczym/snem/cholera wie czym.
Myślisz, więc jesteś. W twoim wypadku niestety faktycznie nie dziwię się, że poddajesz istnienie w wątpliwość.
Nie wiemy jak doszło do powstania świata.
Nie znaleźliśmy Cząstki Higgsa, więc jak na razie cała fizyka, to tylko przypuszczenia.
LOL. To, że współczesna fizyka jest na manowcach, nie znaczy, że założenia fizyki newtonowskiej i einsteinowskiej, to tylko przypuszczenia, skoro są potwierdzone empirycznie. Ale ty nie rozumiesz empirii i metody naukowej , KNYPIE, więc o czym możemy mówić?
Nie wiemy co czeka nas po śmierci.
NIC.
Nie mamy bladego pojęcia jak samo patrzenie na coś zmienia to coś (a zmienia...).
gwarantuję ci, że wpatrywanie się w kubek z kawą nie spowoduje, że jej ubędzie.
Obserwacje na poziomie kwantowym, pięta achillesowa fizyki, w tym aspekcie są bez znaczenia.
Cały świat jest jedną wielką zagadką, a nie obiektywnym i pewnym planem, na którym żyjemy i stosujemy się do jego praw...
jesteś gigantycznym idiotą. Świat był zagadką 10 000 lat temu, był wrogi, tajemniczy, surowy, niezrozumiały. Ale dzięki potędze ROZUMU, homo sapiens krok po kroku odkrywał jego aspekty, kodyfikował je w postaci konceptów i teorii, gromadził i przekazywał wiedzę o świecie kolejnym pokoleniom, aż narodziła się filozofia grecka - największe osiągnięcie człowieka starożytnego w systematyzowaniu wiedzy o świecie. Dalej poszło już z buta. Renesans i oświecenie, powstanie metody naukowej, empiryzmu i racjonalnego oglądu świata jako jedynego obowiązującego wśród poważnych, myślących ludzi - uchroniło nas przed ostatecznym triumfem antyrozumowych mistyków twojego pokroju, wrogów istnienia.
To, że świat nadal zawiera wiele zagadek, to nie jest argument kontra rozum - tylko właśnie pokazuje, ile jeszcze musimy się nauczyć korzystać z rozumu i nauki, by je odkryć i wytłumaczyć. To nauka daje na to nadzieję, a nie mistycyzm i zabobony.
Kellthuzz tolerancji życzę i otwartości umysłu, a nie tchórzostwa, klapek na oczach i odrzucania prawdopodobnych rozwiązań
tolerancja to cnota ludzi bez przekonań, natomiast ty wlasnie jestes czlowiekiem tchórzliwym, bojącym się stanąć twarzą twarz z obiektywną rzeczywistością, którą objąć zrozumieniem może tylko ludzki umysł, a nie urojone wymysły jak wiara. Odrzucenie urojeń i antyrozumowych uprzedzeń, to nie są klapki na oczach, tylko racjonalność. W ogóle to weź sprawdź, czy różowy potwór spaghetti nie nasrał ci na klatę, no weź pokaż że jesteś osobą tolerancyjną bez klapek na oczach, i uznaj hipotetyczne istnienie różowego potwora, no nie bądź żyła.
Filozofia... Niech ci będzie, że coś o niej wiesz... Ale filozofowie szanują zdanie innych i nie odrzucają mniej prawdopodobnych rozwiązań
ty knypie chyba Nietzschego nigdy nei czytałeś, Frycek zgniótł by twoją żałosną istotę MŁOTEM CZYSTEGO ZAORANIA. Szanowanie zdania szaleńców nienawidzących istnienia, to jest żadna cnota. Pokazanie, gdzie się mylą - to jest właśnie zadanie filozofów, i to też robię. A do tego oram - pochodzenie ziemiańskie zobowiązuje.
ZABIJCIE SIĘ!!!
Etykiety:
ateizm,
ayn rand,
boga nie ma,
filozofia,
logika,
nieoznaczoność,
obiektywizm,
rzeczywistość
środa, 9 marca 2011
sobota, 5 marca 2011
Własność prywatna, wolny rynek a regulacje urzędasów. Słowo o TPSA
Podstawą wolności i wolnościowego porządku jest własność prywatna, nienaruszalna i święta. Tym samym, wolny rynek może istnieć tylko wtedy, gdy prawo własności prywatnej jest przestrzegane, a wszelka agresja przeciw niemu zwalczana i eliminowana. Skąd więc biorą się takie głosy, jak ten w artykule niejakiego Marcina Domagały "Wolny rynek vs. kapitalizm", gdzie autor kreśli zupełnie fałszywy obraz kapitalizmu, oraz stawia przeciw niemu pojęcie 'wolnego rynku'? Przypatrując się, jak autor definiuje wolny rynek, nie można wyjść z podziwu dla imaginacji autora.
Otóż wg Marcina Domagały, wolny rynek to ustrój wszechwładzy urzędników, którzy dla dobra rynku, go regulują. To ustrój, gdzie urzędnik w imię arbitralnych zasad, ingeruje we własność prywatną i wolność gospodarczą, by osiągnąć jakieś absurdalne cele "wysokiej konkurencyjności", tudzież ukrócić "nieograniczoną akumulację kapitału", mającą rzekomo zakłócać działanie rynku... Litości!
Wolny rynek może działać tylko wtedy, gdy wyeliminowana jest inicjacja agresji wobec własności prywatnej. Pojawienie się urzędnika, to już złamanie zasady nieagresji - to przyzwolenie na niszczenie rynku poprzez urzędnicze decyzje. Ba, samo opłacanie urzędnika jest już agresją wobec własności prywatnej - przecież trzeba siłą odebrać producentom część dochodu, by urzędnikowi dać pensję. Domagała kompletnie nie rozumie, czym jest rynek, ponieważ jest ekonomicznym dyletantem, gwałcicielem logiki, i najwidoczniej nie zna szkoły austriackiej w ekonomii, skoro otwarcie pisze, że anarchokapitalizm (ustrój, gdzie inicjacja przemocy jest nielegalna) to ekonomiczny faszyzm.
Wolny rynek doskonale sobie radzi z konkurencją, i koncentracją kapitału bez pomocy urzędników, i doskonałym na to przykładem były Stany Zjednoczone w XIX w., gdzie ceny dóbr i usług przez cały czas spadały, jakość rosła, mimo iż nie czuwał nad tym żaden urzędnik. Fortuny jednych potrafiły przepaść w ciągu dnia, podczas gdy inni dorabiali się równie szybko. Kapitał, nieograniczony decyzjami urzędników i nieuszczuplany przez podatki, krążył i docierał do sektorów najpilniej zaspokajających żądania konsumentów. Konkurencja oraz strach przed wejściem konkurencji, trzymał w ryzach wszelkich pretendentów do zmów monopolowych. Były one niemożliwe właśnie dlatego, że rynek był wolny, a nie regulowany przez urzędnicze ścierwa.
To wszystko zmieniło się dopiero, gdy wprowadzono ustawę antytrustową pod koniec XIX w., czyli oddano gospodarkę i przemysł de facto pod dyktaturę urzędników, którzy od tej pory mogli decydować o 'być czy nie być' całego zaawansowanego przemysłu amerykańskiego - to aż się prosiło o pojawienie się gigantycznego łapownictwa, by tylko przylać konkurentowi. Innym elementem, który wyeliminował wolny rynek, przekształcając kapitalizm amerykański w korporacjonizm, był podatek dochodowy, wprowadzony w 1913 r., oraz związane z nim całe prawo podatkowe, którego rosnące skomplikowanie uderzyło w sektor małych i średnich przedsiębiorstw, których nie stać na drogą obsługę prawną. Eliminuje to zagrożenie ze strony nowej konkurencji, i umacnia pozycję dużych, zasiedziałych korporacji, które nie mają żadnych bodźców, by lepiej zaspokajać żądania konsumenta.
Przykład amerykański doskonale pokazuje jałowość tego typu biurokratycznych, antyrynkowych rozwiązań, i autor tego debilnego artykułu powinien na kolanach błagać o przebaczenie za swoją niekompetencję.
Z polskiego podwórka warto przywołać casus Telekomunikacji Polskiej. Słuchacze radia KonteStacja z pewnością są świadomi, jak jeden z prowadzących, niejaki Marcin Hugo Kosiński jest mocno cięty na TPSĘ i nazywa tę firmę z odrazą MONOPOLISTĄ.
Wytłumaczę, dlaczego jest to okaz sporej ekonomicznej dyletancji i niezrozumienia szkodliwości państwowych regulacji w sektorze telekomunikacyjnym. Otóż przypominam, że TPSA została sprywatyzowana w 1998 r., wchodząc na giełdę, i nie jest tu istotne, że większościowym udziałowcem zostało France Telecom (francuska państwowa spółka), nad czym tak Kosiński ubolewa. Nie jest też racjonalnym zarzucanie TPSIe, że posiada większość linii w Polsce, i to czyni z niej obrzydliwego monopolistę, gniotącego konkurencję. Nic bardziej błędnego. Jako spółka giełdowa, TPSA od 1998 funkcjonuje jak normalny rynkowy podmiot, biorący kredyty, płacący amortyzację, kalkulujący zyski i straty, dokonujący racjonalnych decyzji biznesowych. Jedyne, co nie jest
normalne, to ogrom regulacji i nakazów, nakładanych przez rząd, a konkretnie Urząd Komunikacji Elektronicznej, jak również Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta, które to zbrodnicze instytucje zajmują się agresją wobec prywatnej własności takich firm, jak TPSA, i w czysto faszystowskim geście nakładają na nią takie zobowiązania jak np. status "dominującego operatora". W myśl tego statusu, TPSA jest np. zobowiązana podłączyć każdemu telefon, mimo, iż może to być sprzeczne z jej rachunkiem ekonomicznym. Czyli oznacza to, że klienci TPSY z dużych miast dotują
założenie i utrzymanie telefonu babci z Koziej Wólki. Nie muszę dodawać, jak astronomicznie rosną z tego tytułu koszty, które potem w cenie usługi muszą pokrywać klienci. Ot, to jeden z powodów, dlaczego rachunki za telefon w Polsce są takie wysokie, i bynajmniej nie jest to wina rzekomego monopolu TPSY, tylko właśnie ustawowego rozkazu i nałożenia obowiązku bycia tym monopolistą - czyli dominującym operatorem, który MUSI podłączyć każdemu linię.
TPSA ma też obowiązek np. udostępniać swoje łącza tzw. operatorom alternatywnym, czyli pasożytom, które bez żadnych nakładów inwestycyjnych, dzięki decyzji Urzędu Komunikacji Elektronicznej, mogą zabierać TPSIE klientów, dzierżawiąc łącza TPSY po sztucznie zaniżonych urzędowych cenach, oferując klientowi indywidualnemu ceny znacznie niższe niż TPSA. W ten sposób, pod pretekstem walki o mityczną konkurencyjność, urzędnik dokonał agresji wobec własności prywatnej TPSY (nie wyskakuj mi jeden z drugim, że łącza to własność publiczna!), ustalił faszystowskie zasady, eliminując tym samym dobrowolność współpracy między operatorami, i umożliwił nieuczciwą konkurencję firmom-pasożytom. I jest to kolejny powód, dlaczego TPSA nie może obniżyć cen dla swoich klientów - koszta związane z obsługą żądań pasożytów, udostępniania im łącz itd., oraz sztywne regulacje dot. polityki cenowej TPSY ze strony UKE, uniemożliwiają dynamiczne reagowanie na potrzeby konsumentów. I nie jest to spowodowane tym, że TPSA jest molochem, czy że jest firmą która nie dba o konsumenta. Po prostu terror zbrodniczego reżymu regulacyjnego jej na to nie pozwala.
Nie trzeba być nawet specjalnie bystrym, by zauważyć, że w takim środowisku aż się prosi o korupcję, i tzw. operatorzy alternatywni, zwłaszcza ci najbardziej wiodący w usługach telefon-internet, bardzo wiele zyskali z takich regulacji Urzędu Komunikacji Elektronicznej, który im niemalże za bezcen udostępnił prywatną własność konkurencyjnej firmy z milionami klientów do podebrania. Smarowało się rączki pani Streżyńskiej, oj smarowało!
Tak więc, panie Kosiński, sam widzisz, jak twoje utyskiwanie na TPSĘ powinno być de facto utyskiwaniem na UKE, na reżym regulowania i reglamentowania rynku, na sztuczne tworzenie tzw. konkurencji poprzez niszczenie własności prywatnej. Do książek, knypie!
Otóż wg Marcina Domagały, wolny rynek to ustrój wszechwładzy urzędników, którzy dla dobra rynku, go regulują. To ustrój, gdzie urzędnik w imię arbitralnych zasad, ingeruje we własność prywatną i wolność gospodarczą, by osiągnąć jakieś absurdalne cele "wysokiej konkurencyjności", tudzież ukrócić "nieograniczoną akumulację kapitału", mającą rzekomo zakłócać działanie rynku... Litości!
Wolny rynek może działać tylko wtedy, gdy wyeliminowana jest inicjacja agresji wobec własności prywatnej. Pojawienie się urzędnika, to już złamanie zasady nieagresji - to przyzwolenie na niszczenie rynku poprzez urzędnicze decyzje. Ba, samo opłacanie urzędnika jest już agresją wobec własności prywatnej - przecież trzeba siłą odebrać producentom część dochodu, by urzędnikowi dać pensję. Domagała kompletnie nie rozumie, czym jest rynek, ponieważ jest ekonomicznym dyletantem, gwałcicielem logiki, i najwidoczniej nie zna szkoły austriackiej w ekonomii, skoro otwarcie pisze, że anarchokapitalizm (ustrój, gdzie inicjacja przemocy jest nielegalna) to ekonomiczny faszyzm.
Wolny rynek doskonale sobie radzi z konkurencją, i koncentracją kapitału bez pomocy urzędników, i doskonałym na to przykładem były Stany Zjednoczone w XIX w., gdzie ceny dóbr i usług przez cały czas spadały, jakość rosła, mimo iż nie czuwał nad tym żaden urzędnik. Fortuny jednych potrafiły przepaść w ciągu dnia, podczas gdy inni dorabiali się równie szybko. Kapitał, nieograniczony decyzjami urzędników i nieuszczuplany przez podatki, krążył i docierał do sektorów najpilniej zaspokajających żądania konsumentów. Konkurencja oraz strach przed wejściem konkurencji, trzymał w ryzach wszelkich pretendentów do zmów monopolowych. Były one niemożliwe właśnie dlatego, że rynek był wolny, a nie regulowany przez urzędnicze ścierwa.
To wszystko zmieniło się dopiero, gdy wprowadzono ustawę antytrustową pod koniec XIX w., czyli oddano gospodarkę i przemysł de facto pod dyktaturę urzędników, którzy od tej pory mogli decydować o 'być czy nie być' całego zaawansowanego przemysłu amerykańskiego - to aż się prosiło o pojawienie się gigantycznego łapownictwa, by tylko przylać konkurentowi. Innym elementem, który wyeliminował wolny rynek, przekształcając kapitalizm amerykański w korporacjonizm, był podatek dochodowy, wprowadzony w 1913 r., oraz związane z nim całe prawo podatkowe, którego rosnące skomplikowanie uderzyło w sektor małych i średnich przedsiębiorstw, których nie stać na drogą obsługę prawną. Eliminuje to zagrożenie ze strony nowej konkurencji, i umacnia pozycję dużych, zasiedziałych korporacji, które nie mają żadnych bodźców, by lepiej zaspokajać żądania konsumenta.
Przykład amerykański doskonale pokazuje jałowość tego typu biurokratycznych, antyrynkowych rozwiązań, i autor tego debilnego artykułu powinien na kolanach błagać o przebaczenie za swoją niekompetencję.
Z polskiego podwórka warto przywołać casus Telekomunikacji Polskiej. Słuchacze radia KonteStacja z pewnością są świadomi, jak jeden z prowadzących, niejaki Marcin Hugo Kosiński jest mocno cięty na TPSĘ i nazywa tę firmę z odrazą MONOPOLISTĄ.
Wytłumaczę, dlaczego jest to okaz sporej ekonomicznej dyletancji i niezrozumienia szkodliwości państwowych regulacji w sektorze telekomunikacyjnym. Otóż przypominam, że TPSA została sprywatyzowana w 1998 r., wchodząc na giełdę, i nie jest tu istotne, że większościowym udziałowcem zostało France Telecom (francuska państwowa spółka), nad czym tak Kosiński ubolewa. Nie jest też racjonalnym zarzucanie TPSIe, że posiada większość linii w Polsce, i to czyni z niej obrzydliwego monopolistę, gniotącego konkurencję. Nic bardziej błędnego. Jako spółka giełdowa, TPSA od 1998 funkcjonuje jak normalny rynkowy podmiot, biorący kredyty, płacący amortyzację, kalkulujący zyski i straty, dokonujący racjonalnych decyzji biznesowych. Jedyne, co nie jest
normalne, to ogrom regulacji i nakazów, nakładanych przez rząd, a konkretnie Urząd Komunikacji Elektronicznej, jak również Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta, które to zbrodnicze instytucje zajmują się agresją wobec prywatnej własności takich firm, jak TPSA, i w czysto faszystowskim geście nakładają na nią takie zobowiązania jak np. status "dominującego operatora". W myśl tego statusu, TPSA jest np. zobowiązana podłączyć każdemu telefon, mimo, iż może to być sprzeczne z jej rachunkiem ekonomicznym. Czyli oznacza to, że klienci TPSY z dużych miast dotują
założenie i utrzymanie telefonu babci z Koziej Wólki. Nie muszę dodawać, jak astronomicznie rosną z tego tytułu koszty, które potem w cenie usługi muszą pokrywać klienci. Ot, to jeden z powodów, dlaczego rachunki za telefon w Polsce są takie wysokie, i bynajmniej nie jest to wina rzekomego monopolu TPSY, tylko właśnie ustawowego rozkazu i nałożenia obowiązku bycia tym monopolistą - czyli dominującym operatorem, który MUSI podłączyć każdemu linię.
TPSA ma też obowiązek np. udostępniać swoje łącza tzw. operatorom alternatywnym, czyli pasożytom, które bez żadnych nakładów inwestycyjnych, dzięki decyzji Urzędu Komunikacji Elektronicznej, mogą zabierać TPSIE klientów, dzierżawiąc łącza TPSY po sztucznie zaniżonych urzędowych cenach, oferując klientowi indywidualnemu ceny znacznie niższe niż TPSA. W ten sposób, pod pretekstem walki o mityczną konkurencyjność, urzędnik dokonał agresji wobec własności prywatnej TPSY (nie wyskakuj mi jeden z drugim, że łącza to własność publiczna!), ustalił faszystowskie zasady, eliminując tym samym dobrowolność współpracy między operatorami, i umożliwił nieuczciwą konkurencję firmom-pasożytom. I jest to kolejny powód, dlaczego TPSA nie może obniżyć cen dla swoich klientów - koszta związane z obsługą żądań pasożytów, udostępniania im łącz itd., oraz sztywne regulacje dot. polityki cenowej TPSY ze strony UKE, uniemożliwiają dynamiczne reagowanie na potrzeby konsumentów. I nie jest to spowodowane tym, że TPSA jest molochem, czy że jest firmą która nie dba o konsumenta. Po prostu terror zbrodniczego reżymu regulacyjnego jej na to nie pozwala.
Nie trzeba być nawet specjalnie bystrym, by zauważyć, że w takim środowisku aż się prosi o korupcję, i tzw. operatorzy alternatywni, zwłaszcza ci najbardziej wiodący w usługach telefon-internet, bardzo wiele zyskali z takich regulacji Urzędu Komunikacji Elektronicznej, który im niemalże za bezcen udostępnił prywatną własność konkurencyjnej firmy z milionami klientów do podebrania. Smarowało się rączki pani Streżyńskiej, oj smarowało!
Tak więc, panie Kosiński, sam widzisz, jak twoje utyskiwanie na TPSĘ powinno być de facto utyskiwaniem na UKE, na reżym regulowania i reglamentowania rynku, na sztuczne tworzenie tzw. konkurencji poprzez niszczenie własności prywatnej. Do książek, knypie!
środa, 23 lutego 2011
RADIO ŻELAZA ruszyło!
Dostępne są już dwie audycje:
i o Grzegorzu Napieralskim:
Radio Żelaza #001 - Korwin a anarchizm from Arjozof on Vimeo.
i o Grzegorzu Napieralskim:
wtorek, 8 lutego 2011
Bojkotujemy YouTube
Serwis YouTube właśnie usunął widniejący na moim kanale od ponad 3 lat materiał z TVP3, obnażający kulisy niewpuszczenia do studia programu "Forum" Janusza Korwin-Mikkego (delegowanego przez Komitet Wyborczy Ligi Prawicy Rzeczypospolitej) przez prowadzącą ten program, TW Lichocką i jej mocodawczynię. Znana sprawa, była na świeczniku i wtedy - i niedawno, gdy Lichocka et consortes, po wypierdoleniu z TVP, zwołały płaczliwą debatę o "cenzurze". Korwin słusznie przypomniał wówczas ten skandaliczny incydent sprzed studia, linkując do mojego kanału z tym materiałem.
Otóż YouTube, usuwając ten filmik, dało jasno do zrozumienia, iż nawet treść będąca własnością publiczną (TVP to w końcu telewizja utrzymywana z publicznych danin), należąca do wszystkich obywateli RP, może być reglamentowana w zależności od politycznych inklinacji. TVP nie ma żadnego prawa żądać od YT zdejmowania materiałów telewizji publicznej, zamieszczonych przez innych użytkowników - jednak robi to, uskuteczniając cenzurę. YT służalczo wykonuje polecenia, jak na korporację niewolniczo trzymającą się dogmatu nienaruszalności 'własności intelektualnej' przystało.
Od tej pory YT dla mnie nie istnieje. Nie umieszczam już żadnego pełnego materiału na YT, przenoszę się na Vimeo.com, a na YT będę jedynie umieszczał odnośniki do Vimeo. I sugeruję Wam robić podobnie. Precz z cenzurą.
Tu rzeczony materiał z TVP, już na Vimeo:
http://vimeo.com/19699281
Otóż YouTube, usuwając ten filmik, dało jasno do zrozumienia, iż nawet treść będąca własnością publiczną (TVP to w końcu telewizja utrzymywana z publicznych danin), należąca do wszystkich obywateli RP, może być reglamentowana w zależności od politycznych inklinacji. TVP nie ma żadnego prawa żądać od YT zdejmowania materiałów telewizji publicznej, zamieszczonych przez innych użytkowników - jednak robi to, uskuteczniając cenzurę. YT służalczo wykonuje polecenia, jak na korporację niewolniczo trzymającą się dogmatu nienaruszalności 'własności intelektualnej' przystało.
Od tej pory YT dla mnie nie istnieje. Nie umieszczam już żadnego pełnego materiału na YT, przenoszę się na Vimeo.com, a na YT będę jedynie umieszczał odnośniki do Vimeo. I sugeruję Wam robić podobnie. Precz z cenzurą.
Tu rzeczony materiał z TVP, już na Vimeo:
http://vimeo.com/19699281
Etykiety:
cenzura,
copyright,
korwin-mikke,
lichocka,
tvp,
tvpis,
vimeo,
własność intelektualna,
youtube
wtorek, 21 grudnia 2010
Rzecz o "fenomenie chińskim" i ogólnie interwencjonizmie w inwestycje
Wolny rynek nie załatwi wszystkiego. Nikomu nie będzie opłacało się wybudować nowych kolei, bo na zwrot inwestycji przyszedłby dopiero po kilkudziesięciu latach. Kiedy w Brazylii miażdząca część ludzi mieszkała na wybrzeżu, a reszta kraju była gospodarczo na niskim poziomie Państwo musiało podjąć decyzję o wybudowaniu w głei nowej stolicy kraju, aby tan obszar i dojazd do niego zaktywizować. Wolny rynek by tego nie załatwił.
prawie zaplułem monitor, gdy to czytałem. 14-letni gówniarz nie byłby w stanie napisać takiego kretynizmu przy zdrowych zmysłach. Ad rem. Owszem, nikomu nie będzie się opłacało wybudować nowych kolei, jeśli okres zwrotu inwestycji wynosi kilkadziesiąt lat, a stopa procentowa jest wysoka - opłaca się wówczas wykorzystywać kapitał w inwestycjach zwracających się znacznie wcześniej. Oznacza to, że społeczeństwo DOBROWOLNIE preferuje konsumować więcej teraz, i wybiera inwestycje bardziej pilne, o mniejszej liczbie etapów. Dopiero, gdy zaoszczędzi więcej, powstanie więcej kapitału i stopa procentowa spadnie do 3-4%, opłacalne stanie się inwestować w dłuższe procesy produkcji, np. w koleje, a potem choćby w hi-tech (gdzie same badania zajmują kilka lat). Tylko ignorant ekonomiczny, nierozumiejący teorii kapitału, może naiwnie sądzić, iż niedostatek kapitału i niechęć społeczeństwa do konsumowania mniej można "przeskoczyć" przez siłową interwencję państwa. W imię czego? Prestiżu ludzi u władzy, bo mają koleje, którymi można się pochwalić przed zagranicznymi dyplomatami? Tak właśnie się to odbywa w Chinach, gdzie zbudowano z nakładów państwa (czyli chińskich podatników) kolejkę na poduszce magnetycznej, którą jeżdżą tylko członkowie oligarchii, ponieważ żaden prywatny inwestor nie byłby skłonny wtopić takiej ilości kapitału w budowę tego "cudu techniki" w żadnym zachodnim państwie. W Chinach, gdzie nie istnieją prawa własności, można poza tym łatwo wywłaszczyć miliony wieśniaków pod budowę tego typu pomników próżności władzy. Tylko, że nie służy to tak naprawdę niczemu, konsumuje oszczędności obywateli, sztucznie zaniżając ich stopę życiową, i spowalniając wszelkie naturalne procesy wzrostu gospodarki. Ograniczeń kapitałowych się NIE PRZESKOCZY nakazem władzy.
W przypadku Brazylii i rzekomej "aktywizacji" centralnych regionów kraju, mamy do czynienia z tym samym. Zamiast cierpliwie czekać na wzrost podaży realnych oszczędności obywateli poprzez liberalizację gospodarki i obniżanie obciążeń fiskalnych, jak również znosząc wszelkie bariery dla inwestycji zagranicznych, upośledzony umysłowo rząd chciał "przeskoczyć" naturalne procesy, i wymusić sztuczne 'inwestycje', mając na celu chwytny slogan "aktywizacji" regionu. Oczywiście rezultat był i nadal jest porażką, a koszty utraconych możliwości - przeogromne. Zresztą podobnie "udane" próby gwałcenia praw ekonomii mają miejsce w Państwie Środka, choćby zbudowanie od podstaw nowego miasta na 300 000 mieszkańców przy granicy z Mongolią, gdzie nie mieszka nikt - oczywiście do czasu, aż przymusowo przesiedlą kilkaset wsi.
Nazywanie racjonalnych argumentów ekonomicznych "fanatyzmem wolnego rynku" jest oznaką subhumanizmu, a jak wiadomo, z podludźmi nie wchodzi się w negocjacje, nie zawiera kompromisów - tylko bezlitośnie wiesza, gdy nadchodzi Dzień Sznura.
Etykiety:
brazylia,
chiny,
chrld,
interwencjonizm,
kapitalizm,
korea,
nacjonalizm,
przymus,
przymusowe oszczędności,
wolny rynek
środa, 10 listopada 2010
Od @kapitalisty do @komunisty... Czyli krótka droga od libertarianizmu do faszyzmu

Interesująca jest historia Krzysztofa Sz. Pamiętam go jeszcze, jako modalnego libertarianina, nieźle oczytanego w standardowej literaturze (Mises, Hayek, Rothbard), o otwartym umyśle i zdroworozsądkowych poglądach bez uprzedzeń. Jedyne, co mogło wywoływać niepokój wśród osób natrafiających na Krzysztofa w internecie, były jego narkoopowieści. Krzyś eksperymentował właściwie ze wszystkim, co dało się zdobyć na czarnym rynku i bujnie opisywał doznania po zażyciu. Cóż, dla mnie to było obojętne, w końcu każdy ma prawo dążyć do własnego szczęścia, i państwo nie może mu w tym przeszkadzać. Pod wpływem, czy nie - razem oraliśmy wszelkiej maści etatystów, socjalistów, faszystów, lewaków i demokratów, stosując typowy arsenał w rzeczowej libertariańskiej batalii - czyli austriacką szkołę w ekonomii i prawonaturalizm. Wydawało się, że takie pojęcia, jak wolny rynek, kapitalizm, libertarianizm, czy nawet konserwatywny-liberalizm, rozumiemy identycznie i utożsamiamy się z nimi. Krzysztof nawet był współzałożycielem toruńskiego Stowarzyszenia Młodzi Libertarianie, co się ceni, pomimo braku wyraźnych sukcesów tejże organizacji w trakcie jej działalności.
Mój kontakt z narkotykowym Krzysiem (jak i z narkotykami) jednakże w pewnym momencie osłabł. Krzysztof zaczął pracować w firmie ojca, i ostatnie, co zapamiętałem, było "Jedyną nadzieją jest agoryzm...". Cóż, dobre i to, pomyślałem, i zająłem się własnymi sprawami.
Jakież było moje zdziwienie, gdy po kilku latach doniesiono mi, iż radykalny anarchokapitalista Krzysztof Sz. deklaruje się teraz mianem anarchokomunisty, "społecznego anarchisty", radykalnego lewicowca i antykapitalisty! Czytając jego przesiąknięte marksistowskim polilogizmem komentarze na portalu liberalis.pl, wprost nie mogłem uwierzyć, iż to się dzieje naprawdę! Prawdziwy dyskordianizm! Co więcej, Krzyś, jak na prawdziwego lewicowca przystało, faktycznie uwierzył w spisek Wielkiej Hordy Skrajnie Prawicowej Patologii, która czyha, by tylko zniewolić ludzkość w kleszczach libertariańskiego-faszystowskiego terroru. O tak, skrajna prawica (zło, jak wiadomo) to sojusz libertarian, kapitalistów, etatystów, nazistów i Korwina przeciwko ludziom pracy, nikczemnie alienowanym od produktu swej pracy, i wyzyskiwanym psychicznie przez kapitał. Nawet jeśli ludzie pracy zarabiają więcej, niż występni kapitaliści, to i tak są wyzyskiwani - co do tego Krzysztof nie ma wątpliwości. Jedynym rozwiązaniem jest: a) formowanie sportowych bojówek antyfaszystowskich; b) kooperatywy.
Ta pierwsza propozycja wynika rzecz jasna z aksjomatu nieagresji, opacznie rozumianego przez radykalnie anarchokomunistycznych ex-libertarian, jako przyzwolenie na bicie smutnych, ubranych na czarno chłopaczków, lubiących sobie pomaszerować czasem przy dyskotekowych rytmach zespołu Von Krasnal. Wielkie zagrożenie, jakie rzekomo niesie wolność zgromadzeń i manifestacji jednostronnie klasyfikowanych jako "faszystowskie", musi zostać zażegnane inicjacją agresji przez bojówki walczących z faszyzmem "sportowców". Oczywiście, wg logiki Krzysztofa et consortes, faszyzm = kapitalizm = libertarianizm, więc konsekwentnie kolejnym krokiem będzie napadanie na ulicach na panów podejrzewanych o sprzyjanie bożkom kapitału, bądź na młodych działaczy UPR (starsi noszą broń palną, więc lepiej nie ryzykować). Przecież w końcu faszyzm - no pasaran.
Wymarzonym światem dla tych idealistów, którzy onegdaj wierzyli w wolność jednostki i własność prywatną, jest rzecz jasna świat tychże cech pozbawiony. Słowo-klucz: KOOPERATYWA. Po polsku - spółdzielnia. W jaki sposób ta skompromitowana w PRLu forma własności staje się lekiem na całe zło kapitalistycznego świata wyzysku w umysłach "społecznych anarchistów"? Cóż, każdy, kto czytał Kevina Carsona wie, że ekonomista z niego żaden, i teorii austriackiej, pomimo wycierania nią sobie gęby, nie zrozumiał ani na jotę. W przypadku teoretyków kooperacjonizmu, jest jeszcze gorzej. Nie znają oni najwyraźniej pojęć "podział pracy", "przewaga komparatywna", "specjalizacja" czy "zdyskontowany krańcowy produkt pracy". W kooperacjonistycznej utopii każdy pracownik (vulgo: prol) jest jednocześnie kowłaścicielem, kokapitalistą i komenadżerem, kozarządzającym kofirmą, pardon, kooperatywą. Oczywiście wszelkie decyzje odnośnie zarządzania są podejmowane w sposób jedynie słuszny, niepodlegający debacie i w ogóle tylko podły człowiek może kwestionować wkład Lecha Wał...TO ZNACZY, w sposób demokratyczny. Równość, równość ponad wszystko. Ok, jak tam sobie chcecie. Niestety, problemem polilogicznych marksistów, do jakich niewątpliwie należą anarchokomunistyczni zwolennicy kooperatyw, jest to, iż nie zostawią nas w spokoju, zamykając się w spółdzielni. Nie - oni chcą ZMUSIĆ całą gospodarkę do funkcjonowania w oparciu o kooperatywy, oczywiście wyłącznie na ich własnych zasadach. Bo inaczej to będzie wyzysk, rabowanie wartości dodatkowej, alienacja i faszyzm. Dlatego też, obawiam się, Krzysztof na czele bojówki "sportowców" będzie pilnował, jak to w latach 30. w Hiszpanii gdzie ruch anarchistycznych kooperatyw osiągnął apogeum, by ludzie przypadkiem nie posiadali a to własnych pieniędzy (służą do wyzysku), a to środków produkcji (służą alienacji), tylko wszyscy jak jeden mąż kooperowali w przydzielonych im kooperatywach. Ot tak, w magiczny sposób.
Narzucanie innym swoich poglądów siłą można od biedy nazwać właśnie faszyzmem, i to zjawisko jaskrawo zachodzi przy próbie dyskusji z takim antykapitalistą, przerażonym praktyką pracy najemnej, prywatnej własności kapitału i inwestycji w akcje spółek. Nie dociera do niego, że w warunkach wolnorynkowych spółka akcyjna jest właśnie kooperatywą - tyle, że opartą o najbardziej optymalne i efektywne wykorzystanie czynników produkcji: różnorodnych ludzkich talentów i heterogenicznego kapitału. Większość ludzi nie ma predyspozycji, ani nie myśli nawet o interesowaniu się i angażowaniu w zarządzanie procesem produkcyjnym - woli używać swoich oczywistych talentów, zatrudnionych przez menadżerów w sposób najbardziej optymalny, uzyskując za to wynagrodzenie zwane płacą. Z kolei ci, którzy mają ambicje zarządzać i są w stanie zweryfikować swoje umiejętności na rynku, nie są w żaden magiczny sposób powstrzymywani przed wykorzystaniem swojego talentu w tym aspekcie przez sprzymierzone siły lichwy i kapitału - a raczej przez aparat państwowej represji, regulujący działalność gospodarczą i paraliżujący ją. Spółka akcyjna również pozwala na "głos ludu" - walne zgromadzenia akcjonariuszy przecież opierają się o głosowanie, tyle że waga głosu każdego współwłaściciela zależy od kwoty zainwestowanego kapitału (ilości posiadanych akcji), i nikt nie ma z definicji po równo. Nie ma darmowych głosów!
To chyba najbardziej boli tych lewaków od kooperatyw. Fiksacja na punkcie równości i "demokracji" nie pozwala im zrozumieć, iż to wolny rynek ze spółkami akcyjnymi, jak i firmami z jednym właścicielem, firmami rodzinnymi, firmami partnerskimi, a nawet spółdzielniami, jest najbardziej demokratycznym systemem, a że rzeczone spółdzielnie przegrywają konkurencję nie wynika ze spisku światowego kapitału, tylko z wrodzonej nieefektywności tej formy własności w SŁUŻENIU KONSUMENTOM. Niestety, ten element układanki zwanej gospodarką - zaspokajanie potrzeb konsumentów - to sól w oczy idealisty-"społecznego anarchisty". On po prostu nienawidzi bliźniego swego, który śmie coś od niego kupić! I do tego wybrzydza, że jakość słaba, a cena za wysoka, bo u pana Zenka za rogiem lepszy geszeft by zrobił. Widocznie pan Zenek angażuje się w wyzysk i jest w spisku z wielkim kapitałem, bo dostał niżej oprocentowany kredyt, i przez to wygryza uczciwie działającą kooperatywę, realizującą ideały kozarządzania, kowłasności, i wypłacającą godziwe kopensje bez wywoływania alienacji u kopracowników.
Wracając do osoby Krzysztofa, myślę, że przedstawiłem w miarę uczciwie stan psychiki tego człowieka, jako przedstawiciela "społecznego anarchizmu" i kooperatyzmu. Urojenia, fobie, uprzedzenia wobec społeczeństwa burżuazyjnego i kapitalistycznej organizacji produkcji, oparte na marksistowskim dialektycznym profetyzmie (czyt. bełkocie) - to podstawa rozumowania, jakie obecnie reprezentuje ten były libertarianin. Te same uprzedzenia i nienawiść żywili niemieccy narodowi-socjaliści, żywią ją współcześni działacze ekologiczni, oraz członkowie organizacji nacjonalistycznych pokroju Falangi - których nasz Krzysztof tak nienawidzi, obawia się i chce neutralizować fizycznie, mimo, iż metafizycznie bliżej mu do smutnych chłopców w czarnych koszulach, niż do jakiegokolwiek innego towarzystwa. Antyfaszyzm, to po prostu faszyzm, tyle że anty.
Czy przemiana z libertarianina w radykalnego lewaka, to skutek nadużywania przez Krzycha narkotyków? Trudno uwierzyć, iż uwiąd rozumu i rozwój paranoi antykapitalistycznej mógł nastąpić powodowany głębszą intelektualną refleksją. Sprawdza się także stara teoria, iż najbardziej idealistyczni radykałowie lewicowi wywodzą się z dobrych burżuazyjnych rodzin, by wspomnieć takie osobliwości, jak znany z "Młodzieży Kontra" Kacper Kutrzeba, czy pewien skrzypek-komunista z Warszawy. Ich idealizm najczęściej pada w starciu z rzeczywistością i pierwszym wytryskiem w ciele partnerki, ale gdy umysł jest przenicowany działaniem narkotyków, być może ta rzeczywistość z trudnością doń dociera. W każdym razie, w takim towarzystwie przyszło mi Krzysztofa umieścić, i powodem do dumy być to nie powinno.
spisał
Po kryjomu sprzyjający skrajnie prawicowej patologii...
czwartek, 7 października 2010
10 słabych stron wolnego rynku
Konieczne jest wymienienie 10 słabych stron wolnego rynku, które całkowicie dyskwalifikują go jako pożądany system społeczno-gospodarczy:
1. Niewyobrażalny dobrobyt dla każdego - w warunkach wolnego rynku nawet najbardziej szeregowy robol i fizol zarabiają taką kasę, że mogą utrzymać niepracującą żonę i 6 dzieci na przyzwoitym poziomie. To oczywiście jest niedopuszczalne, gdyż skazuje kobiety na wyzysk jako kury domowe, a dzieci rozpuszcza w zgniłym materializmie.
2. Każdego stać na prywatną edukację - no to jest skandal, żeby nawet najbardziej szeregowy robol mógł swoje liczne potomstwo wysłać do porządnej prywatnej szkoły z klasami po 15 osób, zamiast do państwowej placówki edukacyjnej, gdzie panuje wychowanie w duchu solidaryzmu, a szacowni urzędnicy państwowi, zwani nauczycielami, wpajają dzieciom Prawa I Obowiązki Ucznia. Zresztą nie może być tak, że istnieją różne programy nauczania w każdej szkole inne. Dzieci wtedy wyrastają na idiotów.
3. Prywatna służba zdrowia - ten faszystowski wynalazek powoduje, że znikają kolejki. Nie może być tak, że nawet najbardziej szeregowy robol ma natychmiastowy dostęp do lekarza czy chirurga. Kolejki na zabieg dyscyplinują człowieka pracy, pokazują mu, że fenomen darmowej służby zdrowia polega na wyrzeczeniu i solidaryzowaniu się z innymi oczekującymi. Powszechnie dostępna prywatna medycyna na najwyższym poziomie niszczy delikatną sieć międzyludzkich relacji.
4. Zbyt duża różnorodność produktów - jest to prawdziwe przekleństwo. Nie może być tak, że nawet najbardziej szeregowy robol wchodząc do domu towarowego może przebierać w setkach, tysiącach, milionach wytworów, od których rozpustnie uginają się sklepowe półki. Taka ilość asortymentu jedynie alienuje kupującego od owoców swej pracy, wprowadza zamęt w jego głowie i pozbawia szacunku dla ciężkiej harówki braci robotników.
5. Nierówności społeczne - no nie może być tak, że nawet najbardziej szeregowy robol zarabia jedynie marny ułamek tego, co dostaje właściciel firmy, wyzyskujący swoich pracowników. Co z tego, że nawet najbardziej szeregowy robol żyje jak król, skoro jego wyzyskiwacz żyje jak 1000 królów i lata co roku na Teneryfę, tworząc tam miejsca pracy kolorowym dzikusom z potu i znoju rodzimego robotnika, którego wyzyskał. Każdy powinien zarabiać tyle samo, co najwyżej właściciel firmy mógłby dostać dodatkowy przydział ziemniaków na zimę.
6. Zbyt duża odpowiedzialność - na wolnym rynku ludzie są zbyt odpowiedzialni. Nie może być tak, że nawet najbardziej szeregowy robol odczuwa konsekwencje swoich czynów. Przecież każdy kiedyś sobie wypił za dużo, nie jest to powód żeby zwalniać takiego człowieka z pracy. Poza tym na wolnym rynku nie ma bezrobocia, i co taki człowiek wyrzucony z pracy pocznie? Musi natychmiast znaleźć nową pracę, a powinien mieć prawo do wypoczynku psychicznego i wizyty u psychologa po tak traumatycznym wydarzeniu, jak wyrzucenie za pijaństwo z pracy.
7. Zbyt duża wybredność - na wolnym rynku ludzie są zbyt wybredni. Nie może być tak, że nawet najbardziej szeregowy robol wybrzydza na warunki zatrudnienia, arogancko mówiąc biednemu pracodawcy, że dostał kilka ciekawszych ofert. Ma brać, co mu się daje! I niech się nie waży żądać podwyżki, przecież podwyżki to marnotrawstwo finansów firmy.
8. Zbyt duża innowacyjność - gospodarka wolnorynkowa pędzi zbyt szybko. Ciągle pojawiają się nowe wynalazki i zmieniają się procesy technologiczne. SKĄD TO SIĘ BIERZE TO NIE WIADOMO I PO CO, natomiast pewne jest, że tracą na tym robotnicy. Nie może być tak, że nawet najbardziej szeregowy robol zamiast łopaty mógł obsługiwać koparkę, przez co straci pracę jego 10 bardziej tęgich kolegów. Poza tym na co komu te wszystkie nowe gadżety? Ważne żeby ludzie mieli co jeść na zimę i czym się ogrzać. Do tego wystarczy produkować ziemniaki i drukować dużo papierowych pieniędzy.
9. Produkcja na zysk - tym samym kolejną wadą wolnego rynku jest produkcja na zysk, zamiast na potrzeby ludzi. Przecież kierowanie się samym zyskiem, to skrajny egoizm, występek i czczy materializm. Co z tego, że efektywnie prywatny przedsiębiorca wytwarza iPody, telewizory LCD, aparaturę dentystyczną czy biżuterię, skoro nawet najbardziej szeregowy robol tego wcale nie potrzebuje. Potrzeby ludzi! Potrzeby ludzi - czyli równość, godność i poczucie PRZYNALEŻNOŚCI. Tego nie dostarczy goniący za zyskiem materialista.
10. Dyskryminacja - wolny rynek to najbardziej okrutny system wyzysku i wykluczenia, jaki zaistniał. Gorszy nawet, niż system kastowy w rasistowskich Indiach. Nie może być tak, żeby lekarz odmawiał zabiegu osobie, która nie chce zapłacić. Nie może być tak, żeby wredny kamienicznik odmawiał mieszkania samotnej matce z dziećmi i 2 konkubentami. A przede wszystkim, tylko na wolnym rynku może zdarzyć się najgorszy występek - odmowa wstępu na mszę parze homoseksualnej! Oczywiście nawet najbardziej szeregowy robol nie powinien mieć prawa decydowania, czy pośle dziecko do faszystowskiej szkoły katolickiej, czy do postępowej szkoły artystycznej. O tym musi decydować interes społeczny.
1. Niewyobrażalny dobrobyt dla każdego - w warunkach wolnego rynku nawet najbardziej szeregowy robol i fizol zarabiają taką kasę, że mogą utrzymać niepracującą żonę i 6 dzieci na przyzwoitym poziomie. To oczywiście jest niedopuszczalne, gdyż skazuje kobiety na wyzysk jako kury domowe, a dzieci rozpuszcza w zgniłym materializmie.
2. Każdego stać na prywatną edukację - no to jest skandal, żeby nawet najbardziej szeregowy robol mógł swoje liczne potomstwo wysłać do porządnej prywatnej szkoły z klasami po 15 osób, zamiast do państwowej placówki edukacyjnej, gdzie panuje wychowanie w duchu solidaryzmu, a szacowni urzędnicy państwowi, zwani nauczycielami, wpajają dzieciom Prawa I Obowiązki Ucznia. Zresztą nie może być tak, że istnieją różne programy nauczania w każdej szkole inne. Dzieci wtedy wyrastają na idiotów.
3. Prywatna służba zdrowia - ten faszystowski wynalazek powoduje, że znikają kolejki. Nie może być tak, że nawet najbardziej szeregowy robol ma natychmiastowy dostęp do lekarza czy chirurga. Kolejki na zabieg dyscyplinują człowieka pracy, pokazują mu, że fenomen darmowej służby zdrowia polega na wyrzeczeniu i solidaryzowaniu się z innymi oczekującymi. Powszechnie dostępna prywatna medycyna na najwyższym poziomie niszczy delikatną sieć międzyludzkich relacji.
4. Zbyt duża różnorodność produktów - jest to prawdziwe przekleństwo. Nie może być tak, że nawet najbardziej szeregowy robol wchodząc do domu towarowego może przebierać w setkach, tysiącach, milionach wytworów, od których rozpustnie uginają się sklepowe półki. Taka ilość asortymentu jedynie alienuje kupującego od owoców swej pracy, wprowadza zamęt w jego głowie i pozbawia szacunku dla ciężkiej harówki braci robotników.
5. Nierówności społeczne - no nie może być tak, że nawet najbardziej szeregowy robol zarabia jedynie marny ułamek tego, co dostaje właściciel firmy, wyzyskujący swoich pracowników. Co z tego, że nawet najbardziej szeregowy robol żyje jak król, skoro jego wyzyskiwacz żyje jak 1000 królów i lata co roku na Teneryfę, tworząc tam miejsca pracy kolorowym dzikusom z potu i znoju rodzimego robotnika, którego wyzyskał. Każdy powinien zarabiać tyle samo, co najwyżej właściciel firmy mógłby dostać dodatkowy przydział ziemniaków na zimę.
6. Zbyt duża odpowiedzialność - na wolnym rynku ludzie są zbyt odpowiedzialni. Nie może być tak, że nawet najbardziej szeregowy robol odczuwa konsekwencje swoich czynów. Przecież każdy kiedyś sobie wypił za dużo, nie jest to powód żeby zwalniać takiego człowieka z pracy. Poza tym na wolnym rynku nie ma bezrobocia, i co taki człowiek wyrzucony z pracy pocznie? Musi natychmiast znaleźć nową pracę, a powinien mieć prawo do wypoczynku psychicznego i wizyty u psychologa po tak traumatycznym wydarzeniu, jak wyrzucenie za pijaństwo z pracy.
7. Zbyt duża wybredność - na wolnym rynku ludzie są zbyt wybredni. Nie może być tak, że nawet najbardziej szeregowy robol wybrzydza na warunki zatrudnienia, arogancko mówiąc biednemu pracodawcy, że dostał kilka ciekawszych ofert. Ma brać, co mu się daje! I niech się nie waży żądać podwyżki, przecież podwyżki to marnotrawstwo finansów firmy.
8. Zbyt duża innowacyjność - gospodarka wolnorynkowa pędzi zbyt szybko. Ciągle pojawiają się nowe wynalazki i zmieniają się procesy technologiczne. SKĄD TO SIĘ BIERZE TO NIE WIADOMO I PO CO, natomiast pewne jest, że tracą na tym robotnicy. Nie może być tak, że nawet najbardziej szeregowy robol zamiast łopaty mógł obsługiwać koparkę, przez co straci pracę jego 10 bardziej tęgich kolegów. Poza tym na co komu te wszystkie nowe gadżety? Ważne żeby ludzie mieli co jeść na zimę i czym się ogrzać. Do tego wystarczy produkować ziemniaki i drukować dużo papierowych pieniędzy.
9. Produkcja na zysk - tym samym kolejną wadą wolnego rynku jest produkcja na zysk, zamiast na potrzeby ludzi. Przecież kierowanie się samym zyskiem, to skrajny egoizm, występek i czczy materializm. Co z tego, że efektywnie prywatny przedsiębiorca wytwarza iPody, telewizory LCD, aparaturę dentystyczną czy biżuterię, skoro nawet najbardziej szeregowy robol tego wcale nie potrzebuje. Potrzeby ludzi! Potrzeby ludzi - czyli równość, godność i poczucie PRZYNALEŻNOŚCI. Tego nie dostarczy goniący za zyskiem materialista.
10. Dyskryminacja - wolny rynek to najbardziej okrutny system wyzysku i wykluczenia, jaki zaistniał. Gorszy nawet, niż system kastowy w rasistowskich Indiach. Nie może być tak, żeby lekarz odmawiał zabiegu osobie, która nie chce zapłacić. Nie może być tak, żeby wredny kamienicznik odmawiał mieszkania samotnej matce z dziećmi i 2 konkubentami. A przede wszystkim, tylko na wolnym rynku może zdarzyć się najgorszy występek - odmowa wstępu na mszę parze homoseksualnej! Oczywiście nawet najbardziej szeregowy robol nie powinien mieć prawa decydowania, czy pośle dziecko do faszystowskiej szkoły katolickiej, czy do postępowej szkoły artystycznej. O tym musi decydować interes społeczny.
sobota, 31 lipca 2010
Nieporozumienia dot. VATu
Hardkorowi korwiniści oraz ekonomiści-amatorzy w rozmowach na temat podatków zawsze podkreślają, iż "ostatecznie wszystkie podatki płaci konsument", jakoby wszelkie nałożone przez państwo daniny ci podstępni i chciwi kapitaliści w magiczny sposób przerzucali na Bogu ducha winnego konsumenta. A ten, nieświadomy, bez zastanowienia, płaci te podatki zawarte w wyższych cenach dóbr i usług. Niestety, z punktu widzenia ekonomisty jest to kompletna bzdura. Jako, że rząd dobrodzieja Tuska już zapowiedział podniesienie stawek VAT, co natychmiast odbiło się echem w postaci wysypu artykułów nt. tego Ile drożej będziemy płacić w sklepach?, musimy skrobnąć parę słów o tak egzotycznych terminach jak krzywa popytu, elastyczność popytu, rentowność i suwerenność konsumenta.
Otóż pierwsza rzecz - jeśli producentowi jest tak łatwo podnieść cenę towaru, że podnosi ją z automatu gdy wzrośnie podatek VAT - to dlaczego nie zrobił tego wcześniej? przecież mógłby zarobić większe pieniądze. Skoro konsument jest (w opinii korwinistów i ekonomistów-amatorów) tak głupi, że będzie kupował po wyższej cenie, płacąc ten "przerzucony na niego" podatek - to przecież równie dobrze może kupować po wyższej cenie, gdy wyższego podatku jeszcze nie było. ALE TAK SIĘ NIE STANIE. Ceny nie zależą od stawek podatków, ani od kosztów (jak chcieliby tego marksiści i inni wyznawcy laborystycznej teorii wartości). Ceny zależą od podaży i popytu. Konsument jest całkowicie suwerenny w swojej decyzji. Stąd też kupuje po takiej cenie, jaką uważa za słuszną i zgodną ze swoim wartościowaniem. Producent to wie, i tak ustala cenę swoich dóbr i usług, by zmaksymalizować przychód. Jeśli zażąda ceny wyższej, niż rynkowa - wielkość sprzedaży spadnie, pomniejszając przychód. Stąd też nie może manipulować sobie wysokością ceny, nie biorąc pod uwagę zachowania konsumentów!
Stąd też VAT pozornie doliczany do ceny towaru sprzedawanego konsumentowi nie jest płacony przez tego ostatniego, lecz przez producenta, dla którego jest to podatek od dochodu! Po prostu, jeśli rynek ustala cenę na 2 zł (prosta, okrągła kwota, wygodna do uiszczenia przez klienta), to producent płaci od każdej sprzedanej jednostki dobra 44 gr. podatku - jest to jego dodatkowy koszt, poza kosztami wyprodukowania dobra. Teraz, jeśli VAT wzrośnie o 1 pkt. proc., nie oznacza to, że automatycznie producent będzie żądał 2 zł 2 gr ! Jeśli popyt na dane dobro jest wysoce elastyczny powyżej 2 zł, to podniesienie ceny spowoduje spadek sprzedaży do tego stopnia, że przychód będzie niższy niż poprzednio! A gdyby popyt nie był elastyczny, to producent już dawno zażądałby wyższej ceny, a nie czekał aż rząd podniesie podatek. Nowy VAT w kwocie 23% oznacza, że producent od kwoty 2 zł jaką otrzyma za dane dobro zapłaci już nie 44 gr a 46 gr podatku. Jego koszty wzrosną. Jeśli już były wysokie - taka podwyżka VATu może go zmusić do zamknięcia interesu. Nie zdoła przerzucić podwyżki na konsumenta w postaci wyższej ceny za towar! Przerzucalność w przód to wyjątkowo bzdurny mit. Wyższy podatek oznacza konieczność redukcji pozostałych kosztów - czyli głównie płac pracowników. "Przerzucalność" podatku idzie wstecz! Obciąża czynniki produkcji - pracę. Oznacza niższą siłę nabywczą, którą od tego momentu będą dysponować pracownicy. Do tego niektóre, krańcowe firmy, po podniesieniu VATu, zostaną zamknięte - zmniejszy się podaż dóbr i usług na rynku, a więc po pewnym czasie wzrosną ceny. Trudno to jednak nazwać "przerzuceniem VATu na konsumenta". Traci producent, traci pracownik. Konsument pozostaje suwerenny, obniża się natomiast jego standard życia w wyniku zmniejszenia się wolumenu całości produkcji w gospodarce po upadku firm, których nie było stać na płacenie wyższych stawek VAT.
Nie przeczytacie tego w żadnej gazecie, ani w żadnym serwisie finansowym czy o podatkach. Wiedza na ten temat wśród domorosłych "ekspertów", zarówno z głównego nurtu, jak i reprezentujących środowiska wolnorynkowe, jest mocno wątpliwa - opiera się na zupełnym niezrozumieniu procesu decyzyjnego konsumenta i kształtowaniu się cen. Rozpowszechnione jest przekonanie, że producent sobie ustala cenę "koszt i podatki plus", a konsument bezmyślnie płaci każdą stawkę, jaką podsunie mu wszechmocny wyzyskiwacz.
A właśnie, że nie.
Bibliografia:
- Murray N. Rothbard "Ekonomia wolnego rynku"
- Ludwig von Mises "Ludzkie działanie"
Otóż pierwsza rzecz - jeśli producentowi jest tak łatwo podnieść cenę towaru, że podnosi ją z automatu gdy wzrośnie podatek VAT - to dlaczego nie zrobił tego wcześniej? przecież mógłby zarobić większe pieniądze. Skoro konsument jest (w opinii korwinistów i ekonomistów-amatorów) tak głupi, że będzie kupował po wyższej cenie, płacąc ten "przerzucony na niego" podatek - to przecież równie dobrze może kupować po wyższej cenie, gdy wyższego podatku jeszcze nie było. ALE TAK SIĘ NIE STANIE. Ceny nie zależą od stawek podatków, ani od kosztów (jak chcieliby tego marksiści i inni wyznawcy laborystycznej teorii wartości). Ceny zależą od podaży i popytu. Konsument jest całkowicie suwerenny w swojej decyzji. Stąd też kupuje po takiej cenie, jaką uważa za słuszną i zgodną ze swoim wartościowaniem. Producent to wie, i tak ustala cenę swoich dóbr i usług, by zmaksymalizować przychód. Jeśli zażąda ceny wyższej, niż rynkowa - wielkość sprzedaży spadnie, pomniejszając przychód. Stąd też nie może manipulować sobie wysokością ceny, nie biorąc pod uwagę zachowania konsumentów!
Stąd też VAT pozornie doliczany do ceny towaru sprzedawanego konsumentowi nie jest płacony przez tego ostatniego, lecz przez producenta, dla którego jest to podatek od dochodu! Po prostu, jeśli rynek ustala cenę na 2 zł (prosta, okrągła kwota, wygodna do uiszczenia przez klienta), to producent płaci od każdej sprzedanej jednostki dobra 44 gr. podatku - jest to jego dodatkowy koszt, poza kosztami wyprodukowania dobra. Teraz, jeśli VAT wzrośnie o 1 pkt. proc., nie oznacza to, że automatycznie producent będzie żądał 2 zł 2 gr ! Jeśli popyt na dane dobro jest wysoce elastyczny powyżej 2 zł, to podniesienie ceny spowoduje spadek sprzedaży do tego stopnia, że przychód będzie niższy niż poprzednio! A gdyby popyt nie był elastyczny, to producent już dawno zażądałby wyższej ceny, a nie czekał aż rząd podniesie podatek. Nowy VAT w kwocie 23% oznacza, że producent od kwoty 2 zł jaką otrzyma za dane dobro zapłaci już nie 44 gr a 46 gr podatku. Jego koszty wzrosną. Jeśli już były wysokie - taka podwyżka VATu może go zmusić do zamknięcia interesu. Nie zdoła przerzucić podwyżki na konsumenta w postaci wyższej ceny za towar! Przerzucalność w przód to wyjątkowo bzdurny mit. Wyższy podatek oznacza konieczność redukcji pozostałych kosztów - czyli głównie płac pracowników. "Przerzucalność" podatku idzie wstecz! Obciąża czynniki produkcji - pracę. Oznacza niższą siłę nabywczą, którą od tego momentu będą dysponować pracownicy. Do tego niektóre, krańcowe firmy, po podniesieniu VATu, zostaną zamknięte - zmniejszy się podaż dóbr i usług na rynku, a więc po pewnym czasie wzrosną ceny. Trudno to jednak nazwać "przerzuceniem VATu na konsumenta". Traci producent, traci pracownik. Konsument pozostaje suwerenny, obniża się natomiast jego standard życia w wyniku zmniejszenia się wolumenu całości produkcji w gospodarce po upadku firm, których nie było stać na płacenie wyższych stawek VAT.
Nie przeczytacie tego w żadnej gazecie, ani w żadnym serwisie finansowym czy o podatkach. Wiedza na ten temat wśród domorosłych "ekspertów", zarówno z głównego nurtu, jak i reprezentujących środowiska wolnorynkowe, jest mocno wątpliwa - opiera się na zupełnym niezrozumieniu procesu decyzyjnego konsumenta i kształtowaniu się cen. Rozpowszechnione jest przekonanie, że producent sobie ustala cenę "koszt i podatki plus", a konsument bezmyślnie płaci każdą stawkę, jaką podsunie mu wszechmocny wyzyskiwacz.
A właśnie, że nie.
Bibliografia:
- Murray N. Rothbard "Ekonomia wolnego rynku"
- Ludwig von Mises "Ludzkie działanie"
Subskrybuj:
Posty (Atom)